stat

Śledzie bałtyckie i zbrodnie trójmiejskie

11 marca 2017, 12:00
Jarosław Kus
artykuł historyczny

Rybołówstwo było w dwudziestoleciu międzywojennym jednym z filarów polskiej gospodarki morskiej - nic więc dziwnego, że nasi rybacy dość często gościli na łamach ówczesnej prasy. Nie zawsze pozytywnym kontekście...



Śledząc gdyńskie strony "Gazety Gdańskiej" można odnieść wrażenie, że - gdyby nie liczyć informacji o powstawaniu lokalnych struktur Obozu Zjednoczenia Narodowego (czyli prorządowej organizacji politycznej, tworzonej na polecenie marszałka Edwarda Rydza-Śmigłego od lutego 1937 r.) - Gdynia żyła właściwie jedynie doniesieniami o połowach. Przynajmniej jeśli chodzi o wydanie "Gazety" z dnia 10 marca 1937 roku...


... wtedy właśnie nad wybrzeże Bałtyku napłynęło cieplejsze powietrze, powodując, że na Zatoce Puckiej "powolnemu kruszeniu zaczął ulegać lód zatoki". Wprawdzie pojawiła się też kra, ale na szczęście nie była zbyt gruba i wkrótce spłynęła w głąb morza, nie stwarzając większego niebezpieczeństwa dla żeglugi.


Takie warunki sprzyjały rybakom i już wkrótce, "z chwilą zelżenia mrozów i oczyszczenia (...) portów rybackich z lodów", w morze wypłynęło kilka kutrów, kierując się na łowiska "dorszy i flonder" w pobliżu wyspy Bornholm.


Wśród nich znajdował się "jeden z większych polskich kutrów", "Hel 111". Kuter, który wpadł w sidła szalejącego na zachodnim Bałtyku sztormu i w trakcie tych zmagań stracił jedno z kół ratunkowych. Jego wyłowienie przez "pewien statek handlowy" stało się powodem rozpowszechnienia plotek o zatonięciu "Hel 111". Na szczęście jednak pogłoski te okazały się nieprawdziwe, a kuter na początku marca wszedł do portu w Gdyni "przywożąc obfity połów". Niestety, bogate "połowy śledzików" w okolicach Bornholmu były niemożliwe, ponieważ duże łowiska znajdowały się na duńskich wodach terytorialnych, które dla naszych rybaków były niedostępne. Pozostawało więc szukanie szczęścia w nieco większej odległości od wyspy...

W Gdyni do kolejnego sezonu przygotowywały się przedsiębiorstwa zajmujące się przetwórstwem rybnym.


Soleniem i pakowaniem śledzi zajmowała się firma "Mewa", a ponieważ w zimie połowy tych ryb ustały, przetwarzano ryby zmagazynowane wcześniej w beczkach. Te zapasy wyczerpały się właśnie w marcu i teraz firma przygotowywała się do przyjęcia ryb "z nowego sezonu połowów". Korzystając z wolnych mocy przerobowych, produkowano również beczki, z których część trafiała na eksport.

Jak więc widzimy, gdyby nie pożar, który wybuchł w pawilonie restauracyjnym przy terenach Towarzystwa Wystaw i Targów, można by uznać gdyński marzec roku 1937 za wyjątkowo spokojny.


Jednak w Gdańsku sytuacja wyglądała zupełnie inaczej...

Życie w Wolnym Mieście wcale nie było spokojne, o czym możemy przekonać się, śledząc w prasie liczne doniesienia o wydarzeniach natury kryminalnej. Miasto nad Motławą stało się wówczas terenem działalności "międzynarodowej szajki włamywaczy, która "w kilku ostatnich miesiącach" dokonała "szeregu kradzieży z włamaniem".


Lecz, jak to mówią: "nosił wilk razy kilka..." i włamywacze zostali w końcu ujęci przez gdańską policję kryminalną. I rzeczywiście, towarzystwo było prawdziwie międzynarodowe: wśród zatrzymanych był Polak - dezerter z Wojska Polskiego, Niemiec i dwóch obywateli gdańskich. Niejako przy okazji, "oprócz tego aresztowano wiertnika Wilhelma Pogalskiego i jego żonę zamieszkałych w Oruni", którym postawiono zarzut paserstwa - małżeństwo miało stanąć przed sądem.

Kolejnym sukcesem gdańskiej policji było schwytanie defraudantki.


Szesnastoletnią Ruth A. oskarżono o to, że "w przeciągu pięciu miesięcy w pewnej firmie budowlanej, w której pracowała jako uczennica biurowa", dopuściła się defraudacji na sumę 1500 guldenów gdańskich. Ze względu na młody wiek, malwersantkę osadzono tymczasowo w domu pracy. Sami przyznacie - niezbyt fortunny początek zawodowej kariery...

Przed "trybunał karny w Gdańsku" trafiła również sprawa Augusta Bartscha z Kleczewa, oskarżonego o podpalenie.


Chcąc zemścić się na niejakim Hahnie, podpalił w styczniu należące do niego budynki gospodarcze. Trybunał bez najmniejszych wątpliwości uznał Bartscha winnym i skazał go na karę dwóch i pół roku więzienia.

Kropką nad "i" gdańskiej kroniki kryminalnej była wiadomość o samobójstwie robotnika kolejowego ze Świętego Wojciecha. Z nieustalonych przez policję przyczyn Walter Pettke targnął się na własne życie, wieszając się w "mieszkaniu swojem"...


Marzec to podobno "miesiąc kapryśny i zmienny jak kobieta...", ale gdańszczanom wciąż pozostawała nadzieja, że przysłowie "40 męczenników jakich, czterdzieści dni po nich takich" jednak się nie sprawdzi...



Źródło: "Gazeta Gdańska" nr 57 z 10 marca 1937 r.  Skany pochodzą z Pomorskiej Biblioteki  Cyfrowej.