Historie piratów z Polski, Kaszub i Pomorza

Choć oburzamy się na piratów paraliżujących morskie szlaki komunikacyjne wokół Somalii i na Oceanie Indyjskim, pamiętajmy, że także Polacy swego czasu mieli spory udział w pirackim procederze i to poza wodami Bałtyku.



W zapiskach z XVII wieku możemy spotkać pierwsze wzmianki o polskich piratach, którzy pojawili się na... karaibskich wodach! Wywodzili się oni głównie z Kaszub i Żuław. Okrętując się na różne statki spod flagi czaszki i piszczeli dali się poznać jako dzielni, a czasem i bezwzględni marynarze. Co ciekawe, w niektórych zapiskach możemy natrafić na opisy burd, jakie wywoływali nasi ówcześni rodacy w słynnym Port Royal na Jamajce. Działalność rodzimych piratów najbardziej doskwierała Brytyjczykom, których statki były najczęściej atakowane.

Do swoistego panteonu polskiego piractwa zagranicznego możemy zaliczyć sześciu piratów, którzy operowali jednak nieco później.

Znany z filmu "Piraci z Karaibów" port Tortuga stał się główną bazą wypadową dla Izydora Borowskiego. Upatrzył sobie w szczególności statki brytyjskie, a dzięki swej pomysłowości i brawurze nie jeden raz wychodził cało z pułapek zastawianych przez coraz bardziej rozdrażnionych Anglików. W samej pomysłowości ataków nie miał sobie prawie równych - raz udawał statek zaprzyjaźnionej bandery, innym razem jednostkę ciężko uszkodzoną przez sztorm. Jak skończyły się spotkania z takimi statkami dla Anglików łatwo możemy się domyślić. Co ciekawe Borowski nie ograniczał się wyłącznie do piractwa - w swych rejsach zdarzało mu się przewozić broń, amunicję oraz żywność dla walczących o niepodległość Wenezuelczyków.

O ile Borowski kierował się wyłącznie chęcią zysku, to Kazimierzowi Luxowi przyświecała - nomen omen - chęć zemsty. Spędził on bowiem przeszło 2 lata w ciężkim brytyjskim więzieniu, w którym - jeśli wierzyć zapisom - był torturowany. Gdy ostatecznie opuścił mury więzienia postanowił zemścić się niedawnych oprawcach stając się jednym z postrachów tamtejszych wód. Mając w pamięci swoje więzienne przeżycia nie zapominał o potrzebujących i cierpiących z dala od ojczyzny Polakach - pewną część zrabowanych dóbr przeznaczał bowiem na ich leczenie i pomoc materialną. Ci w ramach odwdzięczenia się masowo chcieli zaciągać się na statek Luxa - Moskita.

Kolejnym Polakiem z którym Anglicy mieli problem był Ignacy Blumer. Wraz z załogą złożoną z byłych legionistów służących niegdyś pod Napoleonem również podobał sobie rejon morza karaibskiego. Co szczególnie ciekawe, jako jeden z nielicznych Blumel po podjęciu decyzji o zakończeniu pirackiej działalności powrócił do ojczyzny i... wstąpił w szeregi wojska Królestwa Polskiego, w którym dosłużył się rangi generalskiej.

Z kolei Wincenty Kobylański, który wraz z załogą działał w oparciu o porty kubańskie, również zajmował się piractwem, a nawet przeprowadzał desanty na znajdujące się na Jamajce posterunki i placówki Brytyjskie. Podobno wyznaczono nawet sporą nagrodę za jego głowę, ale ta nigdy nie została wypłacona.

Stosunkowo najmniej wiemy o działalności pirackiego statku "Moja Polska", który pod dowództwem Adama Mierosławskiego pływał na Oceanie Indyjskim. Pozostaje tylko przypuszczać, że skoro znalazł on swe miejsce w niektórych zapiskach z tego okresu, nie ustępował swym kolegom "po fachu".

Ostatnim z polskich piratów, który działał na Morzu Karaibskim, był Józef Olszewski, zwany powszechnie"Yousyu" (wzięło się to zapewne od polskiego Józia ). Pokonawszy długą i zawiłą drogę, podczas której zawitał również do Gdańska, zamustrował się na żaglowiec Salamandra, szmuglujący niewolników. Tu niestety przekazy się różnią - według jednych, po śmierci poprzedniego kapitana, Olszewski przejął dowództwo nad statkiem. Według innych, Salamandra została zatopiona, a Olszewski, dzięki odkrytemu skarbowi, kupił nowy statek. Wiemy jednak na pewno, że pod jego dowództwem załoga rozpoczęła piracki proceder w rejonach Jamajki i Haiti, osiągając przy tym nie mniejsze sukcesy niż inni krajanie.

Piractwo to jednak nie tylko ataki przeprowadzane przez statki spod czarnej bandery. W dawnych czasach mieszkańcy nadmorskich wsi mieli przyznane prawo tzw. betowizny, które zezwalało im zatrzymać wszystko, co morze wyrzuci na brzeg. Nie byłoby w tym nic zdrożnego, gdyby jednak nie typowa polska pomysłowość. Wiadomo powszechnie, że to co najczęściej wyrzuca morze trudno nazwać za wartościowe (poza kawałkami bursztynów). By zapewnić sobie bogatsze, niż kawałki drewna łupy, co sprytniejsi mieszkańcy stawiali fałszywe znaki nawigacyjne, które kierowały statki na mielizny. W części przypadków w takiej sytuacji od razu na brzegu pojawiali się "dobrzy ludzie", którzy obiecywali pomoc - oczywiście za słoną zapłatę. W innych przypadkach, gdy załoga opuszczała statek, ci sami "dobrzy ludzie" wchodzili na pokład, by zrabować ładunek.

Tego typu wydarzenia najczęściej miały miejsce na Helu oraz w rejonie Babiego Dołu. O samym piractwie wśród Kaszubów mówi wiele ich legend. To z nich możemy się również dowiedzieć, że mieszkańcy Łeby uznawani byli za najgroźniejszych morskich rabusiów).

Dziś, gdy na nowo odżyła idea znalezienia następcy nieocenianego pirata Andrzeja, warto by było odświeżyć stare legendy oraz zgłębić archiwa w poszukiwaniu dokonań polskich piratów, gdyż ta historia posiada jeszcze wiele nieodkrytych kart.
autor Michał Lipka - historyk, badacz historii polskiej Marynarki Wojennej od chwili jej powstania do czasów obecnych.
Ankieta: Czy marzyłeś kiedyś o życiu pirata?
55%

nawet dziś chętnie bym nim został

29%

w dzieciństwie, wtedy wydawało mi się to fascynujące

16%

nie, zawsze wiedziałem, że to zwykli mordercy i złodzieje

łącznie głosów: 360