Michał Drzewucki chce dogonić psa. Potrzebny mu wózek z przystawką rowerową

24 października 2020, 7:00
Joanna Skutkiewicz

Choć mieszka przy samym lesie na gdańskiej Morenie, nie może wybrać się tam na długi spacer ze swoim czworonożnym przyjacielem. To jednak może zmienić się już za niecały miesiąc. Michał Drzewucki od 12 lat porusza się na wózku i aby móc prowadzić swoje wymarzone, pełne aktywności życie, potrzebuje nowego wózka aktywnego z elektryczną dostawką rowerową.



Jak sam mówi, wózek z przystawką, który chce kupić, wygląda jak motocykl, gotowy, by pędzić legendarną Route 66. Michał ma jednak nieco bardziej lokalne plany: chciałby pokazać swojemu psu uroki Trójmiejskiego Parku Krajobrazowego, jednocześnie rehabilitując się ruchowo w ten sposób.

- 12 lat temu prowadziłem normalne życie - mówi Michał Drzewucki. - Byłem monterem rusztowań. Ciężka, fizyczna praca na wysokości dawała mi dużo satysfakcji: adrenalina, podróżowanie po Europie. Życie było piękne. Wszystko zmieniło się, gdy pewnej niedzieli, zakładając skarpetę, straciłem kontrolę nad swoimi nogami. Karetka, szpital. Dużo badań i przez dłuższy czas brak diagnozy pozwalały mi wierzyć, że to nic poważnego. Myślałem, że za chwilę przyjdzie pielęgniarka z tabelką, która sprawi, że rano wyjdę ze szpitala o własnych siłach.
Prawda była jednak brutalna: Michał doznał... urazu kręgosłupa. Tętnica, która doprowadza krew do rdzenia, została zatkana przez skrzep. W wyniku niedotlenienia rdzeń kręgowy obumarł na odcinku 15 centymetrów. Tak objawia się bardzo rzadka przypadłość, jaką jest zator tętnicy Adamkiewicza.

11 lat w łóżku



- Nie dopuszczałem do swojej świadomości myśli, że właśnie stałem się osobą z niepełnosprawnością - mówi Michał. - Prawdę mówiąc, przez następnych 11 lat nie dopuszczałem do siebie tej myśli. Brak pogodzenia się ze stanem faktycznym spowodował przedziwny dysonans: z jednej strony byłem osobą, która uważała, że żyje normalnie, a z drugiej strony robiłem wszystko, żeby jak najmniej konfrontować się ze swoją niepełnosprawnością. Czyli nie robiłem nic. Najbliżsi, chcąc mnie chronić, wyręczali mnie we wszystkim. Doprowadziłem się do stanu, w którym nie potrafiłem się sam ubrać czy przesiąść się na wózek. I tak 11 lat przeleżałem w łóżku, uważając, że wszystko jest w porządku.
W wyniku życiowych turbulencji półtora roku temu Michał znalazł się w schronisku dla osób bezdomnych. Zmiana ta podziałała na niego jak zimny prysznic i zmusiła go do nauczenia się życia na nowo. Dzięki pomocy wielu osób zaczął wierzyć w siebie i w to, że może jeszcze żyć normalnie.

- Pojawiło się marzenie, że będę kiedyś miał psa, który pomoże mi z codzienną aktywnością - wspomina mężczyzna. - To w końcu stworzenie, które wymaga spacerów, karmienia i opieki.

Troll zamiast Łajki



A więc pies! Na początku miał to być zwierzak ze schroniska. Perspektywa pomocy czworonogowi, któremu się w życiu nie szczęściło, wydawała się Michałowi bardzo atrakcyjna. Co więcej, ominęłaby go wówczas kwestia początkowych niedogodności ze szczeniakiem. Przyzwyczajał się już do myśli, że zamieszka z nim Łajka - młoda, ale już dorosła suczka z niespożytymi pokładami energii. Niedługo później przyszła jednak pandemia, konieczność izolacji społecznej i... sporo czasu na przemyślenia.

- Doszedłem do wniosku, że nie byłaby to rozsądna decyzja: dwu-, trzyletni, nieznany pies mógłby mi zaszkodzić bardziej, niż pomóc - przyznaje. - Lęk przed gwałtownym szarpnięciem i wywrotką sprawiły, że zacząłem szukać innego rozwiązania.
Wyczekiwane rozwiązanie przyszło w postaci myśli o labradorze. Przyjazny, naturalnie pomocny, chętny do współpracy pies był tym, czego, a raczej kogo potrzebował Michał.

Ten z poczuciem humoru



- Znalezienie odpowiedniego miotu nie było trudne; trudniejszy był wybór już na miejscu - relacjonuje. - Zobaczyłem trzy dwutygodniowe robaki, które jedyne co robiły, to wylegiwały się na kocu i niemrawo poruszały łapkami. Dosyć długo starałem się zdecydować, ale żaden nie przemawiał do mnie do czasu, gdy jeden z nich naturalnie i bez skrępowania... zrobił kupę na głowę brata. To był on, ten jedyny, idealny dla mnie. Troll wybrał sobie mnie, manifestując swoje poczucie humoru i brak poszanowania dla dobrego wychowania.
Michał wiedział już, że znajdzie wspólny język ze swoim nowym kumplem. To, co go niepokoiło, to kłopoty techniczne, które mogły pojawić się w procesie wychowania i szkolenia psa.

- Wielotygodniowe przygotowania poprzez oglądanie filmów o tresurze, czytanie poradników i obmyślanie różnych scenariuszy dawały mi suchą wiedzę - mówi. - A tutaj miałem zmierzyć się z prawdziwą istotą, która miała pozostać ze mną do końca swojego życia. Balem się, że mi się nie uda, że nie dam rady. Przecież byłem na wózku: jak miałem dawać mu smaczki, gdy nie sięgał mi nawet do połowy kółek?

Zwykły facet



- Teraz patrzę na to inaczej - przyznaje Michał. - Dla kudłacza Trollińskiego nie jestem na wózku. Dla niego jestem panem, który nauczył go podstawowych komend; panem, który pokazał mu plażę i łąkę i który potrafi spędzić na spacerze cztery godziny, aby tylko pies był zadowolony. Teraz, gdy to piszę, śmieszne wydają mi się powody, dla których go chciałem, aby jedynie wychodzić z domu. Teraz widzę, jak bardzo jego bezwarunkowa miłość pozwoliła mi uwierzyć w siebie i popatrzeć na siebie jego oczyma, jak na zwykłego faceta, skutecznego i stanowczego.
Opiekun Trolla szkoli go samodzielnie. Młody labrador potrafi już siadać i dawać łapę na komendę oraz powstrzymywać się przed łapczywym rzuceniem się do miski z jedzeniem, co w przypadku labradorów jest szczególną sztuką. Jak mówi Michał, czworonóg jest bardzo pojętnym uczniem.

- W tej chwili zaczęliśmy bardzo trudny dla mnie okres nauki chodzenia przy samym wózku, bez roweru. Półroczny szczeniak nie do końca rozumie, że pobiegnięcie w kierunku listka jest dla mnie niebezpieczne. Ale musimy się tego nauczyć, tak jak i on, tak i ja. Jak dotąd to właśnie tutaj napotykam największe trudności. Nie ma praktycznie żadnych informacji w sieci, jak osoba na wózku ma uczyć psa chodzenia przy wózku. Wszystko, co udało mi się znaleźć, jest pokazane z perspektywy osoby, która ma wolne ręce i nie musi bać się wywrócenia. Nie uczęszczamy do żadnej szkółki. Mając nowy wózek, z terenowymi oponami, i rower elektryczny, będę mógł przestać martwić się podłożem i mieć wolne ręce. Mam nadzieję, że to pozwoli nam na wzięcie udziału w jakimś specjalistycznym szkoleniu, ukierunkowanym na pracę psa z wózkiem.

Tylko po asfalcie



Od 10 lat Michał ma tzw. wózek aktywny - lekki, dostosowany do dynamicznego stylu życia, jednak już wysłużony. Jego "panthera" dysponuje także szosowymi oponami, więc nie jest w stanie wyjechać w żaden trudniejszy teren.

- Teraz mogę poruszać się jedynie po ścieżkach rowerowych i chodnikach, co dla Kudłacza jest bardzo frustrujące - przyznaje Michał. - Pies uwielbia trawkę i las, a teraz niestety nie mamy możliwości, aby razem spędzać czas w tych miejscach. Długie marsze pozwalają psu na poznawanie świata, a mnie na rehabilitację ruchową. Trudno jest odmawiać przyjacielowi przyjemności, którą jest niewątpliwie spacer po lesie, gdy ten jest metr obok!

Zbiórka na wózek z przystawką



Zarówno pies, jak i jego pan chcieliby żyć jeszcze swobodniej, dlatego Michał uruchomił zbiórkę crowdfundingową, która ma na celu zebranie niecałych 32 tys. zł na nowy wózek z przystawką rowerową.

- Nowy wózek będzie bardziej ergonomiczny i będzie miał opony terenowe, które pozwolą mi, w połączeniu z elektryczną, rowerową przystawką, na komfortową jazdę po trawie, w lesie i pod górkę - tłumaczy Michał. - Mówiąc krótko: nowy wózek będzie przystosowany do roweru i cały zestaw pozwoli mi na aktywniejsze życie. Moja stara przystawka jest sprzętem typowo miejskim: drobna górka i przednie kółko buksuje, a że mieszkam na Morenie, to można sobie wyobrazić, jak trudne jest dostanie się gdziekolwiek, gdy nawet minimalne wzniesienia są przeszkodą, wymagającą pomocy osób trzecich.

Prawie jak harley



Michał przyznaje, że nowy sprzęt, który chce nabyć, wygląda... jak rasowy harley.

- Nieraz spotkałem się z głosami zachwytu: "jaki fajny rower!". Dopiero po chwili przychodziła refleksja, że jednak nie, że to jest wózek - śmieje się. - Tym, co odróżnia go na tle innych pojazdów, jest napęd na ręce. Przystawka elektryczna daje olbrzymie możliwości. Od dystrybutora sprzętu słyszałem o człowieku, który będąc rolnikiem, po zakupie przystawki elektrycznej został kowbojem i gania krowy po swoim pastwisku. Na wózku. Krowy. Po trawie!
- Hybrydowy rower, na który zbieram, jest dość skomplikowanym sprzętem - mówi Michał. - Przekładnia planetarna i silnik elektryczny zapewniają mu niezwykły wygląd. Bateria ma zasięg 70 km, co pozwoli mi na podróż turystyczną do Tczewa i z powrotem. Sam rower pozwoli mi poruszać się dalej, szybciej i bezpieczniej. Swoboda, jaką da ten sprzęt, jest niesamowita. Bez przystawki nie mógłbym odwiedzić plaży, a i wypad na Westerplatte byłby bardzo trudny. Każdy dłuższy spacer będzie mniej uciążliwy i bezpieczniejszy.

Elektrykiem do lasu



- Morena, jak i cały Gdańsk, jest cudownie pięknym miejscem: lasy, łąki, zbiorniki retencyjne - mówi Michał. - Z perspektywy osoby chodzącej mogę wprost powiedzieć, że jest to psi raj. Z mojej perspektywy jest to piekło. Wszechobecne górki, zamknięte szlabanami wjazdy do lasów, niezadbane ścieżki leśne ograniczają straszliwie możliwość komfortowego poruszania się wózkiem z rowerem, który posiadam. Dopiero rower elektryczny pozwoli mi w pełni i samodzielnie korzystać z uroków Trójmiejskiego Parku Krajobrazowego, który znajduje się tuż obok.
Do końca zbiórki "By dogonić psa" pozostało 28 dni i wsparło ją już niemal 400 osób. Do celu brakuje jeszcze tysiąca złotych. Wydaje się, że długie spacery po lesie są dla Michała i Trolla już niemal na wyciągnięcie ręki, jednak tylko wpłacający mogą sprawić, że lasy wreszcie otworzą przed nimi swoje podwoje.