Po premierze
~Apolonia Chałupiec
(15 lat temu)
W zasadzie nie miałem zamiaru niczego pisać, ale trochę mnie nosi, zatem napiszę.
Dwie najlepsze sceny w spektaklu to scena pierwsza (przeniesienie sceny z filmu do teatru) i powiem szczerze, robi to lepsze wrażenie niż w kinie i ostatni, kiedy Chaplin prosi komentatora żeby przestał mówić. Czyli scena ostatnia.
Wielkie ukłony dla Leszka i za role i za choreografię. Jeszcze nigdy nie cieszyłem się tak widząc Leszka ba scenie. Leszek jest tancerzem i mimem (zaczynał jako mim) zatem chwała Cieplakowi, że nie wymagał od Leszka pracy z tekstem. Jednym słowem, chwała Leszkowi, zaś co do reszty to jak dla mnie pseudo intelektualny bełkot.
Poczynając od bełkotu w programie, skończywszy na bełkocie na scenie.
łopatologia i komunały, przepraszam bardzo, ale jakim kluczem są tu chaotycznie dobierane obrazy, które chyba tylko autorowi (jednocześnie reżyserowi) są przewodnikiem po życiu.
Potem pojawia się niby widz, który wchodzi w przestrzeń sceny i jest niby wyrazicielem mojej oceny.
o ile za pierwszym razem jest to jeszcze zabawne, to powtarzający się jeszcze ze dwa razy zabieg (próba) wywołania efektu obcości zwyczajnie nuży.
Nie wiem też dlaczego za moje pieniądze, zostaje do tej roli sprowadzony Maciej Adamczyk z Teatry Porywacze Ciał (tak 80% widowni premierowej nawet o tym nie wie) Gdyby wszedł i powiedział. "Hej cześć, jestem Maciej z Porywaczy Ciał, będę tu nawijał" to było w porządku, Z powodzeniem mógłby to zagrać jakiś aktor z Wybrzeża, np Piotr Jankowski albo Maciej Konopiński.
Oczywiście monolog musi być improwizowany ale w tonie pozytywnym bo w programie o przedstawieniu, ten co mówi monolog jest również autorem scenariusza.
Kończąc wywód przydługi, ANI MNIE TO ZAGRZAŁO ANI ZAZIĘBIŁO. Tylko ZNUDZIŁO.
I tyle. Polecam, ale dla Leszka Bzdyla
20
2