Odpowiadasz na:

Re: test PAPP-a czy robiłyście?

Hej dziewczyny, trafiłam tu przypadkiem, już po jakimś czasie od momentu, kiedy otrzymałam swoją ocenę ryzyka trisomii. Piszę, aby dodać nadziei tym, które po ww ocenie całkiem się przyłamały. Moja... Hej dziewczyny, trafiłam tu przypadkiem, już po jakimś czasie od momentu, kiedy otrzymałam swoją ocenę ryzyka trisomii. Piszę, aby dodać nadziei tym, które po ww ocenie całkiem się przyłamały. Moja historia wygląda następująco: w 12 tygodniu po otrzymaniu skierowania na badania prenatalne na NFZ ( z powodu cukrzycy ciążowej), wybrałam się na badanie. Była to moja druga ciąża, długo wyczekiwana ciąża (pierwsza bez żadnych komplikacji że szczęśliwym rozwiązaniem), traktowałam to badanie jako rutynowe i wybrałam się na nie tylko i wyłącznie dlatego, że było bezpłatne. Wszystkie badania do tego momentu wychodziły dobrze. To, co było dalej, spadło na mnie jak grom z jasnego nieba - po USG, które przebiegło w dziwnym milczeniu, otrzymałam informację, że "muszę niezwłocznie udać się z wynikiem USG do lekarza prowadzącego i podjąć decyzję co dalej bo trzeba się spieszyć. Nie zrozumiałam do końca o co chodzi, myślałam, że takie są procedury i nie dopytywałam, skoro wynik miałam w dłoni. Zrozumiałam o co chodziło dopiero na korytarzu po wyjściu z gabinetu. Okazało się, że u dziecka nie stwierdzono obecności kości nosowej, oznaczono złą przepustowość zastawki trójdzielnej serca, złe przepływy tętnic - zarówno mojej jak i dziecka, zbyt niskie tętno płodu. I niestety wszystkie te nieprawidłowości wskazywały na bardzo wysokie ryzyko trisomii. Nie jednej, a każdej. Wyniki testu Pappa przyszły niebawem, nie były jednoznaczne, ale ogólnie skorygowane ryzyko trisomii w moim przypadku rysowało się tak: ZD >1:4, ZE 1:32, ZP 1:64. Po prostu pełna załamka. Po konsultacji z panią genetyk usłyszałam, że jest nadzieja, że "dziecko ma tylko dużą wadę serca". Tak, to były moje opcje - dziecko albo umrze niedługo po urodzeniu albo będzie żyło z ZD lub "TYLKO" z ciężką wadą serca. Dostałam skierowanie na amniopunkcję z wykonaniem nie tylko oceną kariotypu, lecz również na wykrycie wad genetycznych techniką mikromacierzy cytogenetycznej. Następnie nadeszły trzy najgorsze miesiące w moim życiu. Nie jadłam, nie piłam, nie wychodziłam praktycznie spod koca, po którym łkałam w samotności i zastanawiałam się co lepsze będzie dla dziecka - czy śmierć czy życie w cierpieniu i co bym wolała. Zdecydowałam, że co by się nie stało to urodzę to dziecko choć wszędzie dookoła słyszałam od lekarzy, że jest to czekanie na śmierć i to będzie tylko sprawdzanie czy płód rośnie bo już nie da się pomóc i lepiej usunąć póki się da. Doczekałam się amniopunkcji (musi być robiona od określonego tygodnia), następnie jej wyników. I co się okazało? Kariotyp męski prawidłowy! Brak zmian w genotypie. Mimo dobrych informacji do końca ciąży żyłam w niepewności, choć wszystkie badania wychodziły dobrze, łącznie z echem serca, które wykonywałam "na wszelki wypadek", czy aby na pewno dziecko będzie zdrowe. Z czasu ciąży mam tylko złe wspomnienia, nie mam żadnego zdjęcia, a od daty feralnego badania (12.10.2020!) do dnia porodu nie cieszyłam się ani przez moment ciążą, czekałam na rozwiązanie jak na wyrok. I doczekałam się - w kwietniu tego roku urodziłam synka. W pełni zdrowego, ślicznego, pulchnego i donoszonego. Po dwóch dniach od porodu wyszliśmy do domu bo lekarze nie mieli się do czego doczepić. Nawet żadnego szmerku na sercu nie miał. Rozwija się prawidłowo i nic nie wskazuje na to, że praktycznie był skazany przez lekarzy na śmierć. Dlatego chcę pocieszyć te z Was, które czekają na diagnozę - nie zawsze nawet wysokie ryzyko jest równoznaczne z chorobą dziecka. Dowód na to leży koło mnie, posapując rozkosznie przez sen;) Trzymam kciuki za same dobre wieści dla Was. rozwiń

1 miesiąc temu ~nadziejka
  • Polityka prywatności