stat

Komentator odsłania kulisy światowego żużla

Tomasz Lorek: Brak luzu, za bardzo się spinamy

13 sierpnia 2016 (artykuł sprzed 1 roku)
Rafał Sumowski

Tomasz Lorek to jeden z najbardziej cenionych komentatorów sportowych w Polsce. Pasjonat formuły 1, freestyle motocrossu, tenisa, a przede wszystkim żużla. 14 sierpnia w roli prezentera poprowadzi rozgrywany w Gdańsku turniej PGE Indywidualnych Międzynarodowych Mistrzostw Ekstraligi. - Ubiegłoroczne zawody w Lesznie były jednym z najlepszych turniejów, jakie wytrawny fan żużla może obejrzeć. Polski kibic jest specyficzny i dziwaczny, bo ligowe rozgrywki wysysają z niego maksimum energii. Dla wielu maniaków żużla Grand Prix ma znacznie mniejsze znaczenie niż liga. Może to kwestia rywalizacji miast sztucznie podsycana przez sterników klubów. W żużlu brakuje dziś "oldschoolu" i luzu. My Polacy jesteśmy świetnymi organizatorami, ale za bardzo się spinamy - mówi człowiek, który za sportami motorowymi zjeździł pół świata.



ZAPOZNAJ SIĘ Z LISTĄ STARTOWĄ GDAŃSKIEJ IMPREZY

Rafał Sumowski: 14 sierpnia w roli spikera poprowadzi pan w Gdańsku turniej PGE Indywidualnych Międzynarodowych Mistrzostw Ekstraligi. Zawody tej rangi odbędą się dopiero po raz trzeci w historii. Patrząc na obsadę, powinny cieszyć się estymą nie mniejszą niż cykl Grand Prix?

Tomasz Lorek: To fascynująca próba gonitwy za tradycją brytyjską - British League Riders' Championship, który sięga 1965 roku. Pierwsze zawody na stadionie Hyde Road w Manchesterze oglądało 30 tysięcy ludzi. Pierwsze sześć turniejów wygrywał legendarny Barry Briggs. Później triumfowali m.in. Ivan Mauger, Ole Olsen, Hans Nielsen, Peter Collins, Sam Ermolenko, Greg Hancock, Jason Crump czy Tony Rickardsson. Dziś Anglicy mają ten turniej tak obudowany, że broni się on nawet bez wielkich nazwisk. W ostatnich latach nie brakowało tam jednak zawodników, którzy wyjeździli kilka wielkich sukcesów jak: Chris Holder, Leigh Adams, Fredrik Lindgren czy Jason Doyle.

Zaszczepienie takiej formuły na nasz grunt to świetny pomysł marketingowy i sportowy. Fajnie, aby takie zawody odbywały się co roku i żeby zmieniały lokalizację. Pierwsza odsłona w 2014 roku w Tarnowie była niezbyt udana, ale już ubiegłoroczne zawody w Lesznie były jednym z najlepszych turniejów jakie wytrawny kibic żużla może obejrzeć. Reguły PGE IMME są klarowne. Jedzie piętnastu najlepszych zawodników z najwyższymi średnimi biegowymi po dziesiątej kolejce oraz żużlowiec z dziką kartą, w tym wypadku gdański wychowanek Krystian Pieszczek. Mówimy więc o poligonie dla najlepszych. Tym lepiej, że zawody odbędą się dzień po Grand Prix Szwecji w Malilli. W wypadku zawodników, którzy tam wystartują dojdzie więc element zmęczenia plus może będą do wyrównania jakieś rachunki za turniej w Szwecji?

CENY BILETÓW I ICH DYSTRYBUCJA NA PGE IMME W GDAŃSKU

W Gdańsku od lat liczy się przede wszystkim ściganie ligowe. Trudniej jest przyciągnąć kibiców na inne zawody. A może to jest przypadłość większości żużlowych ośrodków w Polsce?

Gdańsk jest świetnym miejscem ze względu na termin - zahacza o Jarmark Św. Dominika, sezon letni w pełni, a miejscowy tor jest spragniony wielkich widowisk. Już ubiegłoroczne Polish Speedway Battle, gdzie ścigał się m.in. Darcy Ward pokazało, że przy dobrej obsadzie ten tor jest w stanie zrekompensować kibicom brak ligowej elity. Polski kibic jest specyficzny i dziwaczny, bo ligowe rozgrywki wysysają z niego maksimum energii i to jest dziwna sytuacja. Dla wielu maniaków Grand Prix ma znacznie mniejsze znaczenie niż liga. Może to kwestia rywalizacji miast sztucznie podsycana przez sterników klubów. Może też chodzi o to, że kibice żużla są silnie, patriotycznie związani z klubem i dla nich nie liczy się rywalizacja o prymat na świecie, a pokonanie rywala zza miedzy.

W czeskich Pardubicach od 1929 roku organizuje się "Zlatą Prilbę". To turniej, który mozolnie budował swój prestiż. Dziś żużlowemu środowisku wydają się to zawody niższego kalibru, bo nie ma takich gwiazd jak Briggs, Olsen czy Erik Gundersen. Jednak ludzie, którzy wychowali się na drugiej półkuli, 10 tys. mil od Europy, traktują sukces w takim turnieju jak zaszczyt. Crump, Adams czy Ryan Sullivan wracali do domu i mówili: "patrzcie, wygrałem Golden Helmet w Pardubicach". W postkomunistycznej Polsce sprawdzianem umiejętności dla zawodnika były zawody o Złoty Kask. Teraz jest pomysł z PGE IMME, które mają być najbardziej prestiżową rywalizacja po ekstralidze. To dopiero początek drogi, ale nie ma nic bardziej fascynującego niż tworzenie czegoś od podstaw. Oby starczyło determinacji i pomysłów, bo świat rozwija się coraz dynamiczniej.

Czy ma pan swoich faworytów w gdańskim turnieju?

Chciałbym, aby z dobrej strony pokazał się Czech Vaclav Milik. Trudno się wybić kiedy u siebie nie masz z kim rywalizować, a on trafił na martwy okres. Dawne asy jak Vaclav Verner, Ales Dryml senior czy Milan Spinka nie musieli wyściubiać nosa poza Czechosłowację. Milik musi ścigać się w Polsce czy w Anglii. Wysp liznął tylko trochę, a szkoda, bo byłby jeszcze większym kozakiem. Umie słuchać trenera Piotra Barona i byłego mechanika Grega Hancocka - Rafała Haja, który jest dla niego mentorem. Strach pomyśleć co by wyczyniał, gdyby nie pechowa kontuzja, którą przeszedł w tym sezonie. Byłby jeszcze mocniejszy. Kocham czeską literaturę, uwielbiam czeskie kino, ich dystans i genialne poczucie humoru. Życzę Milikowi jak najlepiej.

Fajnie też gdyby dobre zawody zaliczył Jason Doyle. Ten facet to prawdziwy pracuś. Po latach kontuzji, przebijania się na nazwijmy to żużlowej bocznicy kolejowej, trafił do czołówki. Sumiennie pracujący bidula dopiero po trzydziestce zrealizował to w co wierzył. Nie robi na nim wrażenia, gdy staje pod taśmą z takimi mistrzami jak Hancock, Nicki Pedersen czy Tai Woffinden. Życzę mu sukcesu z całego serca, bo inny zawodnik na jego miejscu już dawno zawiesiłby żużlowy laczek na kołku. Australijczyk zawsze miał pod górkę: problemy z wizą, problemy z pozwoleniem na pracę, operacja barku... Pokazał jednak, że jest sportowcem najwyższej klasy. Liczę, że powalczy o medale w Grand Prix. Sukces w PGE IMME mógłby go do tego ponieść.

KRYSTIAN PIESZCZEK W ŻYCIOWEJ FORMIE I Z DZIKĄ KARTĄ NA PGE IMME

Z dziką kartą wystartuje Krystian Pieszczek, po latach posuchy w końcu gdański wychowanek z prawdziwego zdarzenia. Czy to jest materiał na żużlowca większego kalibru niż solidny ligowiec?

Krystian zaimponował mi podczas pierwszego z tegorocznych finałów indywidualnych mistrzostw świata juniorów w King's Lynn. Wielu zawodników narzekało na tor nie mając pojęcia, że tamtejszy toromistrz Buster Chapman to mistrz w swoim fachu. To im zabrakło umiejętności i chłodnej głowy. Te zawody trwały długo, to był prawdziwy maraton. Pieszczek przez cały turniej utrzymał potrzebny poziom koncentracji i wygrał. Szacunek. W Gdańsku wciąż tęsknią za Zenonem Plechem, Andrzejem Marynowskim, Mirosławem Berlińskim czy moim zdaniem ostatnią z ikon klubu i gigantycznie utalentowanym żużlowcem Jarosławem Olszewskim. Pieszczek to materiał na zawodnika dużego kalibru.

Podczas turnieju w Gdańsku może sporo namieszać. Jednodniowe zawody zawsze wyciągają to, co najlepsze z lokalnych chłopaków. Nie zdziwię się, gdy będzie bił się o duży wynik. Najlepszy przykład takiego lokalnego matadora to Josef Franc. Dworowano sobie z niego, gdy startował z dziką kartę w praskiej rundzie Grand Prix, a on zdobył 9 punktów. Wygrał trzy wyścigi pokonując Hancocka, Holdera i Woffindena. Pieszczek podobnie może udowodnić, że dzika karta to nie jest tylko wymysł marketingowy. Rywale mogą nie potraktować go poważnie, więc otwiera się dla niego kolejna furtka. W tym sezonie powinien skupić się jednak na tym, by zdobyć indywidualne mistrzostwo świata juniorów. Jeśli tego dokona, pojedzie na galę międzynarodowej federacji FIM do Berlina. Tam będzie miał okazję przebywać w towarzystwie największych gwiazd sportów motorowych jak Jorge Lorenzo z Moto GP czy wielokrotny mistrz świata w trialu Toni Bou. To niesamowity prestiż i duży bonus, z którego wynikną tylko wielkie rzeczy.

Czym dzisiejsze młode gwiazdy żużla jak Patryk Dudek, Maciej Janowski czy bracia Pawliccy różnią się od pokolenia Tomasza Golloba?

Przede wszystkim ekspozycją medialną. Oni wychowują się w innym świecie, ale żużel kochają tak samo. Ci młodzi to bardzo zgrana grupa, która żyje w świetnej komitywie. Między sobą różni ich chyba tylko klikalność na portalach społecznościowych, takie czasy. Bardzo interesują się innymi dyscyplinami motocyklowymi. Patryk Dudek wychował się na superbike i Maksie Biaggim. Paweł Przedpełski twierdzi na przykład, że supercross jest sto razy ciekawszy od żużla. Nic dziwnego, bo od stycznia do maja na te zawody w Stanach Zjednoczonych przychodzi po 50 tys. ludzi. Ryan Dungie, Ryan Villopoto czy Jeremy McGrath to goście, którzy jeśli chodzi o marketing, nakrywają gwiazdy żużla czapką. Im nazwiska żużlowców nic nie mówią. W drugą stronę jest przeciwnie.

Zaletą młodego pokolenia jest to, że potrafi odkleić się od żużla opuszczając park maszyn. To cenna umiejętność. Nie myślą o gaźnikach czy silnikach. Mają muzykę, kumpli. Maciej Janowski uwielbia spotykać się z ludźmi spoza sportu. Pozwalają mu oddychać. Starsze pokolenie miało w sobie więcej romantyzmu. Niektórzy specjalnie przejeżdżają długie trasy busem zamiast wybrać optymalne połączenie lotnicze, bo takie podróże to dla nich święto, które uczy życia. Swoją drogą to starsze pokolenie utorowało drogę dzisiejszym gwiazdom. To zasługa Zenka Plecha, Edwarda Jancarza, Jerzego Rembasa czy Golloba, którzy mieli odwagę jechać na zachód i pokazać, że Polacy potrafią. Przebijali się przez zagraniczny mur, a na przybyszów z Europy Wschodniej niekoniecznie spoglądało się życzliwie. Dziś Janowski jest kumplem Hancocka, Holdera czy Davy'ego Watta. Nie ma pod górę tak jak ci, którzy w czasie zmian politycznych w Polsce musieli wykazywać się dużym sprytem. Myślę, że stąd bierze się też ten romantyzm starszego pokolenia.

W polskim żużlu krążą największe pieniądze. Na Wyspach Brytyjskich czy w Szwecji zarabia się na startach mniej. Z drugiej strony w Polsce presja jest nieporównywalnie większa. To drugie wynika wyłącznie z pierwszego? "Płacę więc wymagam" czy jest coś jeszcze?

To nie jest tylko kwestia pieniędzy, ale też emocjonalnej dojrzałości społeczeństwa. Młodym zawodnikom wpaja się od początku gigantyczną presję. Szczęście mają ci, którzy potrafią się uwolnić od krzyku i "kajdanek na głowie". Rune Holta do dziś śmieje się z tego, że po nieudanym meczu rzucano w niego zapalniczkami. Nie można uwłaczać godności żużlowca tylko dlatego, że zapłaciło się za bilet. Gdyby ktoś zobaczył jaką drogę przebył w tym sporcie Holta, aby wyjść na swoje, złapałby się za głowę. Nasza namiętność i wylewność jest czasem niezrozumiała i może odstraszać. Przecież nikt nie lubi przegrywać i młodym chłopakom nie trzeba tłumaczyć, że powinni się skupić. Wywieranie presji nie służy w sportach motorowych. Tu spokojna głowa jest niezwykle ważna. Potrzebna jest cisza.

Mówimy o żużlu, a pomyślmy jaką presję mają Valentino Rossi czy Marc Marquez, gdzie od ich wyników zależy sprzedaż motocykli na całym świecie. Tam są gigantyczne pieniądze, a przecież szef dużego koncernu nie będzie strzelał do ludzi, bo wie, że samo ściganie to ciężka praca, a dokładanie stresu jest zbędnym zabiegiem. Polacy są świetni w organizacji, ale przy wszystkim jest pełna spinka - z kartką w ręku i co do centymetra. A przecież można robić rzeczy równie dobrze albo lepiej, ale z większym luzem. Niestety, polscy promotorzy zbyt mało jeżdżą na zachód oglądać sporty motorowe i podpatrywać wzorce. Nie wszystko się u nasz przyjmie, ale trzeba otwierać się na nowe rozwiązania. Formuła 1 rozwija się nie dzięki walce koncernów, ale dlatego, że jej szef Bernie Ecclestone ma siwe włosy, a wciąż słucha młodych ludzi i wymyśla nowe rzeczy.

TRENER ŻUŻLOWCÓW WYBRZEŻA DALEJ PRACUJE

Żużel jest w kryzysie? Nawet w Polsce zawodników jest coraz mniej. Wielu kończy kariery, a egzaminy na licencję są odwoływane, bo brakuje adeptów. Speedway się zwija?

Postęp cywilizacyjny Polski sprawia, że coraz mniej ludzi garnie się do żużla. Z prostej przyczyny - to okrutnie ciężki kawałek chleba. Są inne możliwości zarobkowania, a ci którzy chcą tylko poszpanować żużlem, nie rozumieją podstawowej rzeczy. Jak mawiał Tony Rickardsson, aby coś osiągnąć w żużlu, trzeba go jeść i nim sikać. Mówimy o tonach makabrycznego wysiłku. Gdy jesteś żużlowcem, twoi znajomi cierpią kosztem twojego reżimu startowego. Źródła finansowe wysychają, a ty nawet jeśli jesteś super, drżysz o profity, bo nie wiesz jaka jest wypłacalność klubu. Kiedyś żużel był romantyczny, spontaniczny i bardziej radosny. Dzisiaj jest przede wszystkim komercja. Nadzieją był Darcy Ward, który zresztą ścigał się dla Gdańska w 2011 roku. To zawodnik, który łaknął "oldschoolowego" klimatu. Australijczyk zawsze mówił, że podróże nie są dla niego problemem. To typ gościa, dla którego ważniejsza była wspólna gra w karty, a nie nowy silnik. Im dalej mieszkasz od sztampy, tym lepiej dla sportu, a on właśnie taki był. To co wyprawiał na torze to było istne szaleństwo. Miał niesamowity błysk, był jak Ayrton Senna żużla. Ubiegłoroczny wypadek w Zielonej Górze, który posadził go na wózku, to największy cios dla speedwaya i hamulec dla tego sportu.

Dla mnie bijącym serduszkiem żużla jest dziś Argentyna. To ostatnie miejsce, które pokazuje jak rusza speedway. Może wydawać się zabawne, ale jak opowiadał mi ostatnio Fernando Garcia, który gościł u siebie Jakuba Jamroga, a teraz sam jest jego gościem, trening w Salazar przyszło oglądać 14 tysięcy ludzi! Szczególnie prężnie szkolenie działa w Bahia Blanca. Natomiast w Polsce dzisiejsi herosi żużla to głównie wynik determinacji rodziców, a nie wypracowanego systemu.

Uchodzi pan za jednego z najlepiej przygotowanych merytorycznie komentatorów sportowych. Zajmuje się pan głównie sportami motorowymi i tenisem, a nawet ujeżdżaniem byków. Nie myślał pan nigdy o tym, aby zająć się piłką nożną?

W tym roku komentowałem na stadionie w Letnicy mecz pomiędzy polskimi a norweskimi biznesmenami. Rzeczywiście, było zdziwienie, gdy rzucałem fachowymi tekstami. Bardzo lubię piłkę nożną. Tata zaprowadził mnie na Oporowską, gdy byłem mały i oglądaliśmy Śląsk, w którym grali jeszcze Ryszard Tarasiewicz czy Janusz Sybis. To żużel był jednak zawsze dla mnie sportem numer jeden. Mój umysł potrzebuje szalonych, wywróconych ludzi. Żużel, motocross, Formuła 1 czy tenis mają w swoim świecie bardzo niebanalne postaci. Nie mówię, że takich nie ma w piłce nożnej, bo rozmowa z Wojciechem Kowalczykiem to niesamowita wyprawa w głąb duszy. Można się śmiać z tego co mówię, ale to niezwykle szczera postać, która wprowadza fantastyczny klimat do rozmowy. Wracając jednak na przykład do tenisa: absurdalny humor Andy'ego Murraya, czy gigantyczna wiedza jaką na temat architektury i pisarstwa posiada Ilija Bozoljac, którą Serb łączy z przyziemnymi rozkoszami - to są rzeczy które stanowią dla mnie bodźce. Takie jak historia Andy'ego Roddicka, który zanim doszedł tam gdzie jest, grał w Ameryce Południowej. Nie dojadał, nie dosypiał i sikał w dół ziemny, a nie w eleganckiej toalecie wykładanej diamentami. Komentowanie ujeżdżania byków to było dla mnie fenomenalne doświadczenie. Przybliżanie ludziom sportu trudnego w odbiorze to wyzwanie. Piłka nożna nim dla mnie nie jest. Człowiek musi wiedzieć, w czym się dobrze czuje.

Od ojca mam skłonność zgłębiania kulisów sportu. Nigdy nie nurkuję w czymś co jest negatywne. Dostrzegam to, ale nigdy się tym nie zachwycam. Komentator powinien być jak nauczyciel. Musi zaskakiwać ludzi, kombinować. Łatwiej dziś epatować wrzaskiem i krzykiem, ale to jest tandetne. Mój przyjaciel, który rozkochał mnie w Formule 1 Joe Hughes, rozkochał mnie też w bywaniu w środowiskach ciekawych ludzi. Nigdy nie wolno gardzić inną dyscypliną sportu i mówić, że ta czy inna jest najlepsze. Obowiązkiem moralnym dziennikarza sportowego jest rozkochiwanie ludzi w danej dziedzinie i jej eksploracja, szukanie odcieni duszy. Ja potrzebuję płodozmianu, jak Sting, lubię nie wiedzieć, co czeka mnie za rogiem ulicy.