Weźta pod uwagę, że czasem w piątek można się uśmiechnąć do samego siebie. Mnie właśnie rozbawił pewien tekst.

Czytam se o takim jednym angolu o polskim nazwisku i korzeniach po części.

Wiosną 1982r. jako zawodowy żołnierz wojsk powietrzno-desantowych UK brał udział w konflikcie na Falklandach z Argentyńczykami.

A rozbawił mnie ten fragment:



"Otworzyły się drzwi i wszedł kapelan, kpt. Cooper. Powiedział śmiertelnie poważnym tonem, że zdarzył się wypadek. Magnetofon wyłączono (dzięki , o Panie!) i kapelan zaczął opowiadać. Powtórzył, że na plaży zdarzyło się nieszczęście. Ponieważ dopiero co stamtąd wróciłem, nietrudno było mi w to uwierzyć. Powiedział, że wypadek przydarzył się komandosowi z piechoty morskiej.

- A co on robił tak daleko w przodzie? - zapytał Frank.- Zgubił się k****, czy co?

- To nie są żarty sierżancie.

Frank przeprosił i kapelan opowiadał dalej. Komandos strzelał z argentyńskiego pistoletu. Po kilku strzałach wcisnął broń za pasek i pochylił się, by podnieść inną. Kiedy się zgiął, pistolet wypalił samoczynnie i kula odstrzeliła mu żołądź penisa.

Byłem przerażony.

Zawsze naśmiewaliśmy się z piechoty morskiej, ale to były tylko żarty, nikt nie życzył im niczego złego. Na tym nie koniec.

Dowódca piechoty morskiej, usłyszawszy o niefrasobliwości swego żołnierza, zwłaszcza w obecności spadochroniarzy, rozkazał, żeby natychmiast odesłano go do Anglii i zwolniono karnie ze służby.

Uznałem, że to niesprawiedliwe i powiedziałem tak głośno.

- Nie można było postąpić inaczej - odparł kapelan.

- dlaczego? - zapytałem.

- bo trzeba być stuprocentowym k******, żeby służyć w piechocie morskiej!

Dałem się nabrać. Okazało się, że to stary kawał, ale ja nigdy wcześniej go nie słyszałem, a ponieważ padł z ust sługi Pana, łyknąłem wszystko jak trzeba. Jak to nazwać? Chyba wiarą nie?"



i kawałek muzy na Wasze znerwicowane serca ;))



http://www.youtube.com/watch?v=dgjuCsIbBRc