Re: Top 50 w orienterskich setkach AD. 2006
Czytałem Twoją relację z Adventure Trophy w Tatrach. Może problem był w młodym wieku, bo mimo sporych sukcesów, które odniosłeś wcześniej (doskonałe 8 miejsce w Harpaganie), to w sferze psychiki pewne doświadczenia przychodzą z wiekiem.
Zdarzyła mi się taka sytuacja na studiach, lata 1981-1983, dokładnie nie pamiętam. Wspinaliśmy się wtedy w Tatrach, w rejonie Morskiego Oka. Dwa zespoły dwójkowe, Żabia Turnia Mięguszowiecka. Droga raczej łatwa, ale długa. Chyba Filar Grońskiego, stopień trudności tylko IV wg jedynego w tamtych latach przewodnika taternickiego, czyli słynnej książeczki W.H. Paryskiego.
Dwaj koledzy, którzy w skałkach robili bez problemu drogi VI.2, tutaj się totalnie pogubili. Zresztą nie pierwszy raz mieli takie problemy w Tatrach, w Alpach żadnych sukcesów nie odnieśli.
My jako zespól słabszy ukończyliśmy drogę, choć też trochę bładziliśmy, a oni biwakowali po słowackiej stronie i na tabor zeszli dopiero o godzinie 11 następnego dnia, zresztą godzinę przed planowanym wyjściem patrolu GOPR-u (wtedy tak się nazywał obecny TOPR).
Myślę, że problem był tu w sferze psychicznej. Byli świetnie wytrenowanymi skałołazami, ale zabrakło siły psychicznej na duże góry, problemy z orientacją w terenie, złe rozłożenie sił.
Zresztą podobną sytuację miałem w 1994 roku, kiedy dorwała nas bardzo groźna burza w alpejskiej ścianie. Nie było już szansy na zejście w dół, byliśmy już po trudnościach, zejście było przez szczyt, a w zasadzie wysoko położoną przełęcz. A im bliżej grani tym bardziej niebezpiecznie. Nawałnica trwała 3 godziny. Takiego huku, grzmotów spotęgowanych przez górskie echo, bliskich błyskawic, takiego strach, w zasadzie przerażenia, nie pzreżyłem nigdy wcześniej i później (no może poza sytuacją kiedy piorun rozwalił głaz na grani kilkanaście metrów od nas w 2000 roku we Włoszech). Może dlatego teraz tak bardzo boję się burzy w górach. Byłem kierownikiem tamtego obozu, ale wtedy na tej skalnej półce był wśród nas kolega, wydawało się, że dużo bardziej doświadczony, a napewno lepiej wspinający się ode mnie. Ale widziałem, że przyszedł taki moment, że zrobił się bezradny, przynajmniej sprawiał takie wrażenie. I mimo, że byłem słabszy to ja właśnie wyprowadziłem stamtąd naszą czwórkę, to ja wybrałem moment gdy burza jeszce trwała, ale była słabsza. Było nam niesamowicie zimno (temperatura drastycznie spadła), przemokliśmy do suchej nitki. Była z nami dziewczyna (nie załamała się). Mimo, że się potwornie bałem, to musiałem tych ludzi stamtąd wyprowadzić, bo w każdej chwili ktoś z nich mógł się zupełnie rozkleić. Mieliśmy szczęście. Udało mi się doprowadzić zespół do schronu na przełęczy. Jakie było zdziwienie paru osób z naszego obozu, które zdażyły dotrzeć tam zwykłym szlakiem przed burzą. Wydawało im się, że wycofaliśmy się przed załamaniem pogody. Sprawiali wrażenie, jakby patrzyli na duchy, jakby nie wierzyli, że można przeżyć taką kanonadę w otwartej ścianie. Nie pamiętam innych tak zaskoczonych ludzi.
Dali nam swoje zapasowe suche ubrania i resztkę ciepłej herbaty z termosu, i to była wspaniała nagroda za naszą udrękę.
Po co o tym piszę ?
Może coś takiego trzeba przeżyć, żeby ukończyć trudny rajd. Nie w sensie niebezpiecznych przygód, ale w sensie dojrzałości psychicznej, odpowiedzialności za siebie i innych, podejmowania decyzji.
Czasami ktoś, kto pozornie jest słaby, pójdzie dalej, a ten, który jest mocny załamie się, wycofa, zrezygnuje.
Rajdy przygodowe to nie jest zwykły sport, gdzie jest boisko, trybuny, zaplecze.
Tak jak taternictwo czy alpinizm to coś zupełnie innego niż najbardziej ekstremalna wspinaczka w zamkniętej ciepłej hali z isostarem czekającym pod ścianką i kibicami pełnymi podziwu i szacunku.
Tam gdzie człowiek zostaje sam, daleko od cywilizacji, reaguje zupełnie inaczej.
Nie byłem nigdy w Himalajach. Ale przeczytaj sobie parę książek o wyprawach. Takich prawdziwych, opisujących nie tylko sukcesy, ale to jak było naprawdę, jak się ludzie zmieniają pod wpływem wysokości, samotności, niebezpieczeństwa, wyczerpania, głodu, braku warunków do normalnego życia. Nie każdy tak do końca potrafi się zaadoptować.
Ale nie znaczy to, że łatwo jest zrezygnować. Czasami trzeba i też trzeba mieć odwagę, żeby podjąć taką decyzję. Żyje się tylko raz.
Link do Twojej strony umieszczę u nas, przy najbliższej aktualizacji strony.
Zapraszam też na nasze biegi na orientację jak będziesz w okolicach Poznania. Kalendarz jest na stronie. Są raczej kameralne (zazwyczaj kilkanaście osób), ale jest bardzo fajna koleżeńska atmosfera i możliwośc zdobycia doświadczenia nawigacyjnego.
To właśnie SMS-y od harcerzy z poznańskiego Hadesu dały mi drugą parę nóg na drugiej pętli Harpagana. Szło się łatwiej, gdy przychodziło takie mnóstwo wyrazów poparcia od uczestników tych poznańskich BnO.
0
0