Na swoim. Własna elektrownia dzięki fotowoltaice Ryszarda Jesionowskiego

31 stycznia 2020, 11:00
Wioletta Kakowska-Mehring

O tym, że zbieranie doświadczeń w różnych branżach prowadzi do pomysłu życia, że czasem warto przeczekać, licząc, że zła passa się odwróci, choć byłoby dobrze, gdyby państwo nie rzucało kłód, a także o tym, że warto mieć mentorów w biznesie, których słowa "panie Jesionowski, wszędzie zdążymy" zostają z nami na zawsze i są drogowskazem rozmawiamy z Ryszardem Jesionowskim, właścicielem Baltic Energy, firmy zajmującej się fotowoltaiką. W poprzednim odcinku "Jak to jest na swoim" rozmawialiśmy z Anną Gapińską, właścicielką Think Customer. Kolejny wywiad już za miesiąc.


Miałem wówczas dwadzieścia kilka lat i nagle zacząłem latać biznes klasą po Europie. Przyznam, że trochę przewróciło mi się w głowie. Na szczęście wiele się też nauczyłem.

Od kiedy jest pan "na swoim"?

Ryszard Jesionowski: - Od 2015 roku. Prosto z korporacji, bo wcześniej praktycznie wyłącznie pracowałem na etacie. Przyznam, że po drodze miałem też przygodę z działalnością, ale to był jedynie epizod.

Coś więcej może pan o tym opowiedzieć. Epizod, bo...

- Zabrakło doświadczenia i pewności siebie. Zabrakło też kapitału na rozwój. To była mała firma transportowa. W tamtym czasie pracowałem i jeszcze studiowałem. Musiałem płacić za studia i ta działalność - jako dodatkowa - miała wspomóc moje plany. Niestety, wyszło przeciwnie, firma pogorszyła moją sytuację finansową. Trzeba było szybko podjąć jakąś decyzję, albo w lewo, albo w prawo. Po pół roku zamknąłem działalność. Nie żałuję jednak tamtej przygody, bo każde wydarzenie w życiu czegoś nowego nas uczy. Nie zraziłem się, myśl, żeby prędzej czy później pójść na swoje cały czas mi towarzyszyła. Wiele osób o tym myśli, ale zawsze czegoś brakuje, albo odwagi, albo pieniędzy, a czasem pomysłu. Jest jeszcze syndrom złotej klatki, kiedy mamy pracę, która czasem nawet nie jest rozwojowa, ale dobrze płatna, to człowiek tkwi w tym dla wygody.

Wtedy trudniej podjąć decyzję o zmianie?

- Zdecydowanie tak. To hamuje. Moja praca nie dość, że była opłacalna finansowo, to też była bardzo ciekawa. Więc tym bardziej nie było łatwo, choć ta myśl "o swoim" nie opuszczała mnie.

A ta złota klata w pana przypadku to w jakiej branży?

- Przez te lata na etacie pracowałem w kilku firmach, w kilku branżach. Ukończyłem Wydział Mechaniczny na Politechnice Gdańskiej. Po studiach trafiłem do firmy oferującej rozwiązania inżynieryjne dla przemysłu. Tam pracowałem w dziale handlowym. Przez lata z tej małej firmy zrobiła się całkiem duża. Pewnie gdy powiem, że jest to firma Bibus Menos, to wielu skojarzy taki pokaźny biurowiec należący do niej, a usytuowany niedaleko gdańskiego lotniska. Ta firma dzięki jej założycielowi bardzo szybko się rozwijała. A my wraz z nią. Pracując tam, skończyłem studia MBA na Uniwersytecie Gdańskim. Potem wylądowałem w Federal Mogul Bimet, czyli w firmie, która w Gdańsku produkuje łożyska ślizgowe do samochodów. To było krótko po przejęciu tej fabryki przez Amerykanów. Przeprowadzili w fabryce restrukturyzację i po jej przeprowadzeniu podjęli decyzję o rozwoju fabryki. Powierzono mi projekt przeniesienia części produkcji z Francji, Niemiec i Włoch właśnie do Gdańska.
Praca dla pana Barbe to było moje największe doświadczenie. Bardzo podobało mi się jego podejście do biznesu. Spokojnie, powoli, ale systematycznie.

To duże i odpowiedzialne zadanie? Przydało się pewnie i wykształcenie techniczne z Politechniki, i umiejętności zarządcze z MBA.

- Pomogło, bo odpowiadałem zarówno za część techniczną, jak i finansową. To był wielki plus. To był też dla mnie wielki skok. Miałem wówczas dwadzieścia kilka lat i nagle zacząłem latać biznes klasą po Europie. Przyznam, że trochę przewróciło mi się w głowie. Na szczęście wiele się też nauczyłem. Przede wszystkim miałem szansę na kontakt z ludźmi z różnych miejsc na świecie. Doceniono moją pracę i w nagrodę przeniesiono mnie do centrali firmy na Europę, która mieści się w Wiesbaden w Niemczech. Tam spędziłem kilka lat. Kierowałem projektem badawczo-rozwojowym. Potem przeszedłem do firmy, która także miała siedzibę w Wiesbaden, tysiąc metrów od Federala. To był ten dramatyczny okres na rynku motoryzacyjnym, czyli lata 2008 i 2009, kiedy praktycznie z dnia na dzień zamówienia spadły o 50 proc. W Federalu ta przyszłość była niepewna, więc gdy dostałem ofertę po sąsiedzku, to skorzystałem. Firma Barbe jak na niemieckie warunki była średniej wielkości. Były to trzy zakłady - jeden w Niemczech, drugi w Tajlandii i kolejny w USA. Na czele stał właściciel, pan Barbe, który zaczynał 50 lat wcześniej od betoniarki w garażu. Firma zajmowała się produkcją tzw. środków antyadhezyjnych do produkcji gumy m.in. dla branży oponiarskiej. Klientami byli przede wszystkim producenci opon, ale zastosowanie tych środków wykraczało poza tę branże, więc jej kryzys tak bardzo nie dotknął. Właściciel był... charyzmatyczny. Jego styl pracy był dla mnie fascynujący. Facet nawet nie miał komputera na biurku, a i tak o wszystkim wiedział i nad wszystkim sprawował kontrolę. Był bardzo ostrożny, do tego stopnia, że w dziale sprzedaży, w którym pracowałem, był tylko jeden komputer podłączony do internetu, żeby ograniczyć ryzyko zakażenia wirusem. Pozostałe komputery pracowały bez łączności z siecią.

I jakoś to funkcjonowało.

- Powiedziałbym nawet, że świetnie funkcjonowało. Barbe miał najwyższe ceny, a i tak posiadał 85 proc. rynku w Europie Zachodniej. Praca dla pana Barbe to było moje największe doświadczenie. Bardzo podobało mi się jego podejście do biznesu. Spokojnie, powoli, ale systematycznie. Zawsze mówił: panie Jesionowski, nigdzie się nie spieszymy, wszystko zdążymy zrobić. Ustaliliśmy, że w Polsce otworzymy biuro na Europę Wschodnią. Perspektywy były bardzo dobre, niestety wybrał Kraków, a ja napierałem na Gdańsk. Ostatecznie rozstaliśmy się. Uparłem się, ale może tak miało być. Później trafiłem do Alstomu. Pracowałem w dywizji energetycznej, czyli tej od budowy elektrowni (Alstom jest w Polsce bardziej znany z pociągów Pendolino). To był nowo powstały dział małych turbin parowych. Tam po raz pierwszy zetknąłem się z energią odnawialną.
W całej Europie taryfy gwarantowane doprowadziły do eksplozji na rynku fotowoltaiki. U nas miało to nastąpić od stycznia 2016 roku. Stwierdziłem, że to najlepszy moment, założyłem firmę i... na tydzień przed pierwszym stycznia ustawa została anulowana.

Od samochodów, przez ogumienie, po energetykę... Spora rozpiętość.

- To ma swoje wady, bo na początku jest trudno. Człowiek przychodzi do nowego środowiska, jest dużo nowych informacji, braki w wiedzy. Tu zawsze przydawała mi się Politechnika, muszę przyznać, że bardziej niż te studia z zarządzania. Jednak zawsze mi się bardzo podobała praca z ludźmi z innych krajów, przełamywanie barier, więc radziłem sobie. Niestety koncern Alstom też przeżywał kryzys. Sytuacja pogarszała się, więc stwierdziłem, że to najlepszy moment na pójście na swoje. Zwłaszcza że pojawił się pomysł. Zagłębiając się w rynek energetyczny, natknąłem się na nazwę "fotowoltaika". Potem nawet nie mogłem sobie jej przypomnieć. Było coś, ale co to za nazwa. To był 2014 rok, czyli początek początków. Zacząłem się tym interesować, dopytywać i w pewnym momencie pojawiła się ustawa o tzw. taryfach gwarantowanych. W całej Europie taryfy gwarantowane doprowadziły do eksplozji na rynku fotowoltaiki. U nas miało to nastąpić od stycznia 2016 roku. Stwierdziłem, że to najlepszy moment, założyłem firmę i... na tydzień przed pierwszym stycznia ustawa została anulowana.

Taki cios na samy starcie. Zwykle początkujący przedsiębiorcy zmagają się z konkurencją, brakiem klientów, a tu "strzał" od ustawodawcy.

- Tak. Dlatego teraz wiem, że przy zakładaniu swojej działalności trzeba mieć bufor finansowy. Trzeba przewymiarować projekt o kilkadziesiąt procent, bo nigdy nie wiadomo, co się wydarzy.

Jednak to było coś, czego nie można było przewidzieć? Tu chodzi o zaufanie do państwa.

- Niestety, tu zawiedli ustawodawcy. To była zmiana niespodziewana, powiedziałbym - z kapelusza wyjęta. Pomyślałem sobie: cóż, będę miał trochę wolnego.

Ale nie chciał pan rezygnować, jak za pierwszym razem?

- Tym razem postanowiłem wytrwać. Od lat przecież zbierałem się do pójścia na swoje. Sytuacja finansowa też nie była najgorsza, więc pomyślałem, że muszę przeczekać. Zawsze w każdej sytuacji trzeba szukać czegoś pozytywnego, więc pomyślałem, że dostałem czas, żeby się jeszcze lepiej przygotować merytorycznie, douczyć się, skompletować zespół. Kolejny rok poświęciłem na szkolenia. Gdy zaczynałem, to nie było za bardzo kogo zapytać co i jak. Tu pomogła mi znajomość języków - anielskiego i niemieckiego. Miałem dzięki temu dostęp do materiałów, których na naszym rynku nie było. Szczególnie w epoce internetu to jest duże ułatwienie. U nas rynek fotowoltaiki rozkręcał się, ale powoli. Trzeba było jeździć za umowami do woj. zachodniopomorskiego czy mazowieckiego. A wiedza na temat fotowoltaiki była bardzo mała. Pierwszą instalację zrobiliśmy w Rumi w 2016 roku. Niewielka instalacja z dotacją z Urzędu Miasta. A skoro była dotacja, to przyszła pani z urzędu, żeby skontrolować inwestycję. Policzyła panele fotowoltaiczne na dachu i wyszło jej, że jest ich więcej niż w dokumentach. Potem okazało się, że policzyła również okno dachowe. Wówczas mało kto w ogóle wiedział, jak to wygląda, a tym bardziej, jak działa.
Kilka lat temu była bariera popytu, obecnie mamy barierę podaży. Borykamy się z brakiem towaru czy monterów. Jesteśmy w innym miejscu.

Dziś rośnie świadomość ekologiczna, ludzie szukają alternatywnych źródeł energii. Być może dzięki Grecie Thunberg klientów będzie więcej?

- Już jest więcej, ale chyba w niewielkim stopniu z powodu Grety. Kilka lat temu była bariera popytu, obecnie mamy barierę podaży. Borykamy się brakiem towaru czy monterów. Jesteśmy w innym miejscu. Powodem gwałtownego wzrostu popytu są różne zachęty finansowe, jakie się nagle pojawiły. A pierwszą motywacją do montażu instalacji fotowoltaicznej są na ogół względy finansowe.

Proszę, czyli państwo, ustawodawcy ocknęli się.

- Na szczęście tak. Czasem się śmieję, że 2019 rok był pod tym względem rokiem cudów. Od stycznia ub. roku pojawiła się ulga termoizolacyjna, która umożliwia odliczenie wydatku na montaż fotowoltaiki od dochodu. Jeżeli instalacja kosztuje np. 20 tys. zł i jesteśmy zatrudnieni na umowę o pracę, to 18 proc. w pierwszym progu można sobie odliczyć. Rozliczamy to w PIT. Jeżeli brakuje w jednym roku podatku, to mamy pięć lat na rozliczenie.

A ja myślałam, że ludzie przejęli się przyszłością planety.

- To pewnie też trochę pomogło. Zwłaszcza gdy ciągle słyszymy, że wiele polskich miast wypada bardzo źle w rankingach czystości powietrza. U nas na Pomorzu nie mamy aż takich problemów z powietrzem, może dlatego ta fotowoltaika jest dużo bardziej rozwinięta na południu kraju. Wątek finansowy jest jednak najważniejszy. W drugiej połowie ub. roku pojawił się program "Mój Prąd". To jest dotacja 50 proc. wartości inwestycji nie więcej niż 5 tys. zł. Biorąc pod uwagę, że przeciętna instalacja kosztuje 25 do 35 tys. zł, to zyskujemy przynajmniej kilkanaście procent, a w niektórych przypadkach, jeżeli są mniejsze instalacje, to kilkadziesiąt. Budżet na ten program wynosi miliard złotych. Do końca ubiegłego roku wydano niespełna 10 proc. Ocenia się, że tych pieniędzy wystarczy do końca tego roku a być może do połowy przyszłego, zależy od tempa realizacji montaży. Nic więc dziwnego, że choć aura nie sprzyja, to w tej chwili mamy pełne ręce roboty.

Kto może wnioskować?
A teraz... Teraz perspektywy są świetlane. Niestety pojawił się inny problem, czyli brak ludzi do pracy.

- Każdy obywatel. Są wprawdzie ograniczenie dotyczące wielkości instalacji, ale praktycznie każdy się łapie. Po zakończeniu inwestycji trzeba złożyć wniosek do funduszu, który to wypłaca i po kilku tygodniach zwracają 5 tys. zł. Gdy doliczymy ulgę, bo te oferty nie wykluczają się - tylko się uzupełniają, to zwrot jest zachęcający. To nie koniec. W międzyczasie zmienił się VAT na budynki niemieszkalne. Jeśli ktoś montuje instalację na budynku mieszkalnych, to jest 8 proc. Jeżeli coś było na garażu czy na gruncie, to było 23 proc. Obecnie też jest 8 proc. To też jest kilkanaście procent taniej. Zalet i oszczędności jest więcej. Fotowoltaika jest sezonowa, czyli najwydajniej produkuje wtedy, gdy jest słoneczna pogoda i długie dni. Prąd niewykorzystany na bieżące potrzeby trafia do sieci i później mamy możliwość odebrania go przez 12 miesięcy. I to jest największe dobrodziejstwo. Ta ustawa pojawiła się przed trzema laty. Umożliwia ona w pewnym sensie magazynowanie energii elektrycznej. Dostajemy licznik dwukierunkowy, który zmierzy nam zarówno pobór, jak i eksport energii. Umownie rzecz biorąc to, co wyprodukujemy wiosną i latem, możemy odebrać jesienią i zimą.

Jednak warto było przeczekać początkowy falstart, dziś, kiedy inni dopiero będą próbować wejść na ten rynek, to pana firma już na nim okrzepła.

- To jest premia za wczesne wejście. To prawda. Dzisiaj z tego mocno korzystamy. Większość zleceń mamy z referencji. Kilka lat temu nie wiadomo było, co się wydarzy, w którą stronę rynek się rozwinie. Jeszcze dwa czy trzy lata temu, kiedy się spotykaliśmy na szkoleniach z konkurencją, to każdy był umiarkowanie optymistyczny. A teraz... Teraz perspektywy są świetlane. Niestety pojawił się inny problem, czyli brak ludzi do pracy.

Jak z tym pan sobie radzi?

- W głównej mierze korzystamy z pracowników z Ukrainy. Bez tego byłoby trudno. Jesteśmy częścią branży budowlanej, a w tej jest szczególnie trudno. Zależy mi, żeby rotacja była jak najmniejsza, dlatego załatwiamy trzyletnie pozwolenia na pracę. A to z kolei jest wielomiesięcznym procesem.

Wielu przedsiębiorców na to narzeka. Jak faktycznie jest z tymi procedurami?
Ostatnio spotkałem się z moim pierwszym szefem, który zauważył, że jestem teraz prawie w tym samym wieku, w którym był on, gdy zaczynał budować obecne Bibus Menos. Stworzył firmę robiącą wielkie wrażenie. Może mi się też uda i nie jest jeszcze na to za późno.

- W urzędzie spędziłem już chyba kilkadziesiąt godzin. Trzeba przyjść wcześnie rano, wpisać się na listę kolejkową. Na ogół jest ktoś bardziej aktywny, kto ją prowadzi. O godz. 9 uruchamiane jest urządzenie, które wydaje numerki. Zgodnie z miejscem na liście po kolei pobieramy numerki. Automat wydaje 23 czy 24, czyli normę dzienną. Jeśli się nie załapiemy, to trzeba przyjść następnego dnia. Czasem człowiek odstoi, ma numerek, a potem okazuje się, że brak jakichś dokumentów i znów trzeba zacząć od nowa. W czasach, gdy kraje konkurują między sobą o pozyskanie pracowników, takie procesy mogą dziwić. Złożenie dokumentów to jedno, potem długi czas oczekiwania na odpowiedź. Kiedyś pytałem, dlaczego to trwa aż trzy miesiące, ale nikt mi nie potrafił na to odpowiedzieć.

A ilu ludzi dziś pan zatrudnia?

- Zaczynałem sam, dziś jest sześć osób, ale potrzeby są większe. W tym roku chcemy otwierać oddziały, przynajmniej dwa. Będziemy budować kolejne ekipy monterskie. Nie wiem, jak to się uda, bo jedną z największych barier jest właśnie brak pracowników. Kolejnym utrudnieniem jest dostępność inwerterów oraz paneli. Już w ub. roku mieliśmy z tym problem i bywało, że musieliśmy montować na raty, bo czas oczekiwania na ich dostawę wydłużył się z kilku dni do czasami nawet dwóch-czterech miesięcy. Dzisiaj zamawiamy towar w znacznie większych ilościach, jednak wiąże się to z dodatkową powierzchnią magazynową. Dlatego rozważam budowę magazynu.

W takim razie w tym roku szykują się inwestycje. A nie obawia się pan, że znów jakieś przepisy się zmienia i...

- Mając tamte doświadczenia to powiem, że różnie możne być i na wszystko trzeba być przygotowanym. Na razie wszystko idzie w dobrym kierunku.

Decyzja o tym, żeby pójść na swoje była...

- Słuszna. Dziś trudno mi sobie wyobrazić, że mogłoby być inaczej. Nie jest co prawda tak, że o wszystkim sam decyduję, jest wiele czynników zewnętrznych, o których mówiłem wcześniej, ale tak jest zapewne w każdej branży. W tej złotej klatce jest stała pensja, jest stabilizacja, ale u siebie to u siebie. Ostatnio spotkałem się z moim pierwszym szefem, który zauważył, że jestem teraz w prawie tym samym wieku, w którym był on, gdy zaczynał budować obecne Bibus Menos. Stworzył firmę robiącą wielkie wrażenie. Może mi się też uda i nie jest jeszcze na to za późno.

A minusy bycia na swoim.
Przydała mi się też - jak już wspomniałem - znajomość języków. Dzięki temu mogłem korzystać z materiałów, które do dziś nie są dostępne w Polsce.

- Na pewno nienormowany czas pracy to duży kłopot. W korporacji też praca była na okrągło, ale na swoim dochodzi jeszcze to, że szczególnie na początku trudno oddzielić pracę od życia osobistego. Kiedyś czytałem, że według statystyk aż ponad 40 proc. firm upada w ciągu pierwszych trzech lat działalności. Trzeba więc - pracując czasem ponad miarę - ograniczać ryzyko, aby nie znaleźć się w tej grupie. Kolejna sprawa to środki na rozkręcenie firmy, na jej rozwój. Czasem lepiej pożyczyć od rodziny niż w banku. Są oczywiście dotacje, ale... W ub. roku pojawiły się dotacje w ZUS na poprawę bezpieczeństwa pracy. Do 90 proc. wydatków dla małych firm. Wszedłem na stronę internetową, a tam trzy załączniki każdy po kilkadziesiąt stron. Czasu zostało mało, bo tylko trzy dni, postanowiłem więc dowiedzieć się czegoś więcej bezpośrednio w urzędzie. Przyszedłem, zapytałem, a pani mówi, że... wszystko jest na stronie internetowej. Cóż. Wówczas nie udało się złożyć tego wniosku. W tym roku zrobię drugie podejście, tym razem mam nadzieję mieć więcej czasu na przeczytanie tej całej okazałej dokumentacji.

A jakieś rady dla początkujących.

- Budżet trzeba planować z dużymi rezerwami, bo nigdy nie wiadomo, co się wydarzy. Gdybym nie był przygotowany, to przez ten brak ustawy już na starcie bym przegrał. Przydała mi się też - jak już wspomniałem - znajomość języków. Dzięki temu mogłem korzystać z materiałów, które do dziś nie są dostępne w Polsce. Kolejna sprawa to nie zrażać się. Powoli, małymi kroczkami, konsekwentnie, systematycznie i do celu. Do dziś słyszę te słowa pana Barbego: panie Jesionowski, wszędzie zdążymy. Komputer wprawdzie mam, ale staram się brać przykład, prowadząc biznes spokojnie i konsekwentnie. W biznesie spotykamy się z różnymi zdarzeniami, lepszymi i gorszymi. Gdy będzie ci lepiej szło, to pamiętaj, że za moment może być gorzej. Nie ma się co za bardzo przywiązywać. Najważniejsza jest systematyczność. Tego nauczyli mnie moi dwaj mentorzy, pan Zbigniew Gotartowski z Bibus Menos i pan Thomas Barbe, założyciel firmy Barbe.

Podobno najlepiej uczyć się na cudzych błędach. Zdecydowanie lepiej słuchać mądrych rad. Własny biznes to często trudny kawałek chleba, ale - jak postaramy się pokazać - warto spróbować. Dla tych, którzy wolą rady, mamy nasz cykl rozmów z doświadczonymi przedsiębiorcami - "Jak to jest na swoim", czyli garść wiedzy od praktyków w biznesie. Cykl nagrodzony w konkursie Narodowego Banku Polskiego.