Choczijaojotl - tak się to nazywało w języku autochtonów.
Onegdaj przyszła olbrzymia susza. Nie było plonów. Kapłani wpadli więc na jedyne możliwe rozwiązanie - trzeba bogom złożyć ofiarę z ludzi, nagrodzą wyznawców deszczem.
Można było - rzecz jasna - sieknąć swoich, ale to z różnych przyczyn było słabe rozwiązanie. Dlatego najlepiej było wyprawić się na obcych i pojmać ofiary wśród nich.
Powstał oczywiście problem techniczny - pojmani musieli być z przyczyn obiektywnych żywi. Natomiast wojna z obcymi polega generalnie na eksterminacji, co stałoby niejako w sprzeczności z celem jej wywołania.
Rozsądni i światli znaleźli rozwiązanie. Otóż umówili się między sobą, że będą się lać, ale tak, żeby nie pozabijać, tylko pojmać nawzajem. My pojmiemy waszych i ich siekniemy dla bogów, a wy pojmiecie naszych i tez ich siekniecie dla bogów. Tym sposobem nie siekamy swoich, przez co swoi nas lubią, ale dzięki umowie zapewniamy sobie stały dopływ nowych do siekania, obcych. Oczywiście koszty są takie, że jacyś nasi też zostaną pojmani i posiekani, ale to zrobi nasz wróg, a czego innego można po wrogu oczekiwać?
Historia chciała, że po pierwszej ustawce przyszły obfite deszcze, co umocniło przekonanie, że kapłani dobrze rozkminili potrzeby bogów. Do tego stopnia, że wojny celem pojmania ofiar weszły do stałego kalendarza wojen i odbywały się corocznie wiosną.
Dlaczego, jak patrzę na tasowanie po wyborach przychodzą mi do głowy azteckie wojny kwietne? Dziwaczeję do reszty w tym moim bomblu poza społeczeństwem, chyba będę musiał nazbierać na telewizor, żeby nie zdziwaczeć do reszty.
p.s. jak przyszli Hiszpanie, to zagrali z Aztekami jak należy, na śmierć. Byli obcy, spoza układu, i mieli gdzieś reguły kwietnych wojen.
0
0