stat

Pasjonują go czołgi, ale nie wszystkie. Kolekcjonuje głównie modele z I wojny światowej

14 maja 2017, 12:00
Jakub Gilewicz
artykuł historyczny

Powolne, ciężkie, zazwyczaj bez obrotowej wieży i do tego ze słabym pancerzem. Czołgi użyte w czasie I wojny światowej były przeważnie dalekie od ideału. Mimo to zafascynowały Rafała Duzowskiego, który skleja plastikowe modele tych starych pojazdów.



Aby zatrzymać alianckie czołgi, Niemcy zaczęli poszerzać okopy. Francuzi i Brytyjczycy nie pozostali dłużni i postanowili wyprodukować... dłuższe czołgi. Tak powstały między innymi St. Chamond oraz Mark IV Tadpol. Pierwszy z nich ważył od 19 do 24 ton i poruszał się w terenie z prędkością ok. kilometra na godzinę.

- Tak jak wszystkie pierwsze czołgi, był beznadziejny - ocenia bez ogródek modelarz Rafał Duzowski, po czym wyjaśnia: - St. Chamond był wolny, miał za krótkie gąsienice w stosunku do swojej długości i masy. Do tego miał duże problemy z pokonywaniem rowów, a w jego wnętrzu było głośno, gorąco i brudno.
Francuski pojazd był ponadto niezwykle niebezpieczny dla załogi. Pancerz z nitowanych płyt miał bowiem grubość zaledwie kilkunastu milimetrów z przodu i kilku po bokach.

- Łatwo było zatrzymać ten czołg, nawet jednym strzałem. Poza tym jeśli St. Chamond dostał rykoszetem, nity wyskakiwały i raniły załogę. Stąd też załogi dostawały specjalne maski, które miały chronić je przed obrażeniami, spowodowanymi przez latające nity - tłumaczy Duzowski.
Pasjonat model czołgu St. Chamond umieścił na dioramie. Na jej ścianie widnieją barwy Francji. Republika - mimo wielu wad pojazdu - zdecydowała się na jego masową produkcję. Z kolei Brytyjczycy, w przypadku swojego Mark IV w wersji Tadpol, poprzestali na prototypie.

Moździerz na czołgu i pierwsza obrotowa wieża

Dzięki swojemu wyglądowi, nazywano go kijanką. Przedłużony Mark IV, czyli w wersji Tadpol, miał dwie nieruchome wieże po bokach. Jego uzbrojenie stanowiły 57 mm działa i karabiny maszynowe. Tyle że pojazd był wolny, a jego ośmioosobową załogę miał chronić pancerz o grubości zaledwie kilkunastu milimetrów. Ponadto Brytyjczycy zamontowali z tyłu pojazdu moździerz, co okazało się chybionym pomysłem.

- W czasie prób okazało się, że nieamortyzowany czołg, który jedzie przez nierówny teren, tak mocno trzęsie tym moździerzem, że włożenie pocisku do lufy jest bardzo trudne, a trafienie w cel jest właściwie niemożliwe. Papier prawdopodobnie wszystko przyjął, a rzeczywistość pokazała, że czołg nie nadaje się do użycia - opowiada modelarz.
Mimo że I wojna światowa była czasem, kiedy broń pancerna dopiero zaczynała się rozwijać, Francuzi zdołali wyprodukować przełomowy czołg, który miał obrotową wieżę z przodu i silnik z tyłu.

- Renault FT był protoplastą nowoczesnego czołgu. Jako pierwszy czołg w czasie I wojny światowej miał obrotową wieżę, choć warto wiedzieć, że jej ręczne obracanie wymagało od żołnierzy bardzo dużej siły. W czasie walki trzeba ją było przekręcić, zatrzymać, załadować działo, wystrzelić. To była bardzo ciężka fizyczna praca - opowiada pasjonat.
Mieszkaniec Gdyni wykonał model Renault FT w skali 1:16, czyli dwa razy większej niż swoje pozostałe czołgi. A że chciał pokazać fragment żołnierskiego życia na froncie, umieścił we wnętrzu pojazdu m.in. miniaturowe fotografie ukochanej czołgisty i jego rodziny.

- Żołnierze bardzo lubili ten czołg. Był przede wszystkim szybki i zwrotny - dodaje modelarz.
Po I wojnie światowej Renault FT służyły między innymi w polskim wojsku. Jeden z nich odnaleziono przed laty w Afganistanie i stamtąd trafił do Polski, gdzie został odrestaurowany.

Tymczasem Rafał pracuje nad modelem kolejnego starego czołgu. I choć obecnie broń pancerna z I wojny światowej to jego konik, zaczynał od sklejania modeli współczesnych pojazdów.

Radzieckie działo i amerykański bojowy wóz piechoty

W szklanej gablocie stoi m.in. model radzieckiej "Szyłki". To poczwórnie sprzężone samobieżne działo przeciwlotnicze kalibru 23 mm. Rafał zobaczył je w jednym z filmów i bardzo mu się spodobało.

- W szczególności przypadło mi do gustu malowanie z czasów Wojny Jom Kippur w 1973 roku - przyznaje.
Po sklejeniu i pomalowaniu "Szyłki" umieścił ją na dioramie obok nasypu ziemnego. Również na piasku - tyle że na osobnej makiecie - prezentuje się amerykański gąsienicowy bojowy wóz piechoty Bradley. Rafał wykonywał go podczas służbowych podróży. Zabierał ze sobą potrzebne rzeczy z domowego warsztatu i sklejał. A że dbał o detale, wykonał między innymi brudzenie silnika.

Mimo to modelem, który najbardziej sobie ceni, nie jest pojazd, tylko amerykański śmigłowiec CH-47C Chinook. To dwusilnikowa i dwuwirnikowa maszyna, przeznaczona m.in. do transportu żołnierzy i sprzętu.

- Zobaczyłem ten śmigłowiec w Internecie w malowaniu ice and fire. Leciał na tle pięknych, ośnieżonych gór. Wywarło to na mnie takie wrażenie, że musiałem go zrobić. Pewnej motywacji dodawało mi również to, że nie znalazłem takiego modelu wykonanego przez innego modelarza - wspomina Duzowski.
Bardzo dużo czasu modelarz musiał poświęcić na wykonanie płóz, ponieważ śmigłowiec musiał mieć możliwość stania na śniegu.

- Udało mi się dotrzeć do oryginalnej dokumentacji producenta. Poza tym szpachla, szpachla i jeszcze raz szpachla, pozwoliła mi wymodelować płozy, które muszą mieć odpowiednio aerodynamicznie ukształtowane.
Śmigłowiec zyskał płozy, a Rafał satysfakcję z wykonanej pracy. Poza tym - jak sam przyznaje - motywuje go świadomość, że każdy kolejny model jest lepszy. Choć modelarstwem zajmuje się niedługo.

- Cztery, może pięć lat - próbuje policzyć.
Wie też ponadto, że swoją pasję może realizować, dzięki wyrozumiałości rodziny. Bo w warsztacie bywa często.

- Odczuwam nawet pewnego rodzaju głód czy nerwowość, jeżeli nie mogę spędzić w warsztacie jakiejś godzinki czy dwóch i to trwa dłużej niż jeden czy dwa dni. Także coś jest na rzeczy.
Zobacz też kolekcję biletów Anity z Gdańska
Czy znasz historię I wojny światowej?
22%

tak, i to bardzo dobrze

63%

tak, ale tylko trochę

15%

nie, bo mnie to nie interesuje

łącznie głosów: 252