stat

Historie rodzinne: rodzina zegarmistrzów z ul. Długiej

10 lutego 2016 (artykuł sprzed 3 lat)
Justyna Michalkiewicz-Waloszek
artykuł historyczny

Zawód zegarmistrza kryje w sobie wiele tajemnic. Zwłaszcza, gdy pasja przekazywana jest z dziadka na wnuka, tworząc biznes rodzinny z tradycją. Tak też się dzieje w zakładzie zegarmistrzowskim przy ul. Długiej 69 zobacz na mapie Gdańska. Ta historia nad czasem trwa nieprzerwanie od ponad sześćdziesięciu lat. Piszą ją Jóźwiak i jego syn. A od niedawna również wnuk.



Wszystko zaczęło się w 1954 roku...

Zbigniew Jóźwiak urodził się w 1928 roku w Warszawie. Tuż po wojnie przyjechał do Gdańska z mamą i bratem. Na zgliszczach powojennego miasta była szansa na mieszkanie, pracę i rozwój. Zawodu uczył się we Wrzeszczu, w zakładzie zegarmistrzowskim u pana Jędrucha. Akurat szukali ucznia do przyuczenia, a mama powtarzała, że syn powinien mieć fach w ręku. Wspólnie naprawiali zegar, który do dziś zawieszony jest na wieży kościelnej przy ul. Księdza Józefa Zator-Przytockiego we Wrzeszczu. Później była szkoła przy ul. Sterniczej zobacz na mapie Gdańska, a w 1954 roku - lokal na ul. Długiej. Tak jest do dziś.

To nie była miłość od pierwszego wejrzenia. Zegary stanowiły raczej odpowiedź na rosnącą potrzebę usług rzemieślniczych. Miasto było w ruinie, a żeby przeżyć, mieć jedzenie i ubranie - trzeba było coś robić. O mały włos, pan Zbigniew pracowałby w lotnictwie wojskowym, jako mechanik pokładowy. Taką propozycję złożyli mu podczas służby wojskowej. Lubił to, ale odmówił. Zbyt wiele było wypadków, a miał dla kogo żyć. W Gdańsku czekała na niego żona, Ewa.

Miłość do zegarów rozwijała się powoli. Nie było łatwo, bo po wojnie brakowało najprostszych narzędzi. Mało kto posiadał własny zegarek, ponieważ wszystko zostało pokradzione albo doszczętnie zniszczone. Narzędzia trzeba było tworzyć samodzielnie albo szukać na bazarach. Kwitnął wówczas handel wymienny. Ktoś miał jedną pasującą część, ktoś inny drugą. Ludzie przynosili do lokalu stare części, aby zarobić kilka groszy. Pan Zbigniew zamieniał te części na tzw. pasówki, czyli "składaki". Inaczej - stare czasomierze kieszonkowe, które dzięki modyfikacjom otrzymały drugie, naręczne życie.

- Po wojnie było jedno wielkie nic. Zostało tylko to, co poniszczone. Z tego robiło się pasówki. Nie było ważne, jak taki zegarek wyglądał. Grunt, żeby chodził i odmierzał czas. Nowy zegarek wówczas był towarem deficytowym, wręcz luksusowym. Robiło się więc takie "składaki" z tego, co ostało się po wojnie. Każdy chciał taki mieć - mówi Andrzej Jóźwiak, syn pana Zbigniewa.
Ośmiu zegarmistrzów i tylko jedna deska

Zakład nie zawsze wyglądał tak stylowo jak dziś. Musiało być bardzo zabawnie, czasami nieco nerwowo, gdy kilku zegarmistrzów siedziało przy jednej desce, imitującej stół. Podczas gdy jeden planował pracę z młotkiem, informował pozostałych, żeby przygotowali się na drgania. Reszta musiała odłożyć swoją pracę na później, aby czegoś nie zepsuć.

Bywało, że w zakładzie pracowało jednocześnie ośmiu zegarmistrzów. Pojawiali się również uczniowie, których Zbigniew przyuczał do pracy. Później znikali, każdy w innym kierunku. Salonów zegarmistrzowskich zaczęło powstawać coraz więcej.

Zmieniała się również ul. Długa. Zaczęły tworzyć się małe zakłady. Jak we współczesnych galeriach handlowych, tylko znacznie lepiej. Był fryzjer, mała gastronomia, jubiler, poczta, księgarnia, sklep sportowy i oczywiście kino Leningrad (późniejszy Neptun). Miejsce zaczęło tętnić życiem. Wśród pracowników "na Długiej" zaczęła się tworzyć społeczność. Wszyscy się znali, pomagali sobie, spotykali się po pracy. Tego klimatu współcześnie już nie ma.


Zegarek za 100 tys. zł.

O klientach pan Zbigniew mówi niechętnie. Mogliby sobie tego nie życzyć. Wspomina jedynie, że są reprezentacją całego przekroju społeczeństwa. Zaczynając od mieszkańców Gdańska, poprzez rządzących, zarówno tych ówczesnych, jak i współczesnych, aż po dostojników kościelnych. Ponadto do zakładu zagląda wielu turystów.

- Zdarzało się, że ktoś popsuł zegarek na urlopie w Gdańsku. Zostawił go u nas i zapomniał. Po kilkunastu, a nawet kilkudziesięciu latach wrócił przy okazji kolejnego urlopu i z ciekawości zapytał, co mogło się z tym zegarkiem stać. My go cały czas mieliśmy, więc po zweryfikowaniu kilku faktów i nazwiska tego pana, zwróciliśmy mu jego własność - mówi Andrzej Jóźwiak.
Rodzinie Jóźwiaków zdarzało się naprawiać zegarki warte kilkaset tysięcy złotych oraz pozostawione przez klientów cenne pamiątki rodzinne. Jeden z klientów zostawił kiedyś zegarek o równowartości 80 tys. zł. i miał po niego wrócić zaraz po obiedzie. Trochę się przedłużyło i wrócił po kilku dniach.

Ukryta historia pod tarczą

Jest w tym zawodzie pewna tajemnica. Zwłaszcza, gdy w ręce zegarmistrza trafia zegarek z historią. Większość klientów nie zdaje sobie z tego sprawy, że wewnątrz zegarka, który przechodził liczne naprawy znajdują się inicjały osób, które nad nim pracowały. Dzięki temu można prześledzić jego historię.

- To ciekawy zawód. Zwłaszcza, gdy mamy do czynienia z zegarkiem, który przeszedł długą drogę, zanim do nas trafił. Możemy dokładnie prześledzić jego losy. Został wyprodukowany w Stanach, trafił na Kresy, później do Niemiec, a następnie do nas. Wewnątrz znajdują się małe inicjały osób, które trzymały go w rękach. Dopisujemy swój. Taki zegar ma duszę - mówi Andrzej Jóźwiak.
Z ojca na syna, z dziadka na wnuka

To mógłby być koniec historii małego lokalu na ul. Długiej. Ta jednak trwa, ponieważ zegarmistrzostwem zajął się obecnie syn pana Zbigniewa - Andrzej, a wszystko wskazuje, że i syn pana Andrzeja - Artur Jóźwiak zaczyna czerpać przyjemność z tej zabawy czasem.

Andrzej Jóźwiak siedzi w tym biznesie od czternastego roku życia. Gdy potrzebował kilku groszy na swoje potrzeby, otrzymywał od taty zepsuty budzik. W ten sposób mógł dorobić do kieszonkowego. Szybko dostrzegł, że praca manualna sprawia mu przyjemność, więc nie miał problemów z wyborem szkoły. Uczył się w szkole zegarmistrzowskiej w Brzeźnie i z biegiem czasu zaczął pomagać tacie przy zegarach.

Chociaż syn Andrzeja, a wnuk Zbigniewa studiuje fizjoterapię, to jednak często można go spotkać w tym małym lokalu, pracującego razem z ojcem. Przychodzi, pomaga, uczy się zawodu od praktyków. I chociaż nie wiadomo, co przyniesie przyszłość, najmłodszy syn rodu zdążył już zauważyć, że byłoby smutno, gdyby ta historia dobiegała końca.