stat

Nieudana misja za Atlantyk

4 czerwca 2012 (artykuł sprzed 6 lat)
Michał Lipka
artykuł historyczny

W historii polskiej floty wojennej znajduje się mało znany i rzadko opisywany epizod dotyczący akcji werbunkowej, przeprowadzanej w latach 40. w Kanadzie i Stanach Zjednoczonych. Niestety, choć zapał i zaangażowanie były spore, wyniki trudno uznać za udane...



Po klęsce wrześniowej i kapitulacji Francji, ocalałe jednostki wojska polskiego znalazły się na terenie Wielkiej Brytanii. Ich liczebność, mimo ewakuacji pewnych oddziałów z terenów Rumunii i Węgier, była jednak niska. W polskim dowództwie zapadła zatem decyzja o przeprowadzeniu akcji propagandowej wśród Polonii. Cel był prosty - zachęcić jak największą liczbę ochotników do wstąpienia w szeregi polskiej armii.

Po licznych zabiegach dyplomatycznych, na początku kwietnia 1941 roku, Naczelny Wódz, generał Władysław Sikorski wyruszył z oficjalną wizytą do Kanady i Stanów Zjednoczonych. Początkowo wydawać by się mogło, że misja Sikorskiego odniosła zamierzony skutek - władze kanadyjskie zezwoliły na utworzenie na swym terytorium dwóch obozów dla ochotników, dodatkowo przeznaczając pewną liczbę pełnego umundurowania, a Stany Zjednoczone, zgodziły się na dostarczenie niezbędnego w czasie szkoleń sprzętu. Postanowiono również, że do Kanady uda się Polska Misja Wojskowa pod dowództwem generała Bronisława Ducha, w skąd której będą wchodziły poszczególne rodzaje sił zbrojnych.

Szefem Misji Morskiej mianowany został były "Książę Polesia", komandor Witold Zajączkowski. Ten wykształcony i pełen werwy oficer w latach 1927 - 1939 dowodził Flotyllą Pińską, ale przez swe krytyczne uwagi względem m.in. kontradmirała Świrskiego (kwestionował jego praktyczne podejście do spraw wojenno-morskich, uważając go wyłącznie za teoretyka) nie zyskał uznania w oczach przełożonych. Po przedostaniu się do Anglii Zajączkowski zajmował wyłącznie podrzędne stanowiska (m.in. dowódcy okrętu - bazy ORP "Gdynia"), na których nie mógł w pełni wykorzystywać swych umiejętności. Rozkaz udania się do Kanady i zorganizowania tam akcji werbunkowej przyjął więc z wielkim entuzjazmem (można założyć, że admirał Świrski z równie wielkim entuzjazmem "pozbywał" się nielubianego oficera).

W swym rozkazie polskie dowództwo oczekiwało, że z napływających ochotników uda się stworzyć kontyngent liczący ok. 1000 marynarzy. Choć początkowo wydawać by się mogło, że plan ten zostanie zrealizowany, realia okazały się jednak zupełnie inne, a błędy popełniono już na samym początku.

Do Kanady wysłano, oprócz Zajączkowskiego tylko jednego oficera i podoficera - mieli oni odbywać spotkania z przedstawicielami kanadyjskiej marynarki, pisać propagandowe artykuły, przygotowywać materiały radiowe i telewizyjne, przeprowadzać całościowo proces werbunkowy (wstępne badania ochotników, szkolenie ogólnowojskowe oraz skoszarowanie). Jak widać pracy było zbyt dużo jak na trzy osoby.

Jeszcze gorzej początkowo przedstawiała się sytuacja z werbunkiem w Stanach Zjednoczonych - oficer, który miał udać się na miejsce... nie dostał wizy wjazdowej. Nie zważając jednak na te trudności komandor Zajączkowski zabrał się z właściwą sobie werwą do pracy, wysyłając co chwila raporty do admirała Świrskiego, w których opisywał swą trudną sytuację i prosił o przesłanie dodatkowych ludzi do pomocy.

Niestety Świrski pozostawał głuchy na jego raporty. Nie udało się również uzyskać z polskiego dowództwa jasnej informacji jacy konkretnie specjaliści są potrzebni, zatem sam proces wstępnego szkolenia musiano ograniczyć do podstawowych zagadnień. Pomimo ogromu włożonej przez Misję Morską pracy, chęć wstąpienia w szeregi Polskiej Marynarki Wojennej wyraziło raptem 21 kandydatów.

Jakby problemów było mało, komandor Zajączkowski, podobnie jak i szef Misji Lotniczej major Urbanowicz, nie mógł porozumieć się z generałem Duchem. Wybór tego oficera na stanowisko Szefa Misji Wojskowej trudno nazwać udanym - przekonany o swej nieomylności, wybuchowy, otaczający się dyplomatami i starszymi oficerami, starał się całkowicie podporządkować sobie Szefów Misji Morskiej i Lotniczej wydając często sprzeczne rozkazy. Wszelka własna inicjatywa spotykała się z ostrą krytyką, a współpraca między oficerami zaczęła przypominać małą wojnę podjazdową. Kolejny raport Zajączkowskiego z prośbą o wyraźne zajęcie stanowiska przez Szefa Kierownictwa Marynarki Wojennej pozostał ponownie bez odpowiedzi.

Pewnej poprawy sytuacji jeśli chodziło o nabór ochotników Zajączkowski upatrywał w rozpoczynającej się akcji werbunkowej w Stanach Zjednoczonych. Niestety i tu spotkał go zawód. Młodzi ludzie nie chcieli porzucać swego wygodnego życia i brać udziały w działaniach wojennych. Chęć wstąpienia w szeregi Marynarki wyrażali przeważnie albo starsi ludzie (dawni emigranci, którzy czuli się związani ze swoją dawną ojczyzną) lub jak to ujął w swym raporcie Zajączkowski: "element niepożądany", czyli mówiąc prościej różnego rodzaju awanturnicy. Dodatkową barierę stanowił język, gdyż pewna cześć ochotników nie potrafiła wypowiedzieć ani słowa w języku polskim.

Komandor czuł coraz większą frustrację, gdyż dodatkowo z obiecanych sortów mundurowych żaden nie dotarł, a intendentura ograniczyła mu i tak skromny budżet. Sama akcja propagandowa również nie przynosiła pokładanych w niej efektów - ochotnicy, którzy już się zgłaszali, bardziej niż Marynarką zainteresowani byli lotnictwem i wojskami pancernymi (co ciekawe tych ostatnich przyjmowano i kierowano do Anglii. Nie byłoby w tym nic dziwnego gdyby nie fakt, że siły zbrojne nie dysponowały jeszcze wtedy takimi jednostkami, a ochotnicy mieli być wcielani w szeregi piechoty).

Napływ ochotników zwolnił jeszcze bardziej po japońskim ataku na Stany Zjednoczone. Sytuację próbował poprawić generał Duch, który z odczytami objechał Kanadę i Stany Zjednoczone. Niestety nie znając języka angielskiego (!), będąc do tego słabym mówcą, posiadającym nie najlepszych doradców odniósł skutek odwrotny do zamierzonego. Wobec stale rosnących kosztów (miesiąc działania Misji Morskiej kosztował bowiem 100 tysięcy dolarów kanadyjskich) i słabych wyników (ostatecznie udało się zarejestrować...105 kandydatów do Marynarki) zapadła decyzja o likwidacji Misji Wojskowej.

Patrząc z perspektywy czasu należy podkreślić pełne zaangażowanie i poświęcenie komandora Zajączkowskiego który był zdeterminowany by odnieść sukces. Niestety tym razem biurokracja i chowane dawne urazy były jednak górą.