stat

Bohaterstwo, dowcip i letnie amory

21 lipca 2017, 15:00
Jarosław Kus
artykuł historyczny

Druga połowa lipca roku 1937 przyniosła na Wybrzeżu "w dalszym ciągu pogodę słoneczną o przejściowym wzroście zachmurzenia w godzinach około południowych przez chmury kłębiaste", "temperaturę dniem około 26 stopni, przy silnych wiatrach miejscowych" oraz "wiatry górne z kierunków zachodnich z szybkością około 20 km. na godz.".



Prognozowane "wiatry miejscowe" były często przyczyną wielu niebezpiecznych wypadków na morzu, takich jak chociażby ten, do którego doszło w pobliżu Juraty. Jak donosiła "Gazeta Gdańska" z 21 lipca, "silna fala wywróciła [tam] łódź z dwoma wioślarzami" i chociaż na pomoc poszkodowanym natychmiast wyruszyła szalupa ratunkowa, ją także "spotkał ten sam los"... Nie wiadomo, jak by się ta sprawa skończyła, gdyby... nie odpoczywający nad morzem polski generał Wiktor Thommée.

Bohater dzisiejszej opowieści przyszedł na świat 30 grudnia 1881 r. w Święcianach na Wileńszczyźnie, w rodzinie pochodzenia francuskiego. Karierę wojskową rozpoczął w armii rosyjskiej, zaś po odzyskaniu przez Polskę niepodległości służył w Wojsku Polskim, w którym w roku 1934 został awansowany na dowódcę Okręgu Korpusu nr VIII w Toruniu. Dał się wówczas poznać nie tylko jako wspaniały żołnierz i dowódca, lecz "także jako entuzjastyczny miłośnik wszelkich sportów wodnych"; często widywano go, "jak na smukłym skif'ie pruł toń Wisły", a organizatorzy wszystkich "imprez wodnych" urządzanych na Pomorzu zawsze mogli liczyć na "pomoc i poparcie gen. Thommégo".

Wracając jednak do roku 1937: Thommé, będąc świadkiem opisywanej wywrotki, bez chwili wahania, "rzucił się do morza i nie bacząc na grożące mu niebezpieczeństwo ze strony silnie wzburzonego morza" dopłynął - "bez wypadku" - na miejsce zdarzenia. Obu wioślarzy "przymocował ich kostiumami do łodzi, którą następnie począł holować do brzegu", lecz - jak się okazało - było to już "ponad siły tak doskonałego pływaka".

Generał jednak nie rezygnował: "puścił więc łódź, aby pospieszyć do brzegu po pasy ratunkowe" i przy ich pomocy uratował nieszczęsnych rozbitków. Wówczas okazało się, że jednym z nich był... zięć "Prezydenta Rzplitej", wiceminister komunikacji, płk. Aleksander Bobkowski! Thommé nie poprzestał na uratowaniu ludzi: jako miłośnik sportów wodnych nie mógł się pogodzić z myślą, że "wiosła wywróconej łodzi mógłby pochłonąć Bałtyk", popłynął więc "jeszcze raz na wzburzone fale i wrócił dopiero, zabezpieczywszy oba wiosła"...

Jak się jednak okazało, nie była to jego ostatnia "bohaterska walka" - dwa lata później generał stoczył kolejną, w okolicznościach o wiele bardziej dramatycznych, gdy po niemieckiej agresji na Polskę w roku 1939 stanął na czele obrony twierdzy Modlin. Twierdza, przez ponad dwa tygodnie odpierająca ataki przeważających sił wroga, poddała się dopiero 29 września 1939 roku, gdy po zdobyciu przez Niemców Warszawy jej dalsza obrona nie miała już sensu. Według świadków, generał podpisując akt kapitulacji, odmówił podania ręki niemieckim oficerom, co według Niemców dowodziło "braku rycerskich manier u Polaków". Jednak ci sami "rycerscy" Niemcy, wbrew danemu słowu, wzięli do niewoli polskich obrońców twierdzy, nie dotrzymując tym samym danego słowa, że Polacy zostaną zwolnieni do domów, gdy tylko złożą broń...

Letnia aura sprzyjała również "bohaterom" zupełnie innego rodzaju, takim jak "nieznany szerszej społeczności mieszkaniec Gdyni pan Augustyn Prys". Jegomość ten postanowił rozwiązać problemy z niedomagającą komunikacją autobusową w bardzo "dowcipny" sposób: "nie mogąc doczekać się autobusu na przystanku przy dworcu kolejowym zasiadł przy kierownicy zaparkowanego bez dozoru auta ks. Rosczynialskiego i uruchomiwszy je - pojechał na przejażdżkę". Ponieważ kilka chwil wcześniej Prys raczył się alkoholem, "próba szybkości" przeprowadzona przez niego na ulicy Morskiej zakończyła się "niebawem bardzo niewesoło", gdy "niefortunny kierowca wpadł całym impetem na pojazd konny". W wyniku zderzenia ucierpiał niestety woźnica Zygmunt Brzozowski z Zagórza, którego pogotowie musiało "wskutek odniesionych obrażeń" zabrać do szpitala. "Wesołym kierowcą" zaopiekowała się gdyńska policja...

...która, mimo trwających wakacji, nie miała ani chwili odpoczynku. Nic dziwnego, skoro jej uwagę zaprzątały nawet uliczne... "amory"! Dziwne doprawdy były to amory... skoro w ich efekcie, "na chodniku przy Świętojańskiej, w kałuży krwi leżał nieznany jakiś mężczyzna". Był to - jak się okazało - niejaki Kubielak, który "padł ofiarą krwawego zajścia ulicznego", gdy będąc już w stanie "mocno wskazującym", zaczepił idących "w towarzystwie przygodnie zapoznanych kobiet dwóch mężczyzn rekrutujących się ze sfer miejscowych mętów społecznych". Nie skończyło się to dla niego najlepiej, gdyż jeden z osobników - być może stając w obronie honoru swej "damy" - "sięgnął po cegłę, leżącą obok niezabudowanego placu i uderzył nią intruza w głowę". Kubielak "padł bez przytomności na jezdnię" i ze złamaną podstawą czaszki trafił do szpitala... Gdyńskie lato miłości?

Źródło: "Gazeta Gdańska" nr 165 z 21 lipca 1937 r. Skany pochodzą z Pomorskiej Biblioteki Cyfrowej.