Santi Diving. Robili kombinezony dla nurków, teraz szyją też dla medyków

12 maja 2020, 8:00
Wioletta Kakowska-Mehring
Najnowszy artukuł na ten temat

Czytelnik: COVID-owa opłata u mechanika


Od lat szyją specjalistyczne kombinezony do nurkowania, dziś do listy produktów dołożyli kombinezony dla służb medycznych. Zaczęło się od potrzeby serca, chęci pomocy trójmiejskim szpitalom, teraz mają zapytania ofertowe z całej Europy. "Zaczęliśmy robić kombinezony, bo możemy, a nie, bo musimy" - mówią pracownicy gdyńskiej firmy Santi Diving.



Firma Santi Diving od ponad 30 lat produkuje sprzęt nurkowy, głównie skafandry tzw. suche. Firma ma swoje przedstawicielstwa w USA, Kanadzie, Korei, Włoszech, Holandii, Belgii, Niemczech, Rosji, Danii, Anglii i Szwecji oraz sieć dilerów na całym świecie - wszędzie tam, gdzie można nurkować i gdzie nurkowie kupują swój sprzęt, czyli od Meksyku, poprzez Egipt, Australię do Chin. Firma powstała z pasji, bo jej założyciel Tomasz Stachura sam jest nurkiem. To, co zespół Santi Diving wymyśli, to sam właściciel testuje. Skafandry powstają z krawiecką precyzją - każdy jest indywidualnie krojony, klejony i testowany. Są to specjalistyczne skafandry do nurkowania technicznego.

Zaczęło się od maseczek



Firma Santi Diving, tak jak wiele firm, które mają maszyny do szycia i zespół krawcowych, już w pierwszych dniach pandemii ruszyła z pomocą. Na początku były maseczki.

- Kiedy zaczęły do nas docierać apele od służb medycznych o braku środków ochrony, pomyśleliśmy, że może warto zrobić coś dobrego. Słyszeliśmy, że różne firmy, instytucje i osoby prywatne zaczęły szyć maseczki, niestety często z materiałów nieodpowiednich. Dlatego zgłosiliśmy się do naszych szpitali z zapytaniem, jakie powinny być te maseczki, z jakich materiałów, aby mogły ich używać służby medyczne. Dzięki tym konsultacjom stworzyliśmy model idealny - opowiada Łukasz Cupisz, kierownik działu technicznego i R&D.
Pierwsza partia powstała z materiału dostarczonego przez spółkę Pomorskie Szpitale, na kolejne maseczki materiał zdobyli sami pracownicy Santi. Szyli maseczki po godzinach i w weekendy, poza bieżącą produkcją, która pomimo pandemii toczy się bez zakłóceń.

- Później usłyszeliśmy, że powstają przyłbice na drukarkach 3D. Też mamy taką drukarkę, która w moim dziale technicznym wykorzystywana jest m.in. do budowy prototypów. W internecie pojawiały się projekty takich przyłbic, ale nie do końca nam odpowiadały, więc stworzyliśmy swój projekt z podnoszoną szybką. Tym razem nasz projekt konsultowaliśmy z zespołem Uniwersyteckiego Centrum Medycyny Morskiej i Tropikalnej w Gdyni - dodaje Łukasz Cupisz.
W realizacji tego projektu pomogły też fundusze zbierane w ramach zbiórek społecznych. Dzięki temu zarówno maseczki, jak i przyłbice trafiły do Pomorskiego Centrum Chorób Zakaźnych i Gruźlicy w Gdańsku, Szpitala Morskiego im. PCK w Gdyni, Szpitala Specjalistycznego im. F. Ceynowy w Wejherowie.

Szyją dla nurków, mogą też dla medyków



Były maseczki, potem przyłbice, jednak hitem okazał się... kombinezon.

- Któregoś dnia nasz szef natknął się na news o szpitalu w Neapolu, w którym pomimo trudnej sytuacji pandemicznej nie zakaził się nikt z personelu medycznego. To był jedyny taki szpital we Włoszech. O tym zadecydowały wszczęte procedury, ale również to, że tam wszyscy - od lekarzy po salowe - zostali zaopatrzeni w odpowiednie środki ochrony, w tym w kombinezony. Stwierdziliśmy, że skoro tam się udało, to dlaczego nie spróbować w Polsce. Wtedy prezes Stachura zdecydował, że możemy działać - opowiada Łukasz Chłopecki, kierownik ds. kluczowych klientów.

Na początku sprawdzili, co mają w magazynach, czy jest w nich materiał, który nadaje się na takie kombinezony.

- Wybraliśmy materiał poliestrowy z powłoką poliuretanową, który jest wodoszczelny, co potwierdzają certyfikaty. Nasz dział projektowy szybko opracował prototyp. Ważne było przede wszystkim bezpieczeństwo. Każdy szew w takim kombinezonie jest pokryty taśmą uszczelniającą, aby żadna drobinka cieczy nie przesiąknęła do środka. Kombinezon wyposażony jest w zamek tzw. bryzgoszczelny - mówi Łukasz Chłopecki.
Okazało się, że kompetencje i umiejętności, jakie zespół Santi Diving wykorzystuje na co dzień, bardzo się przydały.

- Mając park maszyn, umiejętności i fachowy zespół z ogromnym doświadczeniem w szyciu skafandrów nurkowych, udało nam się szybko przygotować model idealny, co potwierdzili testujący go medycy. Tak jak maseczki i przyłbice, tak również nasze kombinezony opiniowali fachowcy, czyli personel medyczny z pomorskich szpitali - mówi Łukasz Chłopecki.
Przy skafandrach dla nurków kluczowa jest szczelność i ta też jest najważniejsza w kombinezonach dla osób pracujących w zagrożeniu koronawirusem. Same materiały to nie wszystko, trzeba je też umieć połączyć. To nie jest proste szycie, tu liczy się doświadczenie i umiejętności, bo każdy szew trzeba zabezpieczyć taśmą zgodnie z procedurami, musi być konkretna temperatura, ciśnienie i docisk.

Są zamówienia z Włoch i Belgii



- Sami mówimy, że zaczęliśmy robić kombinezony, bo możemy, a nie, bo musimy. Nadal spływają do nas zamówienia z całego świata z rynku nurkowego, pomimo pandemii. Mogliśmy robić swoje, ale chcieliśmy pomóc. Zaproponowaliśmy coś, na czym się znamy, co umieliśmy zrobić. Stwierdziliśmy, że jeżeli służby medyczne będą miały narzędzia do pracy, to my będziemy mogli czuć się bezpiecznie - dodaje Łukasz Chłopecki.
Kombinezony trafiły do pomorskich szpitali i do pogotowia w Gdyni i Wejherowie z potrzeby serca, ale dziś mają też szansę stać nowym produktem eksportowym Santi Diving. Firma już pracuje nad wprowadzeniem do stałej oferty odzieży do ochrony chemiczno-biologicznej, nie tylko dla służb medycznych, ale też dla firm petrochemicznych czy górniczych. Dystrybucją kombinezonów na terenie Polski zajmuje się firma Santi Odzież Robocza.

- Informacja o naszym kombinezonie poszła w świat. Nasi przedstawiciele, którzy sprzedają kombinezony do nurkowania, zainteresowali się też tym produktem. Już zrealizowaliśmy zamówienie z Włoch i Belgii. Spodziewamy się dużego zainteresowania komercyjnego naszym produktem. Damy radę, bo kochamy klęski urodzaju. Wolimy mieć problem z tym, że nie nadążamy czegoś robić, aniżeli z tym, że trzeba się zastanawiać, co będziemy robić. Cały czas analizujemy rynek. Pandemia to jest czas, gdy wszystko dzieje się inaczej, nie możemy brać danych z tego roku za realne. Dlatego analizujemy ten rynek dwa lata wstecz, żeby ocenić, czy taki produkt ma sens. Czy to zainteresowanie nie jest chwilowe. Jednak po rozmowach z partnerami jesteśmy dobrej myśli - dodaje Łukasz Chłopecki.