Dawny Gdańsk to nie tylko kupcy

28 marca 2012 (artykuł sprzed 9 lat)
Piotr Rowicki
Najnowszy artukuł na ten temat Kamienie nerkowe króla Jana w Gdańsku

XVII wieczny Gdańsk uważany jest za miasto kupieckie, azyl marynarzy, pełen robotników portowych i tragarzy. Mało kto ma świadomość, że procentowo największą grupą zawodową byli rzemieślnicy, którzy stanowili ponad połowę z 70 tysięcy ówczesnych mieszkańców.



Ich warsztaty były porozrzucane po całym mieście. Chociaż zdarzało się, że niektóre ulice były opanowane przez poszczególnych fachowców, stąd też funkcjonujące do dziś nazwy: Rzeźnicza, Garbarska, Kaletnicza.

Rzemieślników z każdego fachu można było odnaleźć praktycznie z zamkniętymi oczami, kierując się słuchem i węchem. Piekarzy, rzeźników, garbarzy czy browarników czuć było z daleka. Kowale, kamieniarze czy cieśle nie dawali o sobie zapomnieć nieustannym hałasem.

Życie rzemieślnika było proste i nieskomplikowane. Część warsztatów znajdowała się wprost na ulicy, szewc siedział na stołku i czekał na klienta, był jednocześnie wizytówką firmy, reklamą, jak i jedynym pracownikiem.

Najważniejsi dla krwiobiegu życia miejskiego byli od zawsze rzemieślnicy spożywczy: rzeźnicy, piekarze i browarnicy.

W XVII wieku szczególnie szybko rósł apetyt na mięso, toteż zapobiegliwi rzeźnicy gdańscy z pomocą agentów handlowych skupowali zwierzęta nie tylko z całego Pomorza, ale też z Mazowsza i południa Polski. Świeże mięso można było kupić w jednej ze 166 jatek. I jeśli ktoś myśli, że pod nieobecność Sanepidu odbywało się to wszystko bez żadnej kontroli, w brudzie i chaosie, to grubo się myli. Działalność poszczególnych branż była ściśle kontrolowana przez cechy. Cech rzeźników posiadał szczegółowe przepisy określające warunki uboju i choć trudno w to uwierzyć, to już wówczas dbano o humanitarne traktowanie zwierząt.

XVII wiek to okres, w którym wśród rzemieślników, nie tylko spożywczych, następuje specjalizacja. Wyodrębniają się nowe rzemiosła, na przykład miodosytnicy, pasztetnicy. Słynni w Europie meblarze gdańscy dzielą się na artystycznych twórców mebli luksusowych i całą resztę wytwarzających zwykłe meble drewniane. Bednarze dzielą się na specjalistów od beczek śledziowych i tych, którzy wyrabiają beczki piwne.

Pod wpływem rzemieślników niderlandzkich skok technologiczny i jakościowy dokonał się w gdańskim włókiennictwie. Starzy tkacze próbowali utrudniać życie "heretykom", nie wszystkim podobały się wynalazki i przyspieszenie produkcji, bano się, że szybkie maszyny odbiorą chleb majstrom i ich rodzinom.

Jak podaje Maria Bogucka, cytując za mało popularnym dziś autorem (K. Marks, Kapitał) to właśnie w Gdańsku pewien tkacz wynalazł niezwykłą, genialną maszynę, tkającą naraz od czterech do sześciu tkanin. Maszyna to wprawiła w popłoch urzędników miejskich. Obawiano się, że wprowadzenie jej do warsztatów doprowadzi do śmierci głodowej wielu tysięcy tkaczy. Aby temu nieszczęściu zapobiec maszynę zniszczono, a niesławnego wynalazcę utopiono.

Bardzo ważne miejsce, nie tylko w zawodowym życiu rzemieślnika, spełniał cech. Cech, inaczej gildia, była to organizacja samorządu rzemieślniczego o charakterze społeczno-zawodowym, częściowo również gospodarczym, zrzeszająca rzemieślników jednego lub kilku pokrewnych zawodów, mająca na celu między innymi podnoszenie kwalifikacji zawodowych, dbanie o jakość wyrobów, o dobre imię jej członków. Cech walczył w imieniu rzemieślników o jego prawa, reprezentował w radzie miasta.

Cechy organizowały życie towarzyskie i czas wolny. Dbały o sprawy religijne, wznosząc na cześć swych patronów kaplice, ołtarze a nawet kościoły. Cech był też ówczesnym zakładem ubezpieczeń, wypłacając rzemieślnikom starym i chorym zapomogi, pomagająca znaleźć miejsce w szpitalu. W domach cechowych wznoszonych ze składek członków odbywały się zebrania korporacji, zakończone zazwyczaj hucznymi ucztami (to w zależności od zasobności skarbca).

Rzemieślnicy to nie tylko majstrowie, pełnoprawni członkowie cechów, to także a może przede wszystkim czeladnicy i uczniowie, którzy z mozołem, przez lata, walczyli o wyższe miejsce w hierarchii zawodowej.

Nie bez powodu napisałem "mozołem", bo droga do bycia mistrzem była prawdziwie cierniowa. Wszystko przez to, że cechowi - dokładnie tak jak dziś korporacjom zawodowym - nie zależało na łatwym dostępie do zawodu i nadmiernej ilości majstrów. To groziło spadkiem dochodów. Z tego powodu egzaminy czeladnicze i mistrzowskie były niezwykle trudne, a podczas ich organizacji zwykle dochodziło do uchybień.

W księdze pamiątkowej skrzyniarzy z końca XVI wieku widniej zapis o rozporządzeniu rajcy Gerta von de Helle, który stwierdza, że przy oględzinach wyrobów podczas egzaminów mistrzowskich dochodzi do wybryków. Rajca zakazuje ich pod karą fasy gdańskiego piwa. Chodziło o to, że starsi cechowi specjalnie uszkadzali oglądane przedmioty, żeby tylko dany kandydat oblał.

Jeśli kandydat przeszedł szczęśliwie przez sito egzaminacyjne, to mógł odpaść w kolejnym etapie, a były nimi słone opłaty wstępne (kilkaset grzywien) plus uczta dla całego cechu.

Cech siodlarzy w roku 1626 nakazywał, by kandydat na mistrza poczęstował współbraci obiadem składającym się z kurcząt w winie, pieczeni, słodkiego ciasta, masła, sera i piwa. Siodlarze pragnęli również tego samego dnia zjeść z kandydatem kolację z ryb, kurcząt, masła, sera, pieczywa, jabłek i ponownie piwa.

A przecież były cechy bardziej wymagające i łakome niż siodlarze. Poważnie mówiąc, często jedyną drogą do cechu było ożenek z wdową, ewentualnie córką rzemieślnika.

Dlaczego tak zaciekle walczono o wejście do cechu? Z prostego powodu. Cech to lepsze życie. Czeladnicy i uczniowie pracowali jak niewolnicy, nawet po siedemnaście godzin dziennie, za groszowe pensje (od 4 do 8 groszy tygodniowo). Jedyną osłodą w tym ciężkim życiu była ilość dni wolnych od pracy, w XVII wieku było ich ok. 100. Chociaż i o święcie decydował mistrz, jak głosił statut kowali z roku 1576: "który czeladnik święci dzień w tygodniu bez zgody i wiedzy i zgody swego mistrza, ten winien wynagrodzić szkodę i zwrócić mistrzowi to, co ów przez niego utracił".

Czeladnicy buntowali się przeciwko swym pracodawcom na różne sposoby. Najbardziej wyrafinowaną formą buntu były strajki solidarnościowe. I tak w 1591 roku zastrajkowali pracownicy piekarń - powodem było odebranie im przywileju korzystania z pieców dla prywatnych celów.

W 1646 roku również piekarze doprowadzili do rozruchów, interweniowały władze miejskie, przywódców buntu aresztowano. Poszło o to, że piekarze zamiast piwa w pracy chcieli otrzymywać równowartość w pieniądzach.

W 1591 roku do buntu w cechu stolarsko - snycerskim doprowadził czeladnik Wolf Deberawer, któremu odmówiono piwa na Wielkanoc.

Do grup często strajkujących należeli czeladnicy szlifierscy, bednarze, snycerze, koszykarze, farbiarze i cieśle.

Zazwyczaj majstrom z odsieczą przychodziły władze miejskie i patrycjat. Bunt gaszono w zarodku, przywódców więziono lub wypędzano, resztę dotykały kary finansowe. I chociaż czeladnicy przegrywali, to od czasu do czasu udawało się im wymóc jakieś drobne ustępstwa.
autor Piotr Rowicki - z wykształcenia historyk, z pasji prozaik i dramatopisarz. Jego ostatnia książka - Fatum, to zbiór opowiadań kryminalnych, których akcja dzieje się w XVII wiecznym Gdańsku. Dla trojmiasto.pl opisuje życie w Gdańsku w jego złotym wieku.

Opinie (17) 4 zablokowane

  • "miodosytnicy, pasztetnicy"

    Heh... Do teraz przetrwali tylko paszteciarze i paszteciary.

    • 18 1

  • a gdzie znajdowały się warsztaty Kołodziejów?

    • 0 1

  • A teraz większość ulic to Przekręciarzy !!

    i a rajców więcej - zdrajców

    • 8 1

alert Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.