Ciekawe zawody: Influencerzy - nowa moda na pracę

3 września 2020, 9:40
Agnieszka Śladkowska

W dzisiejszym odcinku cyklu "Ciekawe zawody" rozmawiamy z Kasią Gillą-Glubiak o pracy influencera, która zaczyna odgrywać coraz większą rolę w działaniach marketingowych firm. W ubiegłym miesiącu o pracy projektanta gier rozmawialiśmy z Michałem Szewczykiem. Kolejny wywiad już za miesiąc.



Kasiu, jak przechodzi się przemianę z nauczycielki w influencerkę na Instagramie?

Kasia Gilla-Glubiak U mnie to wszystko zaczęło się niewinnie, a początek tej historii to ciążowe zwolnienie i nuda. Jestem magistrem wychowania fizycznego, pracowałam przez lata jako nauczyciel WF-u i trener siatkówki. Kiedy zaszłam w pierwszą ciążę, w szóstym miesiącu poradzono mi, żebym poszła już na zwolnienie, bo latające piłki dookoła brzucha nie są najlepszym pomysłem. Bardzo szybko zorientowałam się, że nie mam co robić, nudzę się w domu. Cały mój dzień był ustawiony pod wyjście na spacer. Zaczęłam czuć się niepotrzebna i było mi po prostu smutno. Pamiętam jak dziś, gdy pod koniec grudnia rozkleiłam się przed przyjaciółką, która powiedziała "Kasia, może ty zacznij pisać bloga". Wróciłam do domu i pomyślałam, "w sumie czemu nie" i tak zaczęłam pisać o rzeczach, które ciekawią kobiety w ciąży. O dylematach, kosmetykach, tym, jak mija ciąża, o odżywianiu i przybieraniu kilogramów. Pisałam to dla siebie i nagle okazało się, że czyta to coraz więcej i więcej osób i że dla innych kobiet to naprawdę jest ciekawe. Po urlopie macierzyńskim wróciłam do zawodu, jednak na krótko - spodziewaliśmy się drugiego synka. Nie ukrywam, że praca nauczyciela trochę kolidowała z tym, co zaczęłam robić w mediach społecznościowych. Poza tym, w obecnych czasach, postrzeganie nauczyciela w społeczeństwie mocno się zmieniło i trzeba się mierzyć z wieloma trudnościami, które nie mają nic wspólnego z nauczaniem. Jak dalej potoczy się moja droga zawodowa? To się jeszcze okaże.

Nie obawiałaś się utraty prywatności lub wystawienia się na hejt?

- Nie, pokazuję tyle, ile uznaję za właściwe, a ciałem doradczym jest mój mąż i mogę liczyć na jego sugestie, jeśli przekroczę granicę. Choć oczywiście zdarzyły mi się sytuacje, w których odczułam negatywne skutki dzielenia się swoim życiem w internecie. Jednego wieczoru powiedziałam na stories, że Borys kichnął, a już następnego dnia jedna z mam zgłosiła do dyrekcji, że przyprowadzam chore dziecko do żłobka. Było to dla mnie ewidentnie przekroczenie granicy, ale takie sytuacje to rzadkość. Za to spotykam się z wielką życzliwością od mojej społeczności, która jest cały czas ze mną i bardzo mnie wspiera.

Jak zdobyć taką społeczność? Na ten moment w internecie jest tyle treści, tylu blogerów, instagramerów. Jak ci się udało przekonać do tej pory do siebie ponad 34 tys. osób?

- Myślę, że ważne są dwie rzeczy, żeby być prawdziwym i żeby czymś się wyróżnić. Wiele osób w internecie pokazuje lukrowane życie z dzieckiem. Potem mamy wpadają w depresję, że ich świat po urodzeniu dziecka nie wygląda jak z Instagrama. A małe dziecko to przecież też bajzel, dres i rollercoaster emocjonalny. I myślę, że to powód, dla którego ludzie ze mną zostają. Jestem autentyczna i mówię szczerze o tym, co myślę i przeżywam. Kiedy jest źle, piszę, że jest źle, a kiedy dobrze, że jest dobrze. Nie chcę oszukiwać mojej społeczności, bo świat nie składa się tylko z pięknych chwil, szczególnie świat matki.

Jak zaczyna się zarabiać na blogu czy Instagramie?

- Nie myślałam o tym, że będę na blogu czy insta zarabiać. Po prostu publikowałam systematycznie, bo sprawiało mi to przyjemność. U mnie pierwszy moment, w którym zobaczyłam, że media społecznościowe mogą dać mi wymierne wartości, nastąpił gdzieś koło 10 tys. obserwujących. Ale tak naprawdę to nie liczba followersów ma znaczenie, tylko ich aktywność. Firmy, które szukają influencerów, patrzą właśnie na to, jak duża grupa ze społeczności, którą np. dany instagramer zbudował, jest aktywna na profilu w dyskusjach, reakcjach. Możemy mieć 1 tys. obserwujących i 500 aktywnych osób, a możemy mieć tyle osób przy wielkiej, 200 tys. społeczności, chociażby dlatego, że pochodzenie naszych polubień jest nie do końca legalne. Z ciekawostek według WhitePress wyróżnia się cztery typy influencerów: top-influencerzy to znane osobistości, jak np. Julia Wieniawa czy Lewandowscy, którzy mają powyżej 500 tys. obserwatorów. Dalej są makroinfluencerzy, którzy mają od 100 tys do 500 tys. Następnie influencerzy o średnich zasięgach 20-100 tys. Potem mikroinfluencerzy, których obserwuje od 10 tys. do 20 tys. i nanoinfluencerzy, którzy mają do 10 tys . obserwujących, za to mogą mieć ogromny wpływ na dość wąską, lokalną społeczność.

Mówiłaś o zaangażowaniu ludzi, jak się je buduje?

- Chyba po prostu trzeba być lubianym. Publikacja ciekawych treści to jedno, ale drugie, często w mediach społecznościowych ważniejsze, to sprawienie, żeby twoja społeczność czuła się z tobą dobrze. Czuła, że coś was wiąże, że coś wnosisz w ich życie. Wtedy w naturalny sposób zacznie żyć tym, co pokazujesz, a to właśnie angażuje. Algorytmy w mediach społecznościowych są tak ustawione, że im częściej ktoś się nami interesuje, tym częściej wyświetlane są mu nasze treści i robi się z tego właśnie takie koło. Ja mam często uczucie, że moja społeczność żyje razem ze mną. Czeka, co napiszę, martwi się moimi smutkami i cieszy codziennymi radościami. Gdy w tym roku byliśmy w szpitalu z Kacprem czy rok temu z Borysem - za każdym razem dostawałam dużo wsparcia od ludzi. Podsumowując, wydaje mi się, że autentyczność, pasja i systematyczność dają zaangażowaną społeczność. Oczywiście możemy dodać do tego jeszcze, że na insta liczą się piękne zdjęcia, na Facebooku większą rolę odegra ciekawa treść, a długa forma sprawdzi się raczej na blogu.

Jak wygląda współpraca zarobkowa z influencerem?

- Myślę, że zaczyna się u wielu osób, tak jak zaczęło się u mnie, czyli od proponowania barterów. Zaczynają się zgłaszać rozmaite firmy proponujące swoje produkty bezpłatnie za pokazanie ich w postach. Ja zawsze miałam podejście, że mój profil to nie słup ogłoszeniowy, na którym każdy może zostawić swoją ofertę. Wszystko robię w zgodzie ze swoimi wartościami. Jeśli uważam, że coś jest warte pokazania, zrobię to za darmo. Jeśli ktoś chce mi podarować produkt, musi się liczyć z tym, że napiszę to, co myślę. To jest ta autentyczność, o której mówiłam. Nie wyobrażam sobie pokazywać rzeczy, których nie używam, czy tych, które mi się nie podobają. Po barterach nadchodzi kolejny etap, czyli proponowanie wynagrodzenia za kampanie reklamowe. I tutaj stawki są bardzo różne. Często są to pojedyncze posty, ale mogą to być także długofalowe kampanie marketingowe lub możesz zostać twarzą marki. Różne źródła podają, że najbardziej znane osobistości w Polsce inkasują kilkadziesiąt, a nawet kilkaset tysięcy za kampanię w mediach społecznościowych. Reasumując - dla przykładu stawki przy influencerach mających 10-50 tys. obserwujących, mogą mniej więcej zaczynać się od 300, a kończyć na 1 tys. zł za post. Nie jest to żadne tabu, firmy coraz częściej współpracują z twórcami z sieci. U mnie ciekawe było też to, że właśnie dzięki prowadzeniu swojego profilu nawiązałam stałą współpracę z dużym hotelem w Trójmieście, któremu prowadziłam fanpage, kiedy jeszcze miałam jedno dziecko i mogłam to pogodzić.

Skoro nie mierzysz się z hejtem, nie masz problemów z powodu pokazywania swojej prywatności, to czy taka forma pracy ma jakieś minusy dla ciebie?

- To nie do końca tak, że tego hejtu zupełnie nie ma, bo każdy twórca w internecie mierzy się z tym na mniejszą lub większą skalę. Czasem zdarzy się ktoś z odmiennym zdaniem niż moje i wyrazi je niekoniecznie w kulturalny sposób. Trzeba z tym walczyć albo po prostu zignorować, bo prawda jest taka, że to brak uwagi jest największym bólem dla hejtera. Co do innych minusów tej pracy, na pewno trudno patrzeć na nią jak na w pełni stabilne zajęcie - kwestie związane z bezpieczeństwem, trendami czy zmiennymi preferencjami ludzi powodują, że cały czas trzeba się rozwijać i po prostu być elastycznym. W sumie nic w tym dziwnego, wirtualny świat tak szybko się rozwija, że trzeba za tym nadążyć. To jedno. Drugie, to że można się po prostu wypalić. Czasem można czuć takie uwiązanie, zmęczenie telefonem. Ja radzę sobie z tym tak, że robię dni totalnego offa, jestem tylko dla rodziny, nie ma mnie dla mojej społeczności. Kiedyś też odpisywałam na każdą wiadomość, a teraz pogodziłam się z tym, że nie jestem w stanie tego robić. Mam swoje życie w realu i swoje obowiązki. Nie zmienia to faktu, że czasem czuję wyrzuty sumienia z tego powodu, np. że ktoś poczuje się zlekceważony.

A jakie są największe plusy?

- Mogę pracować, kiedy chcę, ile chcę i gdzie chcę. To ma szczególne znaczenie przy dwójce małych dzieci. Wiele mam właśnie w tym okresie zaczyna swoją przygodę z blogowaniem czy prowadzeniem kanałów w social mediach, co potem przeradza się w zlecenia dla influencera. Na pewno też olbrzymim plusem social mediów i zbudowania dużej społeczności jest ogromny wpływ. Jak ten wpływ wykorzystamy, zależy od nas. Ja np. wymyśliłam sobie akcję "#help5saturday". Na Instagramie panują takie zwyczaje, że w czwartki często publikujemy wspomnienia #throwbackthursaday, w piątki polecamy inne konta #followfriday. Pomyślałam więc: to może w soboty pomagajmy? Wybieram zbiórkę pieniędzy prowadzoną na leczenie chorego dziecka i w sobotę zachęcam, aby przekazać 5 zł na pomoc. Satysfakcja, z jaką patrzysz, kiedy wpadają pieniądze, dzięki którym ktoś będzie miał szansę uratować swoje dziecko, jest niesamowita. Dostałam od rodziców mnóstwo podziękowań. Jednak tu też są ciemne strony. W pewnym momencie zostałam zasypana masą propozycji linków ze zbiórkami do publikacji. To było dla mnie trudne, musiałam odsyłać tych ludzi z niczym, bo przecież nie da się wszystkim pomóc i to było dla mnie ciężkie.

Nazwałaś swojego bloga niematkujmitu. To bardziej pogrożenie palcem tym, którzy chcą mówić, co mamy robić, czy tym, którzy postrzegają kobietę tylko jako matkę?

- I to, i to, ta nazwa ma wiele znaczeń. Jesteśmy matkami, ale przede wszystkim jesteśmy silnymi kobietami, które mają różne role poza byciem mamą. Jednak pomimo to bardzo często kobiety pozwalają się zamknąć tylko i aż w roli matki, o stałym repertuarze dnia. Ja bardzo się z tym nie zgadzam. Do tego kobiety lubią matkować, także innym kobietom. Ten blog to część większej układanki, organizuję wydarzenie o tej samej nazwie. Idea jest prosta - burzyć schematy dotyczące macierzyństwa, wspierać kobiety w rozwoju swoich pasji i dzielić się najlepszymi praktykami w kwestii bycia matką, ale też pewną siebie i zaradną kobietą. Bo przecież my kobiety możemy tak wiele.

A ty nie matkujesz swoim obserwatorom?

- Nigdy nie chciałam być i nie będę ekspertem. Ja po prostu dzielę się tym, czego sama doznaję i co odkrywam. Wszystko w myśl idei - "Macierzyństwo, czyli podróż pełna inspiracji". Chcę dzielić się tym, co sprawdziłam, wiem, że wielu osobom pomogło to podjąć lepsze decyzje, wielokrotnie ich zmotywowało i dało pozytywny zastrzyk energii. To informacje zwrotne od moich obserwatorów na Instagramie sprawiają właśnie, że robię to, co robię, i czerpię z tego ogromną radość.

Trójmiejski rynek pracy to różnorodność i ciągłe, dynamiczne zmiany. Ciekawe, niszowe profesje i zawody, które w chwilę zdobywają popularność. Chcemy pokazać czytelnikom nie tylko warte poznania profesje, ale także niezwykłych ludzi, którzy z pasją opowiadają o swojej pracy. Temu ma służyć cykl wywiadów "Ciekawe zawody".