stat

Krzyżackie nazwy w Trójmieście i okolicach

30 stycznia 2018 (artykuł sprzed 2 lat)
Tomasz Larczyński
artykuł historyczny
Najnowszy artukuł na ten temat

O zakonnikach, co za kołnierz nie wylewali. Dzieje wina w państwie Krzyżaków

Przyzwyczajeni jesteśmy do myślenia o przestrzeni, która nas otacza, jako o wyspie wielkomiejskości. Samochodowy gwar, kwartały rozświetlone latarniami, tłumy ludzi. Do tego wiedza o tysiącletnich dziejach Gdańska - wszystko to razem sprawia, że postrzegamy historię Trójmiasta jako kronikę życia miejskiego. A przecież to nieprawda - pisze historyk, dr Tomasz Larczyński.



Historyczny Gdańsk bardzo długo obejmował tylko obszar wewnątrz starych umocnień, w przybliżeniu dzisiejsze Śródmieście. Owszem, już przywilejem króla Kazimierza Jagiellończyka z 1454 roku otrzymał rozległe tereny wiejskie, w tym niemal całe Żuławy Gdańskie, jednak nie oznaczało to rozszerzenia granic miasta, a tylko jego majątku. To tak, jak gdyby dziś do majątku miasta należała cała ziemia powiatu gdańskiego, wraz z drogami, budynkami itp.

Druga oaza życia miejskiego powstała najpierw na drugim krańcu Trójmiasta, w Wejherowie, które prawa miejskie otrzymało w 1650 roku, jednak aż do rozbiorów pozostawało miniaturową mieściną. Gdańsk na szerszą skalę zaczął się rozrastać dopiero w XIX wieku.
Tak więc historia większej części Trójmiasta to historia wsi. Biegnąca wolniej niż w mieście, lecz także mająca swoje punkty zwrotne.

Jednym z nich był okres przynależności do państwa Zakonu Krzyżackiego, a więc od 1308 roku do wojny trzynastoletniej. I właśnie ten okres miałem przyjemność badać w ramach doktoratu, który został niedawno wydany nakładem wydawnictwa Napoleon V (Ziemia gdańska w okresie panowania Zakonu Krzyżackiego. Struktura własności i organizacji osadnictwa wiejskiego). Pod względem terytorialnym objął on fragment komturstwa gdańskiego - tzw. ziemię gdańską. Poza specjalistycznymi szczegółami, natknąłem się w swojej pracy badawczej na wiele ciekawostek z przeszłości naszej aglomeracji, którymi chciałbym podzielić się z czytelnikami.

Wyjaśnimy sobie najpierw, czym była sama ziemia gdańska. Jak zapewne niektórzy wiedzą, państwo krzyżackie było podzielone na komturstwa. Lepiej jednak byłoby powiedzieć, że państwo to składało się w istocie z sieci klasztorów mnichów-rycerzy, które oni sami zwali "domami" (Häuser), a my dzisiaj - konwentami. Od zwykłych klasztorów, np. cystersów czy norbertanek, wyróżniało je to, że były ufortyfikowane, oraz że wierność lenną ślubowali im okoliczni rycerze i miasta. Na ziemiach dawnych książąt pomorskich ci krzyżaccy mnisi dysponowali także dawnymi majątkami książąt pomorskich, a więc np. wsiami, które należały do książąt, a nie do rycerzy. Tak więc zamek gdański był w istocie umocnionym klasztorem o dużej - względem Malborka - autonomii, sięgając swoimi rządami aż po Lębork.

Skoro zatem Krzyżacy byli tylko mnichami, to jak mogli sobie podporządkować biskupów, czy innych zakonników? Otóż - nie mogli. To, co w atlasach historycznych widzimy jako jednolitą plamę państwa krzyżackiego, w istocie było zlepkiem posiadłości niemieckich zakonników i niezależnych posiadłości innych organów Kościoła. Nie wchodząc tu w szczegóły, sprytny Zakon Krzyżacki znalazł sobie jednak wiele sposobów, by faktycznie kontrolować także majątki Kościoła, lecz nie wszędzie w pełni się to udało - i tak np. klasztor oliwski sprawował niemal nieograniczoną władzę w swych wioskach i lasach, a obejmowały one niebagatelny obszar - mniej więcej północną połowę dzisiejszego Gdańska oraz cały Sopot. Ma to swoje konsekwencje do dziś, do czego jeszcze wrócimy.

Komturstwo gdańskie było największe na Pomorzu i obejmowało w przybliżeniu dzisiejsze powiaty pucki, lęborski, wejherowski, kartuski, gdański i całe Trójmiasto. Tak duży obszar niemieccy bracia dla sprawniejszej administracji podzieli sobie na mniejsze okręgi, zwane czasem "urzędami", zwykle pokrywające się z dawnymi kasztelaniami. Każdy taki okręg miał własnego brata-Krzyżaka do nadzoru, a z kolei te okręgi dały początek dzisiejszym powiatom, z pewnym wyjątkiem gdańskiego właśnie.

Dodajmy tu, że krzyżacka administracja była - jak na XIV wiek - imponująco sprawna i skrupulatna, czego wyrazem są bogate źródła - w głębi dawnego Królestwa Polskiego tak rozległe ślady zostawiły po sobie dopiero epoki o dwa-trzy stulecia późniejsze.

Okręg gdański, czyli dawna kasztelania gdańska (przez dawnych badaczy zwana okręgiem leśnym i sulmińskim), praktycznie rozpadł się po wojnie trzynastoletniej, gdyż to właśnie tu znajdowały się najsmakowitsze kąski - wielkie wsie, dające znaczne dochody, dzięki reformie prawa niemieckiego. I tych właśnie kąsków zażądał Gdańsk w zamian za ofiary w wojnie po stronie króla Polski. Utworzyły one wspomniane już posiadłości Gdańska, których potomkiem jest powiat gdański z siedzibą w Pruszczu. Resztki dawnej ziemi gdańskiej przyłączono do Mirachowa - śladem tego jest powiat kartuski, który dziś dochodzi do granic Gdańska (rzecz jasna bardzo upraszczam tu setki lat przemian na mapie).

No dobrze, ale w czym właściwie krzyżackie rządy były tak przełomowe? Otóż, w największym skrócie, chodziło o kompleksową reformę niemal wszystkich wsi krzyżackich (czyli będących częścią majątku państwa) oraz prywatnych-rycerskich pod Gdańskiem.

W 1308 roku Krzyżacy podbili kraj, w którym życiem niemal wszystkich wsi rządziło stare prawo, zwane rodzimym, polskim lub pomorskim. U zarania wojny trzynastoletniej było odwrotnie - niemal wszystkie podgdańskie wsie (oprócz cysterskich) posiadały prawo niemieckie (zwykle chełmińskie).

Chodziło tu o coś znacznie więcej niż tylko spisanie prawa i nadanie samorządu. Było to zupełna przebudowa wsi - w miejsce rozrzuconych wśród zagajników pojedynczych zabudowań powstały zwarte miejscowości. I choć dawni historycy niemieccy przesadzali, pisząc, że przed Krzyżakami w ogóle nie było tu stałych osad, a mieszkańcy byli prymitywnymi półkoczownikami (stałe osadnictwo możemy datować na okolice VIII-IX wieku), to właśnie pod rządami Zakonu kształtowały się centra osad, które dziś są sercem wielu dzielnic Trójmiasta, jak choćby Wrzeszcza, Piecek, Migowa, Ujeściska, Chyloni czy Wielkiego Kacka. Do tych nowych centrów dochodziły wiejskie drogi (będące także przedmiotem stałej troski Zakonu), które dziś są ulicami miast.

Mapa dzisiejszego Trójmiasta - wówczas będącego połacią bogatych wsi - powstawała właśnie wtedy.

Historia ziemi gdańskiej to jednak przede wszystkim dzieje setek wsi, osad i przysiółków. Pokażmy tu zatem kilka ciekawostek z dziejów Trójmiasta, które odsłaniają przed nami krzyżackie dokumenty, narzędzia archeologów i dociekania toponomastów. Nie wszystkie przytoczone tu fakty to moje oryginalne ustalenia - w wielu wypadkach przytaczam dawny, lecz nieznany powszechnie dorobek wielu pokoleń historyczek i historyków.

Migowo, czyli zapomniany Niemiec

Po 1945 roku nowe władze celowo i z dość zrozumiałych przyczyn postanowiły zlikwidować wszystkie niemieckie nazwy, tj. wprowadzić wyłącznie takie o pochodzeniu słowiańskim, nawet tam, gdzie istniała już tradycyjna nazwa spolszczona, lecz o niemieckim rodowodzie (stąd np. zamiast Knipawy mamy Rudniki, nonsensowne, skoro żadnej rudy na żuławskich bagnach nie wydobywano). Jedynym wyjątkiem miało być Westerplatte z racji swego miejsca w najnowszej historii. W powojennym zamieszaniu na szczęście kilka nieprawomyślnych nazw ocalało, a jedną z nich jest właśnie Migowo. Nazwa ta pochodzi od niemieckiego Mügge, "komar", a więc tę tajemniczą nazwę można przetłumaczyć jako po prostu Komarowo. Niemieckie pochodzenie może świadczyć o tym, że Krzyżacy założyli wieś na tzw. surowym korzeniu, czyli od podstaw - zamiast przekształcić dawną kaszubską osadę. Dawni historycy przyjmowali niemieckie nazwy jako żelazny dowód takiej właśnie sytuacji, dziś jednak jesteśmy dużo ostrożniejsi - równie dobrze mogła tu istnieć pomorska osada, której nazwę Krzyżacy zmienili na wygodniejszą (znamy wiele takich przypadków).

W Pieckach nic nie płonęło

Daleko nie odjeżdżając, mamy kolejny nieoczywisty ślad przeszłości - Piecki-Pietzkendorf, a więc - na pozór - oczywista sprawa: był tu jakiś piec, może leśna huta szkła. Tymczasem sprawdzając dawne cysterskie dokumenty, natrafimy na tajemniczą nazwę Bysseker lub Bissekir, z której Niemcy zrobili najpierw Piskersdorff, a w końcu Pietzkendorf (być może zrobili to dwujęzyczni mieszkańcy pod wpływem słowa "piec"). A więc co tu było? Otóż krzewy bzu (do dziś po kaszubsku bez to "bes", a krzak to "czerz", dawniej "kierz"). Niewątpliwie bardziej romantycznie niż hutnicze wytopy, nawet, jeśli blokowisko skrzeczy.

Sobieski nigdy nie był w Sobieszewie

Dla odmiany zdarzało się, że do kosza wyrzucano także nazwę być może słowiańską. Bohnsack, zwany po polsku Bąsakiem, po wojnie przechrzczono dlatego, że gdzieś niedaleko przejeżdżał kiedyś Jan III Sobieski. Tymczasem nawet niemieccy historycy podejrzewali, że - z uwagi na końcówkę -ack - nazwa mogła być pierwotnie słowiańska. Może to po prostu swojskie Bąkowo?

Krakowiec, czyli kto tu chrząkał

Polacy, Kaszubi, Niemcy - ich ślady są w Gdańsku dość oczywiste. Lecz Prusowie? A jednak - najnowsze ustalenia historyków jasno pokazują, że nie było mowy o żadnej ścisłej i żelaznej granicy etnicznej między Słowianami i Prusami, przeciwnie - ich wsie mieszały się całkiem płynnie. Znamy dziś wiele wczesnośredniowiecznych osad polskich wysuniętych daleko w Pomezanię, jak i pruskich na lewym brzegu Wisły. Stąd nie powinny dziwić nazwy pruskie na terenie Gdańska i znamy ich faktycznie kilka. Gorzej, że język pruski niemal całkowicie zaginął, więc próby objaśnienia takich nazw są czasem dość rozpaczliwe. Wiemy zatem na pewno, że Krakowiec (zwany Crakauw w najstarszym źródle) jest nazwą pruską, lecz co mógł oznaczać? Spotkałem się z wytłumaczeniami dość dziwnymi - zarówno że u podstaw leżało słowo "dzięcioł" (pruskie kracco), jak też, że... chrząkanie (w dzisiejszym litewskim kriōkti). Wybór wersji pozostawiam czytelnikom.

Enigmatyczny Arnov

Innego Prusa znajdziemy między Lipcami a Świętym Wojciechem. To raz jeden jedyny wzmiankowana osada Arnov. Wydaje się, że mogła być zlokalizowana w rejonie późniejszego Zajazdu Trzy Świńskie Głowy (dzisiejszy Park Ferberów). Tu przynajmniej wiemy, do czego tę nazwę przyczepić, mianowicie do jakiegoś Prusa zwącego się Arno właśnie.

Płonia i zaginione jezioro

Płonia to dziś kilka domów w granicach Rudników-Knipawy. Jej nazwa jest niewątpliwie słowiańska. W najstarszym dokumencie krzyżackim z 1353 r. spotykamy jednak zamiast niej coś dziwnego - Tyfensee, czyli "Głębokie Jezioro". Jezioro? Na środku płaskiego pustkowia? Wytłumaczenie znajdziemy biorąc do ręki mapę Żuław Gdańskich z zaznaczoną depresją. Jest ona śladem wielkiego zalewu, który istniał tu do końca XIV wieku, a który osuszyli właśnie Krzyżacy (pierwotnie podchodził aż po Dolne Miasto). Płonia leżała między nim a korytem Wisły, a jej najstarsza nazwa to zapewne po prostu niemiecka nazwa tego jeziora. Słowiańskiej niestety nie znamy. Chociaż...

Gdańsk to gród nad Motławą. A może nie?

Wiemy od dawna, że nazwa największego miasta Pomorza pochodzi od rzeki, która zapewne nazywała się Gdanią - a ta z kolei od bagien i moczarów. Problem w tym, ze na mapie jej nie znajdziemy. Dlatego historycy zwrócili uwagę na Motławę, która z kolei jest nazwą pruską. Być może, że obok tej nazwy istniała słowiańska Gdania. Tu jednak pojawia się kolejny problem - Mutulōwō oznacza rzekę wartką, bystrą, a nie trzeba długich obserwacji, by skonstatować, że do Motławy to niekoniecznie pasuje. Wytłumaczeniem może być właśnie nasze "Głębokie Jezioro". Motława pierwotnie uchodziła do niego w okolicach Wiśliny, będąc znacznie krótszą rzeką, w dużej mierze szybką i wartką, a cały jej dalszy bieg zwyczajnie nie istniał. Z tego "Głębokiego Jeziora" wychodziło zapewne do Wisły kilka krótkich, bagnistych kanałów i jeden z nich mógł się nazywać właśnie Gdanią. Gdy Krzyżacy osuszyli zalew, połączyli Motławę z Gdanią i nazwa tej ostatniej wyszła z użycia. To wprawdzie tylko hipoteza, lecz kusi, by pomyśleć, czy to jezioro nie nazywało się aby po słowiańsku "Gdańsko", jak "Łebsko" połączone z Łebą?

Pruszcz, czyli bardzo stare przedmieście

Wspomniałem o tym, że pruskich śladów mamy w Trójmieście jeszcze kilka. Nie trzeba długiego namysłu, by skojarzyć z nimi Pruszcz Gdański, jednak tu chciałbym wspomnieć o czymś innym. Pruszcz był najbogatszą wsią ziemi gdańskiej. Nie tylko wszakże pola przynosiły mu taki dochód. Gdy spojrzymy w krzyżackie źródła, znajdziemy tu dość zaskakujące jak na wieś obiekty: dwie jatki mięsne, rzeźnię, dwie ławy chlebowe (coś jak sklep-piekarnia), dwa kramy spożywcze, krawca, kram śrutownika, bardzo duży młyn i aż sześć karczem. A więc wyposażenie kojarzące się raczej z miasteczkiem - po co na wsi np. sklepy z chlebem? Dodajmy do tego zachowany do dziś okazały gotycki kościół parafialny, który badacze porównują raczej z miejskimi, niż wiejskimi.

Wygląda zatem na to, że Krzyżacy zamyślali nad lokowaniem tu miasta właśnie. Czemu zatem tego nie zrobili? Być może, że nie chcieli stwarzać konkurencji dla Gdańska - patrząc na mapę widać wyraźnie, że na krzyżackim Pomorzu nie było żadnego miasta w promieniu jednego dnia drogi od Gdańska. A to z kolei przeczyłoby powtarzanym w szkołach opiniom, jakoby Zakon był śmiertelnym wrogiem Gdańska. To znaczy - tak niewątpliwie było pod koniec panowania Krzyżaków, przed wojną trzynastoletnią, wiemy już jednak, że w XIV wieku Krzyżacy swoje wielkie miasta wspierali całkiem mocno.

Innym nietypowym zabytkiem Pruszcza są... jego granice. Gdy wziąć do ręki krzyżacki przywilej dla Pruszcza z 1367 roku, w którym komtur z pedantyczną dokładnością, drzewo po drzewie, opisał, jak daleko sięgają pola wsi, to widzimy, że dzisiejsze granice miasta są bardzo podobne do tych sprzed siedmiuset lat, a na dużych odcinkach po prostu identyczne.

Swelina i granica najstarsza

Pruszcz nie jest jednak ze swoimi granicami rekordzistą. Mało kto wie, że dzisiejsza granica między Sopotem a Gdynią na potoku Swelina to jedna z najstarszych nieprzerwanie istniejących granic na terenie Polski: już od 1283 roku stanowiła północną granicę dóbr cysterskich - aż do rozbiorów. Potem była granicą Sopotu i Wielkiego Kacka, a w okresie Wolnego Miasta granicą państwową.

Wzgórze Mickiewicza i Chełm, czyli zabytkowe domki jednorodzinne

O burzliwych dziejach Chełmu, któremu w przeszłości zdarzyło się być nawet konkurencyjnym wobec Gdańska miastem, napisano już wiele, także na tym portalu [odnośnik]. Wydarzenia te skupiały się jednak wokół serca starego Chełmu, którym była ul. Lubuska i jej okolice. Ja jednak ponownie chciałbym zwrócić uwagę na ślady dawnych granic. Spójrzmy na Wzgórze Mickiewicza - jego ulice tworzą dość regularny, prostopadły układ. Wyróżnia się jednak z niego ul. Telimeny, która zupełnie nie pasuje swoim biegiem do pozostałych. I to jest właśnie zachodnia (czy ściślej - północno-zachodnia) granica historycznego Chełmu, prawdopodobnie także średniowieczna, choć tu nie mamy tak dobrych źródeł - w pełni pojawia się dopiero na mapie z r. 1770. Przedłużając jej linię po łuku na południe, otrzymamy historyczną granicę Chełmu na dzisiejszym blokowisku, choć tam już jej śladem nie biegnie żadna uliczka czy ścieżka. A to oznacza, że większa część tegoż blokowiska to historycznie wcale nie Chełm, a Ujeścisko (w tym wszystko na południe od ul. Witosa). Rada dzielnicy Ujeścisko-Łostowice może zatem gotować siły zbrojne celem odbicia utraconych włości.

Lasy Oliwskie, czyli cystersi lubią las

W starszej literaturze podkreśla się czasem, że kompleks Lasów Oliwskich przetrwał tak blisko historycznie wielkiego Gdańska tylko z powodu stromych zboczy dolin, których nie opłacało się karczować na pola. Sądzę jednak, że to tylko jedna z przyczyn. Cystersi oliwscy w ogóle podejrzanie mało zakładali wsi w swoim głównym, oliwskim kompleksie - choć przecież w swoich dobrach np. na Wysoczyźnie Puckiej robili to na potęgę. Jeśli coś tu funkcjonowało, to raczej małe przysiółki zamieszkałe przez tzw. zagrodników (czyli rodzaj rolników mających bardzo małe pola i żyjących częściowo z pracy najemnej). Na podstawie różnych śladów źródłowych doszedłem do wniosku, że cystersom las zwyczajnie bardziej się opłacał. Gdańsk krzyżacki, wbrew stereotypom, to nie były ceglane gotyckie kamieniczki, lecz w najlepszym razie budynki szachulcowe, o ile nie drewniane. Z cegły pobudowano wtedy mury obronne, kościoły, ratusz i najwyżej pojedyncze reprezentacyjne kamienice. A to oznaczało, że Gdańsk potrzebował wciąż wielkich ilości drewna, jako że budynki drewniane wymagają ciągłych napraw, podobnie, jak dylowane (wyścielone drewnem) ulice. Skądś to drewno trzeba było zatem kupić, skoro krzyżacki Gdańsk własnych lasów nie posiadał. I tu właśnie z pomocą przychodzą obrotni mnisi. Tak więc Lasy Oliwskie przetrwały być może nie pomimo, a właśnie z powodu bliskiego sąsiedztwa wielkiego miasta.

Gręzowo, któremu się nie udało

Oddajmy jednak cystersom sprawiedliwość - czasem coś założyli, ale nie jakoś się temu czemuś nie przetrwało. W lasach Sopotu stoi sobie dziś na polanie leśniczówka Sopot. Mało kto wie, że ta zarastająca dziś polana to resztka dawnej wsi Gręzowo. Co prawda, jak to u oliwskich cystersów, nigdy nie było tu więcej niż kilka gospodarstw, niemniej pamiętać warto.

Przymorze, czyli łąki cystersi też lubili

Czasem dawne wieki wpływają na dzisiejszą mapę Trójmiasta w sposób mniej oczywisty. Dlaczego największe blokowisko Trójmiasta znajduje się na Przymorzu i Zaspie? Otóż to też zasługa cystersów. Ale po kolei.

Reforma prawa niemieckiego spowodowała, że wsie skupiły się głównie na produkcji zboża. Mało było miejsca na łąki, skoro wszystko zajmowały pola uprawne. A tymczasem bydło na wsi z różnych przyczyn też się przydawało, no i nie zapominajmy o potrzebach aprowizacyjnych Gdańska. I tu także z pomocą przychodzą cystersi, którzy drugą część swego oliwskiego kompleksu przeznaczyli na łąki. Na dzisiejszej Zaspie nie było żadnych wsi, lecz właśnie wielkie połacie trawy, na Przymorzu zaś znalazł swe miejsce drugi kompleks leśny (jak widzimy powyżej, też dochodowy), wykarczowany w XIX wieku. Na zaspiańskich łąkach po rozbiorach położyło swą rękę pruskie wojsko, potem było tu lotnisko i w efekcie aż po 1945 rok nie było tu żadnych większych skupisk starej zabudowy. A więc hulaj dusza, dawnych wsi do wyburzenia nie ma - projektanci PRL-owskich blokowisk mogli zatem właśnie tutaj popuścić wodze wyobraźni.

Strategiczna trawa Niegowa

Co jeszcze je trawę? Jak wiadomo, konie. Wartość łąk nie uszła także z oczu samym Krzyżakom, którzy dodatkowo potrzebowali ich właśnie dla koni swojej ciężkiej kawalerii. Stąd też każdy konwent, czyli - jak widzimy - zamek zabezpieczał sobie odpowiednie zapasy. W naszym przypadku był to Krępiec i Niegowo, czyli obszar nad Motławą między Lipcami, Olszynką i Wiśliną. Dodatkowo z wielkim zyskiem dzierżawili kawałki tych łąk okolicznym wsiom. A więc te niepozorne dziś pola w średniowieczu były równie strategicznym dla wojska zasobem, co dziś źródła ropy. Tylko jakoś powietrze tam było przyjemniejsze niż nad rafinerią.

Bardzo stara Jaśkowa Dolina

Jak się do tej pory uważało, pierwsze wzmianki o Jaśkowej Dolinie możemy odnieść najwyżej do XVI wieku. Jednak po długim porównywaniu opisów granic dóbr cysterskich (a więc jednak ciągle ci cystersi...) doszedłem do wniosku, że Jaśkowa Dolina to dawne, zaginione dziś Trzebisławice, wzmiankowane w 1358 roku, które należały do drobnej rodziny rycerzy. Rodzina Köhne-Jaski po prostu zmieniła sobie nazwę majątku po jego zakupie (co się często zdarzało). Tak więc Jaśkowa Dolina może się teraz poszczycić nie tylko pięknym położeniem, lecz także dłuższą o trzysta lat historią.

W Zakoniczynie nie było aż tak dużo koniczyny

Czasem nazwy zmieniały się w inny sposób. Wojciech Kętrzyński, obrońca polskości na Mazurach, był też historykiem. Historykiem sumiennym i pracowitym - w XIX nie miał jednak wsparcia tych setek tomów fachowej literatury, które my mamy dziś. Stąd, gdy starał się zrekonstruować stare słowiańskie nazwy, zdarzały mu się błędy. I tak z Zankenzina zrobił Zakoniczyn, co z rozpędu przejęto urzędowo po 1945 r. Dziś jednak wiemy, że nazwa ta pierwotnie brzmiała Sękocin, od imienia Sękota (w jednym z krzyżackich dokumentów mamy dość bliskie temu Sankoczino).

I ty możesz sobie znaleźć Bastenhagen

Tę podróż po krzyżackim Trójmieście zakończmy z dalszej perspektywy, a więc z lotu ptaka. I to dość dosłownie. W Matarni, na południe od ul. Przyrodników, płynie sobie leniwie polami bezimienna strużka, uchodząca do Strzelenki już w gminie Żukowo. Sześć wieków temu, na dzisiejszej granicy Gdańska, była tam jednak całkiem spora wieś Bastenhagen. Z biegiem czasu jej mieszkańcy doszli do wniosku, że przyjemniej mieszka się w Bysewie, i dawna wieś zamieniła się w pola uprawne (choć do dziś przetrwało tam kilka zabudowań). Wciąż jednak, jeśli spojrzymy na dobre zdjęcia lotnicze i pobawimy się trochę programami graficznymi, to możemy w kolorach roślinności dostrzec ślady dawnej krzyżackiej wsi, w tym należącego do niej małego młyna i stawu młyńskiego. Gdzie jednak dokładnie - to już pozostawiam do zabawy czytelniczkom i czytelnikom.


Jak więc widać, niemal wszyscy żyjemy wśród reliktów wiejskości, a niepozorna polna droga czy stara, odsyłana do lamusa nazwa (jak Piecki-Migowo), może w sobie nieść zaskakująco dużo treści. Warto pamiętać, że o przeszłości miasta wiele mówi nie tylko Fontanna Neptuna i gotyckie kościoły.
autor Tomasz Larczyński członek ruchu społecznego Lepszy Gdańsk, członek Komitetu Rewitalizacji przy Prezydencie Miasta Gdańska, zawodowo związany z Polską Izbą Producentów Urządzeń i Usług na Rzecz Kolei