stat

Ludzie Trójmiasta: z Gdyni na najwyższe szczyty

25 sierpnia 2018 (artykuł sprzed 1 roku)
Anna Moczydłowska
Najnowszy artukuł na ten temat

Ludzie Trójmiasta: niezwykłe życie niewidomej 84-letniej nauczycielki

Sukces najmocniej odczuwa się na szczycie. I choć obiecała sobie, że płakać nie będzie, bo na wysokości i w kilkunastostopniowym mrozie krople na policzkach zamarzają błyskawicznie, a oddech bierze się zdecydowanie trudniej, nic z tego nie wyszło. Łzy leciały jak groch, gdy po długich godzinach ataku szczytowego postanowiła stopę na szczycie Mount Everest. Kolejną bohaterką cyklu "Ludzie Trójmiasta" jest gdynianka, Miłka Raulin - najmłodsza Polka w historii, która w tym roku zdobyła Koronę Ziemi.



Choć sama waży niewiele ponad pięćdziesiąt kilogramów, na plecach niejednokrotnie dźwigała połowę ciężaru własnego ciała. Przez 24-kilogramowy plecak i 30-kilogramowe sanie, które ciągnęła za sobą zdobywając najwyższy szczyt Ameryki Północnej - Denali, uszkodziła nerwy szyi i przeciążyła mięśnie. W trakcie wspinaczki głowa zwisała jak balon, z którego uszło powietrze. By z kimś porozmawiać, Miłka Raulin musiała podpierać głowę kijem trekkingowym. Ten zdecydowanie mniej popularny od Everestu szczyt dał jej prawdziwie w kość. Ale to właśnie góra gór - Mount Everest, inaczej Czomolungma - był dla niej sprawdzianem na koncentrację i cierpliwość.

- Mówi się, że to człowiek zdobywa górę, ale ja uważam, że to ona pozwala mu się zdobyć. Powyżej ośmiu tysięcy metrów nad poziomem morza wszystko jest trudne. Ciężko się chodzi, śpi, je i oddycha. Przed zdobyciem Everestu pokornie prosiłam górę, by była dla mnie łaskawa. Wysłuchała mnie. Dopisywały zarówno siły, jak i pogoda. Czułam, że to mój dzień - wspomina swój ostatni wyczyn gdynianka.
Miłka Raulin ma 35 lat. Swój projekt "Siła Marzeń - Korona Ziemi" realizuje od 2011 roku. W jego ramach zdobyła dziewięć najwyższych szczytów świata na wszystkich kontynentach. I tak na jej liście znajdują się Kilimandżaro, Elbrus, Aconcagua, Denali, Piramida Cartensza, Góra Kościuszki, Mont Blanc, Masyw Vinson i tegoroczne osiągnięcie - Mount Everest. Himalajską górę, liczącą 8 848 metrów, Polka zdobyła 22 maja, na stałe zapisując się na kartach historii.

Zobacz także: gdynianka zmierza po Koronę Ziemi

Ulotka z marzeniem


Pierwsza duża wyprawa? Do Peru. Miłka wygrała ją wśród jedenastu tysięcy konkursowych zgłoszeń. Wychodząc z Politechniki Gdańskiej, na której studiowała, natknęła się na chłopaka z ulotkami. Wzięła jedną z nich, przeszła kilkanaście metrów i... poczuła, że musi się cofnąć. Chciała dowiedzieć się, co kryje się pod hasłem "wyprawa życia", do udziału w której zachęcała treść ulotki.

- Wróciłam, by zapytać młodego chłopaka, ile ulotek może mi dać. Z radością oznajmił, że odda mi wszystkie. Przez kilka dni wypełniałam formularze, zwiększając tym samym prawdopodobieństwo wylosowania mojego zgłoszenia. Wszystko oczywiście zgodnie z regulaminem - wspomina ze śmiechem.
W dniu gdańskich juwenaliów miała wrzucić ulotki do specjalnej urny. Upór i konsekwencja, nie pierwszy raz w jej historii, popłaciły. Została wylosowana. Tym sposobem Miłka znalazła się w gronie stu osób spośród jedenastu tysięcy chętnych, którzy rywalizowali o wyprawę do dalekiego Peru. Nim jednak tam trafiła, przez sześć tygodni rywalizowała z innymi uczestnikami, biorąc udział w różnych dyscyplinach. Z całej wyprawy powstało kilkanaście odcinków reality show wyświetlanych w telewizji, a zwycięzcy wyprawy zdobyli m.in. wulkan Mismi o wysokości prawie 5700 metrów. To właśnie w Peru Miłka oddała swoje serce górom wysokim.

Serce kolejarza


Minęło kilka lat nim na dobre rozpoczęła samotne górskie wyprawy. W międzyczasie Miłka wyprowadziła się do Warszawy i urodziła syna - Jeremiego - by już po obronie pracy magisterskiej na Politechnice Warszawskiej na Wydziale Trakcji Elektrycznej ruszyć na podbój Mount Blanc.

Choć jej rodzice (mama - śpiewaczka operowa i tata - trębacz) marzyli, by córka poszła w ich muzyczne ślady, Miłka, przewrotnie jak zawsze, zapragnęła zostać kolejarzem.

Postawiła sobie też cel: jeśli obroni tytuł magistra jako pierwsza na roku, w nagrodę podejmie próbę wspinaczki na najwyższy szczyt Europy - Mount Blanc. Zrealizowała go. W kolejnych latach przyszedł czas na Himalaje Indii i Nepalu, gdzie zdobyła pierwsze sześciotysięczne szczyty (Stock Kangri, 6153 m n.p.m. i Islan Peak, 6189 m n.p.m.).

Idea zdobycia Korony Ziemi dojrzewała w jej głowie od 2011 roku. By zrealizować to marzenie, po wypełnieniu zawodowych i rodzinnych obowiązków, wieczorami Miłka rozpoczynała kolejny etat. Montowała filmy, obrabiała zdjęcia, ale przede wszystkim wysyłała mnóstwo ofert sponsorskich, by pozyskać fundusze na coraz droższe wyprawy. Równolegle do projektu Korony Ziemi pochłaniały ją obowiązki służbowe. Do tej pory, jako inżynier trakcji, gdynianka wdrożyła m.in. nowoczesną sieć trakcyjną oraz napędy zwrotnicowe dla kolei dużych prędkości. Przez kolegów z branży była nawet nazywana "panią od nowości", bo wprowadzała i testowała systemy, których dotąd w Polsce nie było.

- Bardzo zależy mi na tym, by usprawnić naszą kolej. Mam serce kolejarza i nie wyobrażałam sobie życia bez inżynierskich wyzwań - zaznacza dziś.
Nie wyobrażała sobie do tego stopnia, że przez lata godziła pracę na etacie z wychowaniem dziecka i treningami przygotowującymi do górskich ekspedycji. Połączenie funkcji pracownika, matki i marzycielki okazało się nie lada wyzwaniem.

Gdy Jeremi zasypiał, jego mama rozpoczynała swój drugi etat - w całości poświęcony "Sile Marzeń". Jakby tego było mało, o północy zakładała sportowe buty i szła biegać. Kondycja jest bowiem nieodłączną częścią jej sukcesu. Przebiegała dziesięć kilometrów, lądowała w łóżku na kilka godzin, by o szóstej rano zacząć życiowy maraton od początku. Po latach wyeksploatowany organizm zaczął się buntować. Życie na pełnych obrotach sprawiło, że musiała leczyć anemię.

- W tamtym okresie nie miałam zbyt wielu chwil na relaks czy złapanie oddechu. Brakowało mi też czasu dla przyjaciół i nie każdy potrafił to zrozumieć - mówi dziś.

Samotne wyprawy


Zdobycie Korony Ziemi zajęło jej siedem lat. W maju tego roku wspięła się na ostatni szczyt, którego brakowało jej do osiągnięcia celu. Postanowienie krystalizowało się latami, wyprawa po wyprawie, krok po kroku, a konsekwencja popychała ją w górę. By oszczędzić, swoje wyprawy od A do Z organizowała samodzielnie, rezygnując z pomocy i wsparcia profesjonalnej agencji. W trakcie pierwszych samotnych podróży oszczędzała, jak mogła, jedząc posiłki za dolara i śpiąc w wieloosobowej sali na twardej pryczy.

- Do pewnego momentu były to podróże, na które byłam w stanie sama zapracować i odłożyć potrzebne fundusze. Ale koszty rosły w miarę rozwoju projektu, a w pewne miejsca po prostu nie mogłam wybrać się bez pomocy profesjonalnej agencji - mówi.
Piramidę Cartensza, Masyw Vinsona czy Everest można wprawdzie zdobyć w pojedynkę, ale wymaga to sprawnej logistyki i ogromnej siły. Dlatego wyruszając w te góry Miłka musiała się zdać na profesjonalistów.

- Pierwsza moja wprawa na Mont Blanc zamknęła się w 700 złotych - wylicza. - Kolejna, na Elbrus, kosztowała 2,5 tysiąca. W końcu jednak dotarłam do momentu, w którym koszta gwałtownie rosły, a ja byłam pełna obaw, że projekt się nie powiedzie z powodu braku funduszy. Wiedziałam, ze muszę zawalczyć o swoje marzenia i udało się. Zdobyłam pierwszego sponsora. Już wiem, że konsekwencja jest matką sukcesu.

Nie zbaczać z trasy


- Elbrus [najwyższy szczyt Kaukazu o wysokości 5642 m n.p.m. - przyp. red.] był górą, która pogroziła mi palcem - opowiada Miłka. - Nim wybrałam się do doliny Azau, naczytałam się o niebezpieczeństwach czyhających na śmiałków, którzy chcą zdobyć tę górę.
Wiedziała jedno: najważniejsze to nie zbaczać z trasy. Szła więc ostrożnie, metr po metrze, aż w końcu stanęła na wierzchołku. Jednak po zdobyciu szczytu pogoda gwałtownie pogorszyła się, zrobiło się tak mgliście, że nie była w stanie zobaczyć trasy oznakowanej czerwonymi tyczkami. Wiedząc, że musi trzymać się wyznaczonej drogi, Miłka cierpliwie czekała, aż oznaczenia wyłonią się z mgły. Ostrożnie przebiegała kawałek po kawałku. W efekcie całe wejście, które powinno trwać osiem godzin, zabrało jej dwa razy tyle. Gdy dotarła do bazy, nerwy i stres odpuściły. Ze zmęczenia zwymiotowała.

- Idąc na szczyt nie możesz mieć "baterii" zużytych więcej niż w 50-55 proc. - mówi nauczona doświadczeniem. - Droga na szczyt to dopiero połowa. Jeśli zużywasz więcej, może skończyć się to tragicznie. Szalenie istotna jest ocena swoich możliwości, a tam, u góry, to bardzo trudne. Ambicja i ekscytacja faktem, że zbliżasz się do wierzchołka mogą spowodować, że przestaniesz być czujny. Zmęczony organizm potrafi płatać figle. To właśnie najtrudniejszy pojedynek: ty kontra realna ocena własnych możliwości.
Chcesz się podzielić z nami swoją historią? A może znasz kogoś, o kim powinniśmy napisać? Czekamy na maile: ludzietrojmiasta@trojmiasto.pl

Nie za wszelką cenę


Zalążek jej miłości do gór pojawił się, gdy pierwszy raz weszła na Śnieżkę. Już wtedy, w wieku jedenastu lat, złapała górskiego bakcyla. Na początku marudziła, była zmęczona, zniechęcona. W zasadzie wściekła, że ktoś ciągnie ją na tak wysoką górę. Pamięta, jak spocona i obolała postawiła stopę na szczycie i... spojrzała przed siebie. Ujrzany widok odebrał małej dziewczynce mowę. Do dziś pamięta emocje, gigantyczną przestrzeń, soczystość zieleni wokół.

- Byłam oczarowana. Poczułam wtedy, że to właśnie moje miejsce - wspomina.
Choć od tamtego czasu minęło blisko ćwierć wieku, miłość do gór, pielęgnowana i podsycana licznymi wyprawami, przetrwała. O niej, ale i o trudnościach, smutku, łzach, wysiłku i hektolitrach potu opowiada książka Miłki, która już w październiku trafi do księgarni.

- O czym będzie? Czytelnicy ujrzą projekt "Siły Marzeń" od wewnątrz, moimi oczami - zdradza.

I dodaje: - Mówi się zawsze o tym, co ukochana pasja daje. Ja opowiem też o tym, co mi góry zabrały i ile kosztowała mnie realizacja mojego celu. Ale nie przestraszcie się. Mnóstwo w tej historii nadziei, radości i satysfakcji. To będzie opowieść o sile marzeń i tym, jak bardzo potrafią nas one unieść. Dosłownie i w przenośni.