Florestan nie żyje! Zabił go "Fidelio"

11 września 2021, 7:00
Ewa Palińska
Katarzyna Wietrzny (Leonora) jest znakomitą artystką, ale podczas piątkowej premiery dała jedynie szczątkowy popis swoich możliwości. Ktoś, kto nie znał libretta miałby spory problem ze wskazaniem roli tytułowej, bo ta kreacja niczym się nie wyróżniała na tle pozostałych. Chwilami bardziej wyrazisty wydawał się Florestan - najbardziej jednowymiarowa postać w całym "Fideliu".  Więcej zdjęć (12)

Katarzyna Wietrzny (Leonora) jest znakomitą artystką, ale podczas piątkowej premiery dała jedynie szczątkowy popis swoich możliwości. Ktoś, kto nie znał libretta miałby spory problem ze wskazaniem roli tytułowej, bo ta kreacja niczym się nie wyróżniała na tle pozostałych. Chwilami bardziej wyrazisty wydawał się Florestan - najbardziej jednowymiarowa postać w całym "Fideliu".

fot. Krzysztof Mystkowski

Katarzyna Wietrzny (Leonora) jest znakomitą artystką, ale podczas piątkowej premiery dała jedynie szczątkowy popis swoich możliwości. Ktoś, kto nie znał libretta miałby spory problem ze wskazaniem roli tytułowej, bo ta kreacja niczym się nie wyróżniała na tle pozostałych. Chwilami bardziej wyrazisty wydawał się Florestan - najbardziej jednowymiarowa postać w całym "Fideliu".

fot. Krzysztof Mystkowski

Gdyby wyzwolenie Florestana zależało od sukcesu "Fidelia", który miał swoją premierę w piątek 10 września w Operze Bałtyckiej, to Beethovenowski bohater konałby w męczarniach od pierwszych minut uwertury. Ciężkostrawna, chaotyczna, a chwilami wręcz kuriozalna koncepcja reżysera Michaela Sturma sprawiła, że spektakl najpierw nużył, a potem jednych widzów wprawiał w zażenowanie, innych - mimo z założenia podniosłego charakteru - bawił do łez. Nie pomogło nawet zaangażowanie znakomitych artystów, bo ci dość oszczędnie eksponowali swoje talenty, nie wychylając się poza przeciętność.



Kalendarz imprez - zobacz, co dzieje się w Trójmieście


Trzy premiery, cztery uwertury i dwa tytuły, a kompozytor i tak ponoć nie był zadowolony z efektu. Historia kobiety przebierającej się za mężczyznę, aby pod przykrywką uwolnić z więzienia i ocalić życie ukochanego, była na wskroś banalna. Do tego stopnia, że pierwsza publiczność pierwszej "Leonory" (finalnie powstały jej aż trzy wersje), którą stanowili w większości francuscy żołnierze okupujący Wiedeń, nie wykazała większego zainteresowania tą pozycją. Opera szybko zeszła z afisza.

Opera, która dała się we znaki nie tylko Beethovenowi



Beethoven początkowo się zapierał, że zmian nie naniesie, jednak po czasie się przełamał. Trzy akty zredukował do dwóch, a i te długo jeszcze poddawał przeróbkom. Prace nad dziełem, jakie wystawia się dziś, trwały blisko 10 lat, a ich efekt - jak wspomniałam na wstępie - podobno nie zadowolił kompozytora.

"Fidelio" dał się we znaki nie tylko Beethovenowi (i to najwyraźniej solidnie, skoro więcej oper nie napisał, choć ponoć nosił się z takim zamiarem), ale też Operze Bałtyckiej. Planowaną na 3 października 2020 r. trzeba było przełożyć aż o rok. Wytęskniona publiczność nie mogła się już doczekać tej inscenizacji, spodziewając się spektakularnego efektu pod każdym względem. Niestety, musiała obejść się smakiem, bo efekt okazał się skrajnie różny od oczekiwań.

Wrzesień melomana: Intensywny początek sezonu



Jan Żądło (Jaquino) i Ewa Tracz (Marcelina) podczas palenia książek z przygotowanej listy. Więcej zdjęć (12)

Jan Żądło (Jaquino) i Ewa Tracz (Marcelina) podczas palenia książek z przygotowanej listy.

fot. Krzysztof Mystkowski

Jan Żądło (Jaquino) i Ewa Tracz (Marcelina) podczas palenia książek z przygotowanej listy.

fot. Krzysztof Mystkowski

Dzieło, które prowokuje do odważnych interpretacji



"Fidelio" to świadectwo bezgranicznej miłości, ale przede wszystkim apoteoza wolności. Rozważania na temat tego, o jaką Freiheit miało Beethovenowi chodzić, nieustannie się toczą. W polemikę wszedł też reżyser Michael Sturm, dorzucając swoją, bardzo "niekonwencjonalną" interpretację, która wiele osób na widowni wręcz wprawiła w osłupienie. Ale o tym za chwilę.

Ingerencja w strukturę Beethovenowskiego dzieła nie jest akurat niczym niezwykłym, bo reżyserzy robią to nad wyraz często. Być może sugerują się tym, że skoro sam kompozytor nie był zadowolony z efektu końcowego, to warto co nieco "podrasować". Warto tu przypomnieć koncertowe wykonanie "Fidelia", jakie miało miejsce podczas festiwalu Solidarity of Arts przed czterema laty (partię Don Pizarra brawurowo wykonał wówczas Tomasz Konieczny, brat Łukasza Koniecznego, który podczas piątkowej premiery wcielił się w rolę Rocca).

"Fidelio" z opowieściami uchodźców zakończył Solidarity of Arts



Jan Żądło (Jaquino) - stoczniowo - komunistyczny finał "Fidelia" Więcej zdjęć (12)

Jan Żądło (Jaquino) - stoczniowo - komunistyczny finał "Fidelia"

fot. Krzysztof Mystkowski

Jan Żądło (Jaquino) - stoczniowo - komunistyczny finał "Fidelia"

fot. Krzysztof Mystkowski

Orkiestra grała, ale nie muzykowała



Michael Sturm też śmiało poczynał sobie materiałem źródłowym. Choć Beethoven do swojej jedynej opery napisał aż cztery uwertury, niemiecki reżyser miał własny pomysł na przywitanie się z publicznością - rozpoczął "Fidelia" od dobiegającej zza kotar wokalizy. Dopełnieniem ascetycznej muzyki była sielankowa scena zbiorowa, choć trudno doprecyzować, co przedstawiała. Dopiero po niej, nagle, Orkiestra Polskiej Opery Bałtyckiej, prowadzona przez Michała Krężewskiego, rozpoczęła uwerturę.

Orkiestra grała z poziomu sceny, więc powinna nieco obniżyć poziom głośności, o czym dyrygentowi zdarzało się zapominać. Bywały też nierówności, ale to przecież nie egzamin techniczny, więc jeśli interpretacja się broni, na to czy owo można przymknąć oko. Tutaj jednak trudno było doszukać się tej interpretacji. Orkiestra grała, chwilami nawet całkiem dobrze, ale nie muzykowała. A skoro nie było mowy o interpretacji na poziomie orkiestry, jak mieli wejść z nią w interakcję i realizować wizję dyrygenta śpiewacy? Nie było co realizować, więc musieli radzić sobie sami. Efekt był taki, że publiczność miała przed sobą artystów o znakomitych warunkach wokalnych, którzy nawet nie próbowali wzbić się ponad przeciętność. Jak powiedział mi w przerwie jeden z widzów "nie było na czym ucha zawiesić".

Każdy projekt to prototyp. Rozmowa ze scenografką Katarzyną Zawistowską



Artur Janda - Pizarro aka Wojciech Jaruzelski Więcej zdjęć (12)

Artur Janda - Pizarro aka Wojciech Jaruzelski

fot. Krzysztof Mystkowski

Artur Janda - Pizarro aka Wojciech Jaruzelski

fot. Krzysztof Mystkowski

Opowieść o Leonorze, która staje się Fideliem, żeby uchronić męża przed karą śmierci



Balastem mogła być też dla nich wizja reżysera, którą zmuszeni byli realizować. A ta była dość osobliwa. Motywem przewodnim pierwszej części było palenie książek. Akcja działa się w lesie, nad paleniskiem, do którego wrzucano arcydzieła literatury światowej, w tym Biblię i Talmud, według przygotowanej wcześniej listy. Po mundurach, w jakie byli ubrani bohaterowie oraz czytanych fragmentach (m.in. z opowiadania "Ludzie, którzy szli" Tadeusza Borowskiego) można było wywnioskować, że reżyser nawiązuje do holokaustu.

Poznaliśmy odźwiernego Jaquina (Jan Żądło), zakochanego w Marcelinie (Ewa Tracz), która jednak kocha się w tytułowym Fideliu, za którego przebrana jest Leonora (Katarzyna Wietrzny). Leonora w przebraniu Fidelia odwzajemnia zaloty Marceliny, bo chce wkupić się w łaski jej ojca, Rocco (Łukasz Konieczny), pracującego na stanowisku dozorcy więziennego u Don Pizarra (Artur Janda), który z kolei chce zabić więzionego od dwóch lat męża Leonory, Florestana (Tomasz Kuk). Leonora chce podstępem wkraść się do więzienia i uratować męża. W kulminacyjnym momencie zjawia się minister Don Fernando (Piotr Lempa), który rozpoznaje we Florestanie swojego dawnego przyjaciela. Przywraca mu wolność, a okrutny Pizzaro zostaje ukarany. Ot i cała fabuła. Przynajmniej u Beethovena.

Beethoven napisał do swojej jedynej opery aż cztery uwertury. Michael Storm rozpoczął piątkowego "Fidelia" w jeszcze inny sposób od wokalizy i idyllicznej scenki. Więcej zdjęć (12)

Beethoven napisał do swojej jedynej opery aż cztery uwertury. Michael Storm rozpoczął piątkowego "Fidelia" w jeszcze inny sposób od wokalizy i idyllicznej scenki.

fot. Krzysztof Mystkowski

Beethoven napisał do swojej jedynej opery aż cztery uwertury. Michael Storm rozpoczął piątkowego "Fidelia" w jeszcze inny sposób od wokalizy i idyllicznej scenki.

fot. Krzysztof Mystkowski

Scenograficzny maksymalny minimalizm



Odpowiedzialna za scenografię i kostiumy Katarzyna Zawistowska postawiła na minimalizm (szczególnie w kwestii scenografii). Obraz miejsca akcji był po prostu wyświetlany z projektora, a całość dopełniały drobne detale, jak np. wspomniana imitacja ogniska czy poustawiane na podłodze sterty książek. Tło kolejnych scen niespecjalnie się od siebie różniło, co skutkowało monotonią i wprawiało widzów w znużenie. Dobrze, że recytatywy były przetłumaczone na język polski - można było zdjąć wzrok z wyświetlacza, na którym pojawiało się tłumaczenia partii śpiewanych i na chwilę dać oczom odpocząć.

W takim nużącym klimacie dotrwaliśmy do sceny, w której przyjeżdża Don Fernando. Leonora mogła opuścić wymierzony w Don Pizarra pistolet i wszyscy odetchnęli z ulgą - Florestan został uratowany.

Ktoś, kto nie zna tej opery śmiało mógł uznać ten moment za jej zakończenie. Reżyser przygotował jednak taki finał, że na długo pozostanie w pamięci tych, którzy mieli okazję go zobaczyć. Przy dźwiękach Leonory III, po przeciwległych stronach sceny, pojawili się Florestan i jego żona. Obok Leonory, która wreszcie mogła zamienić męski mundur na sukienkę, pojawił się Don Fernando. Stał dłuższą chwilę przy wieszaku z ubraniami, przymierzył jakiś mundur, czapkę napoleońską, zakładając finalnie białą sutannę oraz papieską piuskę.

Piotr Lempa - Don Fernando aka Jan Paweł II Więcej zdjęć (12)

Piotr Lempa - Don Fernando aka Jan Paweł II

fot. Krzysztof Mystkowski

Piotr Lempa - Don Fernando aka Jan Paweł II

fot. Krzysztof Mystkowski

Finał, który chciałoby się zapomnieć, ale nie da rady



Minister odgrywający rolę papieża to nie wszystko - na scenie pojawili się też Don Pizarro przebrany za Wojciecha Jaruzelskiego i Rocco w przebraniu milicjanta. Marcelina została przebrana za sprzątaczkę, a Jaquino - któremu wreszcie dała szansę - za pracownika fizycznego (najprawdopodobniej stoczniowego) w kasku ochronnym. Za plecami artystów wyświetlano obrazy pokazujące upadek komunizmu w Polsce i w Niemczech - protesty, Solidarność, burzenie Muru Berlińskiego, Lecha Wałęsę.

Do aktorów wcielających się w główne role dołączyli chórzyści (Chór Opery Bałtyckiej, Operowy Chór Dziecięcy oraz uczniowie Ogólnokształcącej Szkoły Muzycznej I i II st. w Gdańsku) w strojach stylizowanych na lata 80, śpiewając ku czci Jaruzelskiego (po niemiecku) "Heil sei dem Tag". A temu wszystkiemu przygląda się papież, udzielający błogosławieństwa Leonorze i Florestanowi. Na koniec to właśnie Jan Paweł II stał się centralną postacią, która emanuje dobrem. Symbolem tej poszukiwanej i upragnionej wolności.

Publiczność może kupiłaby tę wizję artystyczną 30 lat temu, jednak teraz wydawała się nie tylko anachroniczna, ale wręcz kuriozalna. Tym bardziej, że zostaliśmy zaatakowani tym obrazem z zaskoczenia, bez żadnego wprowadzenia czy przygotowania. Publiczność poznała odpowiedź, jakiego rodzaju Freiheit reżyser miał na myśli. Ja miałam jednak wrażenie, że przez większość wieczoru byliśmy prowadzeni ścieżką prowadzącą w zupełnie inne miejsce. Jakbym jechała nad morze, a po długiej wycieczce, robiąc ostatni krok w kierunku plaży, zobaczyła góry. Półtorej godziny monotonii z aluzjami do wojny i holokaustu, a potem "bum" i na jednej scenie Jaruzelski, Jan Paweł II, klimat lat 80. i Lech Wałęsa, choć akurat on spoglądał jedynie z ekranu.

Był też współczesny wątek gdański - w ostatniej scenie Leonora i Florestan, wraz z trzymanym za ręce dzieckiem, przechodzą przez kładkę na Ołowiance. Był to obraz wyświetlony na znajdującym się za sceną ekranie, ale jakże działający na wyobraźnię.

Łukasz Konieczny (Rocco) Więcej zdjęć (12)

Łukasz Konieczny (Rocco)

fot. Krzysztof Mystkowski

Łukasz Konieczny (Rocco)

fot. Krzysztof Mystkowski

Operze Bałtyckiej życzę udanego sezonu!



Ta inscenizacja miała wszystko to, co potrzebne, żeby odnieść sukces - orkiestrę złożoną z dobrych muzyków, solistów, o fenomenalnych umiejętnościach nie tylko wokalnych, ale i aktorskich (nie rozpisywałam się na temat poszczególnych kreacji, bo poziom ich wszystkich był identyczny, nikt nie wybijał się ponad przeciętność i niczym szczególnie nie wyróżniał), znakomite chóry. Wsparciem była też wspaniała gdańska publiczność, która daje wykonawcom ogromny kredyt zaufania i nagradza gromkimi brawami nawet wtedy, kiedy zdarzą się drobne potknięcia. Tym razem oklaski były jedynie kurtuazyjne, bo piątkowy "Fidelio" wzbudził bardzo mieszane emocje.

Po zakończeniu, podczas oficjalnych podziękowań, życzono Operze Bałtyckiej, aby cały sezon był taki, jak piątkowa premiera. Ja się do tych życzeń nie przyłączę, bo wiem, że stać tę instytucję i związanych z nią artystów na zdecydowanie więcej. Oby jak najczęściej mieli okazję nam o tym przypominać. Tego życzę nie tylko Operze Bałtyckiej, ale i wszystkim jej sympatykom.

Spektakle

  • Fidelio 12 marca 2022 godz. 18:00

Opinie wybrane


wszystkie opinie (66)

alert Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.