stat

Diesel i świta ratują świat. Recenzja filmu "Szybcy i wściekli 8"

20 kwietnia 2017, 14:00
Tomasz Zacharczuk

Naczelne zasady od lat rządzące tym rozpędzonym do granic wytrzymałości widowiskiem wciąż pozostają niezmienne. Dominic Toretto i jego kompani są równie szybcy w destrukcyjnym działaniu, co wściekli w łamaniu praw fizyki, demolowaniu reguł logicznego myślenia i przełamywaniu kolejnych barier absurdu. Czerwona lampka rezerwy jednak coraz mocniej razi po oczach, a stuningowana filmowa maszyna zaczyna gubić istotne elementy, dzięki którym "Szybcy i wściekli" z impetem wjechali na autostradę masowego uwielbienia.



Szesnaście lat, jakie upłynęły od premiery pierwszej części, to wystarczający okres, by definitywnie zamknąć pewien rozdział w tej filmowej sadze. Nie ma już bowiem miejsca na magię ulicznych wyścigów, które wyparły karkołomne ewolucje z udziałem błyszczących samochodów na ziemi, w powietrzu, a nawet pod wodą. Ryzykantów za kółkiem obrabiających ciężarówki zastąpiła grupa najemników ratujących świat. Fantazję i nonszalancką brawurę przykryła gruba warstwa ekranowego absurdu graniczącego już z komizmem i przesadą. Doskonale w tę odświeżoną stylistykę wpisują się "Szybcy i wściekli 8" - kino rozbuchane efektami, nasączone abstrakcyjną logiką, przeładowane treściowo (i na pewno też czasowo), ale jednocześnie hołdujące jakże ubóstwianej przez masy zasadzie: więcej, mocniej, szybciej.

Paradoksalnie jednak otwarcie filmu przypomina sentymentalną jazdę na wstecznym (porównanie nieprzypadkowe) do czasów, gdy męskie zatargi bohaterowie serii rozstrzygali bez efekciarskiego arsenału i zaciśniętych pięści, a służyły temu jedynie szybkie maszyny wyposażone dodatkowo w podtlenek azotu. Dom (Vin Diesel) wraz z Letty (Michelle Rodriguez) spędzają miodowy miesiąc w Hawanie. Toretto w obronie kuzyna stawia czoła lokalnemu watażce, a okazją do wyjaśnienia sobie kilku spornych kwestii ma być wyścig po zatłoczonych kubańskich ulicach.

Kilka minut dynamicznie skręconej sekwencji wystarczy, aby przypomnieć sobie uroki produkcji z 2001 roku. We wspominkowym pakiecie dostajemy szaloną gonitwę ze zwrotami akcji, warczące maszyny z magicznym przyciskiem nitro i dudniącymi od głośnej muzyki głośnikami oraz obowiązkowo roznegliżowane panie skutecznie odwracające uwagę od efektownych aut.

Jeżeli wybieracie się na seans w poszukiwaniu właśnie takich smaczków, to niestety, na tym się kończy wspomnień czar. Już finałowa scena ulicznego pojedynku sugeruje nam, jak będą wyglądały pozostałe dwie godziny filmu, a salwa śmiechu towarzysząca temu zwiastuje, że rozwiązania scenarzystów zaskoczą nas jeszcze nie raz. W wielkim błędzie jest ten, kto uważał, że holowanie po brazylijskiej metropolii gigantycznego sejfu, pojedynek sportowych aut na autostradzie z wojskowym czołgiem i fruwające między wieżowcami Dubaju auta wieńczą serię niewiarygodnych pomysłów.

Scenarzyści mieli trochę oleju, stety bądź niestety głównie napędowego, w głowie i dorzucili stek kolejnych bzdur. Między innymi atak wyścigówkami na rosyjską bazę wojskową, ucieczkę autami przed łodzią podwodną (tak, tak) i lawinę maszyn zalewającą nowojorskie ulice. W gratisie dostajemy jeszcze pseudohakerski bełkot, walkę o kody nuklearne i wizję trzeciej wojny światowej.

Tej oczywiście zupełnie na serio próbują zapobiec zmotoryzowani superbohaterowie, ale nie mniej istotną misją jest uratowanie herszta tej bandy na czterech kółkach. Szantażowany przez szefową cybernetycznej szajki (Charlize Theron) Dom musi bowiem stanąć tym razem przeciw swoim kompanom. Lojalność i rodzinne sentymenty zostają wystawione na ciężką próbę, a za wszystkim kryje się pewna tajemnica z przeszłości Toretto. Mężczyzna zawzięcie więc ucieka przed przyjaciółmi, ci konsekwentnie uciekają przed stróżami prawa, którzy z kolei próbują wymigać się od międzynarodowego kryzysu. I tak oto wszyscy gdzieś pędzą i krążą w niezrozumiałym, zapętlonym chaosie ku uciesze widza, który po zatankowaniu kolejnej porcji popcornu i coli ma siłę jechać dalej.

W tym chaosie jest jednak metoda. Zwana potocznie rozwałką. Sceny akcji, jakkolwiek absurdalne i wykraczające poza wszelkie normy przyzwoitości, podane są w na tyle atrakcyjnej wizualnie formie, że można przed wielkim ekranem zaznać sporo frajdy. Żwawe tempo nie pozwala na zbyt długi postój. Jeżeli dodatkowo w toku logicznego myślenia zredukujemy odpowiednio biegi, to jesteśmy nawet w stanie wciągnąć się w wir ekranowych zdarzeń. Dystans jest tu słowem-kluczem.

Gdyby jakimś cudem ktoś zaryzykował i potraktował fabułę "Szybkich i wściekłych 8" na poważnie, to okazji do śmiechu i tak nie zabraknie. Reżyser F. Gary Gray, w przeciwieństwie do poprzedników, potrafi szydzić z obranej konwencji i zmusić aktorów do autoironii. Do łez rozbawi więc dukający po rosyjsku Tyrese Gibson, Jason Statham w roli nietypowej dziecięcej niańki i miażdżący przeciwników ludzki czołg, czyli Dwayne Johnson w swojej nieskromnej osobie. Dodatkowego smaczku dostarczają nieśmiałe nawiązania do poprzednich części, których najwięcej znajdziemy w finałowej sekwencji i gwarantuję, że niektóre rozwiązania mogą nas zaskoczyć.

Mistrzowie kierownicy niestety już z tak dużą gracją jak kółkiem i drążkiem od skrzyni biegów nie posługują się słowem mówionym. Właściwie każdą niemal wymianę zdań można byłoby zagłuszyć warkotem silnika i efekt mógłby być lepszy. W serwowaniu idiotycznych i sztywnych emocjonalnie wypowiedzi prym wiedzie Vin Diesel, któremu wtóruje Dwayne Johnson. Na ciętą ripostę stać jedynie Stathama (który po zmianie barw klubowych tym razem prezentuje się o niebo lepiej niż poprzednio), w słowotoku czasami przydarzy się coś celnego Gibsonowi, a i niezła Charlize Theron w roli czarnego charakteru potrafi przykuć uwagę. Zaskoczeniem jest z kolei Helen Mirren, która choć pojawia się epizodycznie, to kradnie dla siebie kilka cennych sekund i robi to z genialną gracją i spontanicznym luzem... w przeciwieństwie do swoich młodszych i bardziej doświadczonych w tego typu kinie partnerów.

"Szybcy i wściekli" nadal pędzą na złamanie karku, choć nie da się ukryć, że powoli w tej wielomilionowej maszynerii włącza się nieśmiało rezerwa. Trudno bowiem sobie wyobrazić, na co jeszcze stać scenarzystów, którzy pod kątem nonsensownych idei w "ósemce" wrzucili najwyższy bieg. Do granic możliwości i własnego potencjału dobijają również aktorzy.

Charyzmy Dieslowi nie sposób odmówić, ale to postać, od której nic nowego już nie dostaniemy. Zresztą serię zaczyna coraz śmielej zagarniać Johnson, który po stworzeniu w najnowszej odsłonie barwnego duetu ze Stathamem, może dać wyraźny sygnał producentom, że tędy droga. Z pewnością jednak nie jest to łatwa prosta, którą wybraliby Toretto i O'Conner siedzący wspólnie na ganku, popijający Coronę 16 lat temu i gardzący drogami na skróty. A właśnie tak wygląda dziś najsłynniejsza motoryzacyjna saga w historii kina.

OCENA: 6/10