Szło na burzę. Szło na deszcz.
Malone jednym tygrysim susem wskoczył na werandę, zębami odkorkował znacznie napoczętą o świcie butelkę słomkowego wina z ryżu i bez odrywania ust opróżnił zawartość. Flaszka zakończyła swą znajomość ze Smokiem jak reszta jej podobnych - znaczy na ogromnej stercie. Płynnym ruchem zdjął z rzeźnickiego haka wiszącą dubeltówkę Markel ze specjalnie skróconą lufą i przeładował. Coś się święci wyszeptał i silnie odchrząknął. Posiadał tę jedyną w swoim rodzaju intuicję, która w przeszłości pozwalała mu z niejednego pieca chleb nie tylko wyciągać, ale i jeść. Sfora zwaliła się na obejście, po wielokroć zataczając kręgi przy ogrodzeniu z miejsca obejmując funkcję stróża. Za sforą zjawiła się zamyślona Magnolia. Nie poszła od razu w stronę Malone, ale chodziła po różnych kątach szybkim krokiem jakby czegoś szukała. Jakby chciała wydobyć ducha tego miejsca, w którym mieszkał Malone i odtworzyć co miało tu miejsce przez te wszystkie lata podczas jej nieobecności. Kombinacja jej determinantów chodu sprawiała, że idąc stopała silnie i pewnie, całą sobą, delikatnie kołysząc się na boki.
- Łazi niczym rasowy drwal, byłaby doskonałym kompanem do dalekich wypraw - pomyślał Smokie i się uśmiechnął, wiedział jednak, że zbyt przeciągłe spojrzenia na Magnolię powodują u niektórych postradanie zmysłów. Ale nie u niego.
Odwrócił wzrok i spojarzał na granatowo-brunatne niebo na horyzoncie. Błyskało się niemo.
Wreszcie podeszła z pewną ukrytą nutą nieufności. Trzymała doskonale napiętą tę nieprzekraczlną granicę kilku metrów w stosunku do gospodarza.
Uważnie zdjęła plecak i wydobyła zeń niewielką, ręcznie rzeźbioną kuszę i parę bełtów z bocznej, głębokiej kieszeni bojówek. Zestaw położyła na werandzie, z drugiej kieszeni wyciągneła budweisa i zapalniczką otworzyła. Mam odstane kapry w piwniczce - zaoferował od niechcenia Malone wiedząc, że nie skorzysta. Przynajmniej narazie.
- Przypuszczalnie, aż tak to nigdzie nam się nie śpieszy - skwitowała z najpięknieszym uśmiechem na jaki tylko może zdobyć się kobieta.
Smokie lubiał u niej tę naturalną szorstkość. I ten magiczny uśmiech.
Rano robisz bezwarunkowo wypad stąd powiedział M. i nabił fajkę rozsypując na ziemi niemało.
- dalej jesteś łowcą głów ? - spytała lekko odchylając w bok głowę i mrużąc oczy.
- są bardziej rozwijające pasje, starzeję się.
- tęskniłeś za mną? - wydusiła po kilku minutach ciszy, gdy Malone ustawiał cicho radio na stację, w której leciało:
http://www.youtube.com/watch?v=XjAlHICXBCQ
- idź do drewutni narąb drew - za chwilę, będzie długie oberwanie z trzaskającymi piorunami, nie lubię wiosennej, pozimowej wilgoci
- tęskiniłeś? - powtórzyła
- siekiera z długim styliskiem leży na pniu.
- tęskniłeś? repetowała.
- siekiera jest dobrze naostrzona - uważaj, nie odrąb sobie czego, bo we wsi medyk jeśli ci pomoże to tylko w odesłaniu na tamten świat.
- mocno tęskniłeś? - nie dawała za wygraną.
- z lewej od drewutni stoi taczka - pośpiesz się, noce są tu chłodne, zaś mrok nadchodzi szybko - powiedział z taką łagodnością na jaką tylko było go stać.
Zerwał się wiatr, sierp Księżyca przebijał się ostro końcówkami przez chmury na wschodzie, a od zachodu nadciągał szkwał.
Malone wlazł do środka, nastawił na maszynkę dla sfory kaszy z padliną, wydobył dwie szklanki z grubego szkła i 18letniego skacza, po czym stanął przy oknie i beznamiętnie, w letargu patrzał hen, hen daleko na horyzont w kierunku wsi.
Czuł w trzewiał ten ciężar, zaś na karku delikatne napięcie głodnego wilka, który dopiero co zwietrzył zapach gorącej krwi i jest lekko otumaniony.
Nalał sobie 3/4 szklanki rudej wody i przechylił na raz. Nie chciało mu się otwierać lodówki i wyłuskiwać kostek lodu. Pamietał, że Mangolia lubi z lodem.
Stał nieruchomo i kontemplował chwilę bieżącą.
Z zewnątrz dochodziły silne, pojedyncze, bardzo regularne uderzenia siekierą. Wręcz koszernymi można było je nazwać.