W sobotni wieczór (na półtorej godziny przed zamknięciem) z obsługi zostaje jeden znudzony pan w wyciągniętych i brudnych dresach. Podchodzi i wyjaśnia, że większej części pozycji z menu nie ma, bo się skończyły a część potraw "jest bardzo pracochłonna, więc sami rozumiemy..." (otóż nie rozumiemy, ale miłościwie nie zamawiamy tych pracochłonnych). Zamawiamy zupę i carry raisu. Porcje przemalutkie (nie warte swej ceny), ale nie to było najdziwniejsze. W carry nie było mięsa. Prosimy pana, żeby to wyjaśnił. Ona najpierw kieruje do nas dziwne pytanie: "mogę zobaczyć?" (na co tu patrzeć chyba wie czy dodał mięso czy nie), a potem z oburzeniem stwierdza, że przy zamówieniu trzeba określić czy chce się mięso czy tofu. Ciekawe, bo w menu jak wół stoi, że w składzie jest mięso. Jeśli miał wątpliwość mógł zapytać lub zaznaczyć, że należy wybrać. Zabiera porcję i w kuchni dorzuca na wierzch porcji ze cztery małe kawałeczki wysuszonego kurczaka (?!!). Pan nawet nie użył słowa przepraszam. W zupie też niewiele dodatków. W zasadzie to woda z chilli i makaronem. Za takie ceny naprawdę nie warto.