stat

Looney. Człowiek, który pokolorował gdańskie ulice

17 stycznia 2017, 15:00
Aleksandra Wrona

Swoimi muralami chce wprowadzić do miasta więcej koloru i radości. Najlepiej maluje mu się dzieci, zwierzęta i starsze osoby, bo kojarzą się z beztroską i spokojem. Odrapane mury coraz częściej zdradza jednak z płótnem. Looney, czyli Marek Rybowski, opowiedział nam o swojej twórczości.



Z Looneyem spotkałam się w jego pracowni w budynku WL4 w Gdańsku. Już przy wejściu powitał mnie intensywny zapach farby. W niewielkim pokoju, w którym opracowuje swoje projekty i tworzy obrazy, znajduje się mnóstwo sprayów i szablonów. Jednak, jak sam przyznaje, graffiti nie było jego pasją od samego początku:

- Początki graffiti w Polsce najczęściej związane były z deskorolką. Większość z nas jeździła wtedy na desce - byłem w tym całkiem dobry, brałem udział w różnych zawodach. Po jakimś czasie zaczęliśmy z kolegami szkicować wzory graffiti podobne do tych, które widzieliśmy na deskorolkach, wymyśliliśmy swoje alter ego, pisaliśmy po murach i w ten sposób pojawiło się graffiti w Gdańsku. Zdarzało się nam ganiać z policją i malować w niedozwolonych miejscach, ale w tamtym czasie nikt nie dawał grafficiarzom zleceń. Nie żałuję tych początków, wydaje mi się, że dały mi energię do rozwijania swojej pasji.
Planety, plaże i palmy

Pseudonim Looney zasugerował mu kolega: wziął się od kreskówek Looney Tunes i zacięcia do malowania postaci. Jednak zanim grafitti stało się sposobem na życie, Marek Rybowski robił karierę w zespole hip-hopowym Deluks.

- Muzyka bardzo mocno mnie pochłonęła. Początek lat dwutysięcznych to festiwale, stacje muzyczne, nagrywanie nowych kawałków. Ostatnią płytę wydaliśmy w 2004 roku, potem zespół się rozwiązał, a ja przez jakiś czas zająłem się obrotem nieruchomościami, ale to nie było moje powołanie. Zrezygnowałem z tego i skupiłem się na malowaniu.
Pierwsza wystawa Looneya odbyła się w Bibliotece pod Żółwiem. Była to próba przeniesienia graffiti na obraz i zmierzenia się z mniejszym formatem, pozostając przy sprayu. Pojawiły się pierwsze propozycje.

- Mieliśmy zlecenia na graffiti w całej Polsce. Malowaliśmy kluby i dyskoteki. Ciągle tylko planety, plaże i palmy. Teraz staram się dzielić czas pół na pół między zlecenia a pracę twórczą. Nie zawsze się to udaje, ale staram się sześć miesięcy projektować i myśleć dla innych, a przez kolejne sześć robię swoje. Przykładowo, teraz przez miesiąc codziennie pracuję nad dużym zleceniem, ale później przez dwa miesiące zamierzam przygotowywać się do kwietniowego wernisażu. Czasem klient pozwala mi na własną inwencję, jednak zazwyczaj maluję portrety lub wnętrza kin i klubów.
Murale

Jednym z najbardziej rozpoznawalnych dzieł Looneya jest mural na ul. Szarej zobacz na mapie Gdańska, przedstawiający dziewczynkę bawiącą się z kotem. Artysta przyznaje, że powstał z jego inicjatywy.

- Sam załatwiłem ścianę, na której namalowałem ten mural. Bardzo podobała mi się jego ekspozycja. Nie zawsze łatwo jest dotrzeć do osoby wydającej zgodę, w tym przypadku trwało to trzy miesiące i musiało przejść przez trzy administracje. Jeżdżąc po mieście, widzę ściany, które chciałbym ozdobić, ale papierologia sprawia, że mogę pomalować średnio dwie roczne, choć wolałbym cztery czy sześć.

Często maluję dzieci, muzyków, ludzi na ulicy w codziennych, najchętniej zabawnych sytuacjach. W pracach lubię połączenie dynamiki i humoru. Chcę, żeby moja twórczość wzbudzała u odbiorcy spokój lub rozbawienie, żeby nie miał pretensji do osoby, którą widzi na obrazie, żeby nie była ona zbyt poważna.

Looney przyznaje, że malowanie murali to bardzo specyficzne zajęcie, które generuje dużo śmiesznych, ale też niekiedy niebezpiecznych sytuacji.

- Często podchodzą do mnie mieszkańcy budynków, które maluję i pytają, czy za flaszeczkę zrobię im coś takiego w domu. Zazwyczaj jednak odbiór jest bardzo pozytywny, ludziom podoba się to, co tworzę, rozmawiają ze mną, robią zdjęcia. Są też lokalni patrioci z butelką piwa, którzy wypatrują mnie od rana i pilnują, żebym punktualnie zaczynał pracę. Sporo jest starszych osób, które zawsze służą dobrą radą i "konstruktywną" krytyką: gdzie i co powinienem domalować. Przez tydzień malowania muralu jestem swój, staję się tzw. lokalesem.

Czasem ktoś czujny zobaczy przez okno, że maluję i wezwie policję. Raz spędziłem piękny weekend w areszcie. Nauczyłem się wtedy, żeby zawsze nosić przy sobie zgodę właściciela powierzchni.

"Nie jestem ani tu, ani tu. Jestem Looney"

Okazuje się, że graffiti ma moc łączenia ludzi na całym świecie. Looney wspomina, że dzięki swojej pasji miał okazję malować w najciekawszych miejscach w wietnamskim Sajgonie. Szukając sklepu z farbami, trafił na przedmieścia, gdzie w małym garażu prowadził działalność jeden z pierwszych grafficiarzy w tej części świata. Przez tydzień wspólnie ozdabiali Sajgon, m.in. malowali na dachach z widokiem na miasto.

- Namalowałem tam moje litery, jednak dałem im skrzydło orła polskiego, czyli patriotycznie, ale też na wesoło.
Looney zajmuje się teraz głównie obrazami na płótnie. Do ich wykonania używa jednak sprayu.

- Nie potrafiłbym na tym etapie określić się jako artysta. Moim zdaniem czeka mnie jeszcze długa podróż, cały czas jestem w drodze i wciąż nie jestem do końca zadowolony z efektu końcowego. Nie jestem ani tu, ani tu. Jestem Looney. Jestem takim dziwnym tworem, który chociaż pielęgnuje w sobie grafficiarza, porusza się w strefie bliżej nieokreślonego artu.
Co radzi osobie, której marzy się kariera grafficiarza?

- Przede wszystkim dużo rysuj, zanim pójdziesz na ścianę. Postacie, litery, abstrakcje. Nie poddawaj się, nawet jeśli na początku nie jesteś zadowolony z efektów. Jeśli coś robi się z sercem i szczęściem, zazwyczaj wychodzi z tego coś dobrego. Ja szkicowałem całe liceum, na każdej lekcji, uczyć zacząłem się dopiero trzy miesiące przed maturą. Oczywiście, tego dzieciakom nie polecam!