Re: TdF bez Basso i Ullricha...
~Yary Squary
(19 lat temu)
Albert Beckles, żeby zostać wicemistrzem świata zawodowców w kulturystyce, ćwiczył przez 35 lat. Ponieważ nie zażywał sterydów, wyglądał przy swoich koleżkach z wybiegu jak chuderlak, ale przy bliższym przyjrzeniu się widać było, jak piękne i proporcjonalne są jego mięśnie, a przy tym stawy i twarz miał nic a nic nie zniekształcone, jak ten cały Szfajceneger i reszta tuczników.
35 lat harówy, wyrzeczeń i odpierania pokusy sięgnięcia po łatwiejszy sposób... Ilu kolarzy stać na coś podobnego, choćby w 1/3? Żądza kasy i sławy, ból z nadmiernego wysiłku i konieczność przekraczania naturalnych granic organizmu - wszystko to sprawia, że w zawodowym peletonie niemal każdy jeździ na wspomaganiu. I tak będzie, bo ten sport już dawno przestał być sportem.
I tak jest w każdej dyscyplinie. Kiedy normalny człowiek naciągnie ścięgno Achillesa, to idzie do domu i leży bykiem dwa tygodnie, żeby mu przeszło, a biegacz przez płotki idzie do lekarza, ten robi mu parę zastrzyków i następnego dnia biegacz trenuje jakby nigdy nic... do czasu.
Nie wiem, jak jest z naszymi mistrzami kolarstwa, i nawet nie chcę wiedzieć. Nie pytam, nie rozmawiam o tym. Wyobrażam sobie, co się dzieje wśród "zawodowców", skoro taką smarkulę Pyrgies łapią na dopingu w wieku 17 lat... I co? I nic. Jeździ dalej. Bo tak naprawdę, to sponsorzy, kluby, trenerzy i lekarze mają w d.... sport i sportowców. Liczy się biznes. A wszystkie te działania antydopingowe to ewentualnie tylko w ramach eliminowania konkurencji.
Gdyby pozwolić na stosowanie dowolnych środków wspomagających, to śmiertelność wśród wyczynowych sportowców będzie wielokrotnie większa niż wśród palaczy, alkoholików i narkomanów, a trzydziestoletni inwalidzi sportowi szybko zapełnią Domy Niepełnosprawnego Sportowca. Skoro więc wycofuje się boks z igrzysk olimpijskich - i słusznie, jako dyscyplinę agresywną, demoralizującą i szkodliwą (choć istnieją wyjątki potwierdzające regułę) - to pomysł, by pozwolić sportowcom na z gruntu szkodliwy doping, jest niemoralny, gdyż przypomina propozycję: zabij się, to będziesz sławny.
Oczywiście, jeśli złożę taką propozycję dziesięciu osobom, to dziewięć z nich popuka się w czoło i pójdzie swoją drogą, ale kto wie, co zrobi ten dziesiąty? A działania antydopingowe mają chronić właśnie tego dziesiątego, któremu brakuje oleju w głowie. A kto zagwarantuje, że to tylko co dziesiąty? A nawet gdyby co setny sportowiec miał się wykończyć z powodu dopingu, czy oznaczałoby to, że warto? Nie sądzę. Samobójcy mogą się napieprzać w ringu z Tysonem, skakać do wody z 60m, wspinać się bez zabezpieczenia na 300-metrową ścianę w Meksyku, ale sport trzeba chronić, oczyścić - o ile to jeszcze możliwe - o ile jeszcze ma być sportem, a nie tylko tak się nazywać.
0
0