stat

Gdy karzeł wchodzi na maszt, czyli morskie tradycje i przesądy

26 maja 2011 (artykuł sprzed 8 lat)
Michał Lipka
artykuł historyczny

Spacerując po gdyńskim Skwerze Kościuszki w pobliżu ORP Błyskawica możemy czasem usłyszeń charakterystyczny, długi świst gwizdka lub odgłos dzwonu, czasem też okręt od dziobu aż po rufę ozdabiają różne flagi, a w nocy iluminacja świetlna. Niektórzy marynarze z kolei przysięgają, że podczas rejsu zdarzyło im się widzieć karła Klabautermanna! O czym mowa? O tradycjach i przesądach marynarskich.



Bandera na maszt: biało-czerwona!

Każdy okręt wojenny czy też statek handlowy zobowiązany jest podnosić banderę, jako znak swej przynależności państwowej. Nad Bałtykiem pierwsze bandery wojenne pojawiły się podczas wojny trzynastoletniej - polskie okręty kaperskie nosiły wówczas herby swych miast (np. Gdańska i Elbląga) na czerwonym lub biało-czerwonym tle. Za panowania ostatnich Jagiellonów w XVI wieku ujednolicono banderę i nadano jej wygląd białego orła na czerwonym tle. W takiej formie przetrwała aż do XVIII wieku, kiedy tło zmieniono na białe.

Po odzyskaniu niepodległości w 1918 roku banderze wojennej nadano nowy kształt i symbolikę, która w prawie niezmienionej formie istnieje po dziś dzień - jest to biało-czerwony prostokąt z trójkątnym długim wcięciem oraz umieszczonym w centralnym punkcie godłem Rzeczypospolitej Polskiej. Bandera jednostek handlowych różni się brakiem trójkątnego wcięcia.

Pierwsze podniesienie bandery na okręcie jest wielkim świętem dla załogi i ma szczególnie podniosłą oprawę z honorową asystą i okolicznościowymi rozkazami włącznie.

Na okrętach będących w służbie i przed Dowództwem Marynarki Wojennej w Gdyni banderę codziennie podnosi się o godzinie 8 rano. Ma to również szczególny charakter ale już nie tak uroczysty jak za pierwszym razem.

Bandera jest szczególnym symbolem, a wszelka jej obraza może nieść za sobą srogie konsekwencje. Dał temu przykład marszałek Piłsudski, gdy w latach 30. nakazał "Wichrowi" wejść do gdańskiego portu, a w przypadku ewentualnej obrazy bandery ostrzelać budynki administracji gdańskiej.

Co niezwykle ważne i istotne w historii Polskiej Marynarki Wojennej nigdy żaden okręt nie opuścił swej bandery na znak poddania się!

Podczas ważnych świąt okręty przyozdabia się od dziobu przez maszty do rufy flagami międzynarodowego kodu sygnałowego dodatkowo podnosząc na rufie banderę a na drzewcu dziobowym proporzec bojowy. Jest to Wielka Gala Banderowa, którą po zapadnięciu zmroku często zmienia się na Galę Świetlną czyli szereg żarówek umieszczanych w miejscu flag, co daje wyjątkową oprawę jednostek.

Świst świstowi nie równy

Jednym z najbardziej popularnych zwyczajów marynarskich we flocie jest świst trapowy. Towarzyszy on oficerom, a także wysokim urzędnikom cywilnym podczas wchodzenia i schodzenia z okrętu, niezależnie od pory dnia i nocy. Ta tradycja wywodzi się z epoki żaglowców: kiedy trzeba było przyjąć na morzu na pokład oficerów, wciągano ich najczęściej za pomocą specjalnych koszy lub foteli, a sam proces podnoszenia odbywał się według tempa nadawanego przez gwizdek bosmański.

Z czasem z koszy zrezygnowano, ale tradycja pozostała. Co ciekawe podczas codziennej służby świst trapowy oddaje wyłącznie marynarz wachtowy - sytuacja zmienia się podczas oficjalnych uroczystości. Głowę państwa "odgwizduje" wtedy ośmiu marynarzy, premiera i dowódcę Marynarki Wojennej - sześciu, a oficerów dowódców od dwóch do sześciu, w zależności od pełnionej funkcji. Według marynarskich żartów to również wywodzi się z epoki żaglowców - wiadomo im wyższa ranga tym większa waga, dlatego potrzeba było większej liczby marynarzy do podnoszenia kosza z dostojnikiem...

Świst trapowy ma szczególną wymowę podczas promocji oficerskich: podchorążym wchodzącym na pokład okrętu on nie przysługuje, ale po promocji, przy schodzeniu z okrętu już jako oficerowie, są żegnani jego dźwiękiem. Ma to szczególny wymiar symboliczny.

Specyficzne szklanki i pieska służba

Dziś, w dobie nowinek technicznych, odmierzanie czasu za pomocą dzwonu okrętowego może wydawać się archaiczne, ale ma ono swoją wielowiekową historię. W epoce kiedy wskazania zegarów piaskowych wyznaczały bieg czasu, do obowiązków marynarza wachtowego należało co pół godziny obrócić klepsydrę, a fakt ten anonsowano za pomocą pojedynczego uderzenia w dzwon. Oznaczało to przemijający okres wachty oraz czujność marynarza na służbie. Każda pełna godzina sygnalizowana była podwójnym uderzeniem. Dziś liczba uderzeń, czyli szklanek, ograniczona jest do ośmiu - wybicie ósmej szklanki oznacza zmianę wachty, po czym liczenie zaczyna się od początku.

Marynarskie przesądy

W historii i tradycji marynarskiej mnóstwo jest wszelkiego rodzaju zabobonów, które choć głównie wywołują uśmiech na twarzy, żywe są po dziś dzień. Pierwszym takim przykładem jest pechowy dzień, czyli piątek. Żeglarze wywodzący się z kultury wschodniej uważali, że wypłynięcie w piątek na pewno skończy się czymś złym, gdyż był to dzień ważnych obrzędów religijnych, a jak wiadomo "kto obraża Boga, tego nic dobrego nie spotka".

O tym, że przesąd jest żywy świadczy to, że nawet dziś niezwykle rzadko woduje się statki tego dnia, nie chcąc przynieść im już na samym początku pecha. Co bardziej pobożni marynarze za szczególnie pechowe dni uznają 2 lutego, 31 grudnia, pierwszy poniedziałek kwietnia i drugi poniedziałek maja - właśnie wtedy, według zapisów biblijnych, ziemię nawiedzały rozmaite kataklizmy. Ale każdy medal ma dwie strony: hiszpańscy marynarze najchętniej wypływają w morze właśnie w piątki, gdyż w piątek 3 sierpnia 1492 roku w swój słynny rejs wyruszył Krzysztof Kolumb.

Czasem pokład odwiedzał karzeł Klabautermann, opiekuńczy duch statku. Wbrew pozorom jego pojawienie się nie zwiastowało niczego dobrego, a wręcz przeciwnie - zapowiadało grożące niebezpieczeństwo. W miarę wzrostu zagrożenia wdrapywał się coraz wyżej na jeden z masztów i siedział tam dopóki istniała szansa na ratunek. Gdy znikał oznaczało to tylko jedno - jednostkę czekała niechybna zagłada. Z punktu widzenia kapitana miał też zalety - utrudniał życie marynarskim leniom poprzez wyrzucanie ich posiłków za burtę czy też głośne stukanie drewnianym młotkiem.

Swoistym "diablim balastem" w dawnych czasach była kobieta na pokładzie jednostki. Marynarze uważali, że okręt może być zazdrosny o kobietę, a swój gniew wyrazi np. poprzez wpadnięcie na skały. Dlatego też marynarze... skrobali ślady pozostawiane przez kobiety na pokładzie.

Lista przesądów i tradycji marynarskich jest jeszcze długa wystarczy podać tu jeszcze na przykład wyjaśnienie symboliki marynarskich pasków na kołnierzach. W zależności do floty upamiętniają one: flota angielska - trzy wielkie zwycięstwa admirała Nelsona pod Trafalgarem, Kopenhagą i u ujścia Nilu; flota rosyjska - trzy wielkie zwycięstwa admirała Uszakowa; flota francuska - zaliczenie w toku służby trzech oceanów: Atlantyckiego, Spokojnego i Indyjskiego). Inną tradycją jest czy potrzeby umieszczania pod masztami monet, (aby opłacić w ten sposób Charona na wypadek niespodziewanego zatonięcia jednostki wraz z marynarzami lub na wypadek ochrony przez złymi urokami) czy tez w końcu niechęci granatowej braci do rzeczy kudłatych na pokładzie (uznawano je za działa szatana mogące sprowadzić nieszczęście w przeciwieństwie do rzeczy pierzastych - stąd też takie zamiłowanie do np. papug).