stat

Opowieść o dwóch miastach

12 maja 2017, 12:00
Jarosław Kus
artykuł historyczny

20-lecie międzywojenne to nie tylko powstanie i szybki rozwój Gdyni, ale także spore zmiany przestrzenne w Gdańsku. Dla obu miast był to okres dużego wzrostu.



Wielka Wojna, nazwana kilkadziesiąt lat później pierwszą, była dla Gdańska wyjątkowo łaskawa: linie frontów przebiegały z daleka od miasta, dzięki czemu nie było ono narażone na zniszczenia wojenne, unikając tragicznego losu innych miast europejskich.

Niewykluczone wprawdzie, że - od czasu do czasu - zapędził się nad miasto nieprzyjacielski aeroplan, ale nie był w stanie wyrządzić wielkich szkód, ponieważ ówczesne lotnictwo wojskowe nie miało jeszcze tak niszczycielskiej siły jak dwadzieścia lat później. Jednym słowem, I wojna światowa - w przeciwieństwie do II - nie zostawiła w miejskiej tkance śladów.

Gdańszczanie, nie musząc ponosić kosztów odbudowy miasta, mogli zadbać o pomyślny i niczym nieskrępowany jego rozwój. Jak donosiła na swych łamach "Gazeta Gdańska" z 14 maja 1922 r., "Gdańsk rozwijał się w szybkim tempie", a "od rewolucji niemieckiej" (listopad 1918 - kwiecień 1919) w mieście powstało "przeszło 9000 firm najróżniejszego rozmiaru".

Często były to jednak twory efemeryczne, a świadectwo ich istnienia to wyłącznie "różne tablice i tabliczki na domach", na których "jedynie napis na (...) wywieszce i na listach" mówił światu o ich "wielkości kupieckiej".

W wędrówce ulicami Gdańska obserwował też przechodzień sprzed 85 lat zmiany "nie odpowiadające zupełnie dla swego nowoczesnego charakteru staremu obrazowi miasta", szczególnie widoczne w "city finansowej, składającej się z ciasnych kamienic starych patrycjuszy", czyli przy ulicy Szerokiej i Długim Rynku (obecnie Długi Targ). W znajdujących się tam "instytucjach" zawierano dziesiątki "legalnych transakcji", ale w sąsiedztwie, "tuż pod ich bokiem" kwitła "czarna giełda", gdzie załatwiano różne "inne interesy". Wprawdzie gdańska policja próbowała ograniczać działalność "tych apostołów Merkurjusa", lecz nie odnosiła na tym polu wymiernych sukcesów. Ale co się dziwić, skoro czarnej giełdy nie zatrzymało nawet "czerwone morze", czyli wspomniana rewolucja komunistyczna w Niemczech.

Kolejną nowością gdańskiego krajobrazu były "przeliczne kantory wymiany walut, nieznane tu jeszcze od niedawnego czasu", w większości wabiące klientów nieuczciwymi, "litwackimi" sztuczkami reklamowymi. W oknach wystawiano "całe serje specjalnie bezwartościowych banknotów rosyjskich", będących "niby pieniądzem, a w rzeczywistości makulaturą". Klientów próbowano przyciągnąć też wykładanymi na lustrach "lub złożonemi w małych gromadkach monetami srebrnemi i złotemi". W ocenie "Gazety" ten "prymitywny sposób reklamy" działał doskonale jedynie na... "prymitywne umysły". Inną nieuczciwą praktyką kantorów było upodobanie do szyldów informacyjnych w wielu językach, poza... polskim. Wynikać to miało głównie "z nienawiści do wszystkiego co polskie", co jednak trochę dziwiło, zważywszy na to, że wielu klientów tych przybytków rekrutowało się spośród Polaków.

W powojennym Gdańsku przybywało również samochodów i... "sklepów z cukierkami i czekoladą". O ile jednak słodycze były dla mieszkańców miasta stosunkowo niegroźne, o tyle dziewięćset samochodów stale krążących po mieście sprawiało, że "przechadzanie się po ulicach stawało się niebezpieczne i było zarazem torturą dla powonienia".

Tak oto rozwijał się Gdańsk, rozwijał się i... piękniał zarazem, o czym przekonuje nas, wydana pięć lat później, "Gazeta Gdańska - Echo Gdańskie" z 14 maja 1927 r., w której czytamy, że "ostatnie dni wiosenne pokryły nowo założone planty i trawniki przy Hagelsberg (obecnie Góra Gradowa), wykonane jako prace doraźne bezrobotnych, zielenią".

Gdańszczanie podziwiali "jak piękny był widok ze świeżo plantowanej wyżyny udostępnionej przez urządzenie wygodnej ścieżki i zabezpieczonej łagodnym spadem zasianym trawą". Przy dobrej pogodzie "piękną panoramę Gdańska można było podziwiać od Helu, poprzez Gdynię i Sopoty, całe wybrzeże gdańskie aż po Elbląg, Żuławy całe aż po Malborg".

Spośród mieszkańców wymienionych miejscowości chyba tylko gdynianie nie mieli czasu na podziwianie gdańskiej panoramy, zajmując się tworzeniem swojej własnej... Pod względem tempa rozwoju, Gdynia nie pozostawała w tyle za Gdańskiem i wiosną roku 1927 prace nad budową polskiej "perły Bałtyku" szły pełną parą. Inwestycje na Oksywiu "posuwały się raźnie naprzód", ponieważ "po uskutecznieniu wymiarów naniesieniu linij wytycznych dla ulic" przystąpiono do "sporządzenia dokładnego planu zabudowy tej dzielnicy", który miał umożliwić "od razu rozpoczęcie robót budowlanych".

Zaplanowano również "ukończenie instalacji oświetlenia elektrycznego ulic i placów", dzięki czemu egipskie ciemności nie miały już więcej spowijać Oksywia.

W pobliżu hotelu Riviera (obecnie Klub Marynarki Wojennej "Riviera") rozpoczęto "prace nad wykonaniem wielkiego zbiornika do czyszczenia odpływów kanalizacyjnych z hotelu".

Chociaż "podobne urządzenia" posiadały już inne gdyńskie hotele i wiele domów prywatnych, to na miejską sieć kanalizacyjną musieli gdynianie jeszcze trochę poczekać (komisaryczny Zarząd Miejski powołał do życia Zakład Wodociągów i Kanalizacji miasta Gdyni w dniu 1 kwietnia 1930 r.).

Zarząd hotelu Riviera zlecił również budowę "dwuch [!] nowych placów tenisowych", dzięki czemu Gdynia zyskała kolejne obiekty sportowe, "boć [przecież] kto może sobie przedstawić nowoczesne miasto bez placów tenisowych, bez ogrodów, plaży itp.?"

Zgodnie z założonym planem przebiegała rozbiórka pomostu, który planowano zastąpić pomostem "nowym znacznie rozszerzonym i wydłużonym" oraz błyskawiczna budowa domu handlowego, w którym właśnie przystępowano do kładzenia dachu (choć fundamenty pod jego budowę położono zaledwie kilkanaście tygodni wcześniej!).

Jak mówi stare przysłowie: "nie ma róży bez kolców", nic więc dziwnego, że i na idealnym obrazie budowy "miasta z morza i marzeń" pojawiały się rysy. I nie chodzi tu nawet o zgłaszane przez miejscowych kupców "niedostateczne zaopatrzenie Gdyni w aparaty handlowe", czy nawet o wstrzymywanie niektórych budów.

Smutkiem mogło napawać coś zupełnie innego: otóż okazało się, że "ten który pierś swą nadstawić musiał pierwszy, gdy przyjdzie stanąć w obronie ładu i porządku w kraju", zmuszony był mieszkać, razem ze swą rodziną, w wagonie kolejowym - nawet "w słotę i deszcz". Mowa o policjancie Janickim, który bytował w starym wagonie stojącym w porcie...

A na sam koniec słów kilka o - jakże dziś aktualnej - sprawie zakazu handlu niedzielnego. Otóż gdyńskie Stowarzyszenie Kupców Samodzielnych stwierdziło, że choć "żadnym sposobem nie należy dopuścić ażeby zniesiono odpoczynek niedzielny", to - mimo wszystko - warto "zwrócić się do Izby Przemysłowo-Handlowej z prośbą o pozwolenie dla Gdyni jako miasta kąpielowego na otwarcie sklepów w niedziele po nabożeństwie". Panu Bogu świeczkę, a diabłu ogarek?


Źródło: "Gazeta Gdańska" nr 110 z 14 maja 1922 r. i "Gazeta Gdańska - Echo Gdańskie" nr 109 z 14 maja 1927 r. Skany pochodzą z Pomorskiej Biblioteki Cyfrowej.