stat

Zabrane przez morze. Tragiczne dzieje polskich "zdrojowców"

9 stycznia 2020, 13:00
Michał Lipka
artykuł historyczny

"Zabrane przez morze" Marka Perzyńskiego to nowa pozycja na marynistycznym rynku wydawniczym. Autor przypomina jedne z największych tragedii w historii polskiej floty handlowej. Wydało ją gdańskie wydawnictwo Marpress.



Morze jest żywiołem, który potrafi okrutnie ukarać za każdą prowizorkę lub fuszerkę. Nawet dziś, mimo iż technologia poszła znacząco do przodu w porównaniu do czasów opisanych w książce Perzyńskiego, dochodzi do morskich tragedii. Za każdą z nich stoi oddzielny dramat ludzki, zwłaszcza gdy ktoś poniesie śmierć.

Największe tragedie morskie z udziałem polskich statków

Potem zbierają się różne komisje, trwają dochodzenia, bo przyczyn tragedii zawsze może być wiele: od zwykłego błędu ludzkiego, poprzez wady konstrukcyjne i niesprzyjające warunki atmosferyczne, na splocie wszystkich tych wydarzeń kończąc.

I zawsze poszukiwana jest odpowiedź na dwa pytania: czy danej tragedii można było uniknąć i co zrobić, by podobna nie wydarzyła się w przyszłości.

Marek Perzyński sprawami morskimi zajmuje się od lat. Dziennikarz, tłumacz, pisarz, podróżnik, żeglugowiec, przez wiele lat pisał dla redakcji miesięcznika "Morze". Napisał ponad 1,3 tys. artykułów (głównie po polsku, ale także po angielsku, rosyjsku i hiszpańsku), pięć książek (m.in. "Zawód pirat") i zrobił blisko 20 tłumaczeń.

W książce "Zabrane przez morze" przedstawione są dzieje trzech jednostek Polskich Linii Oceanicznych, których losy wzajemnie się splatają. Łączy je przede wszystkim to, że wszystkie zostały "Zabrane przez morze". Mowa tu o m/s Busko Zdrój, m/s Kudowa Zdrój, zwanych potocznie "zdrojowcami", oraz m/s Sopot.

Autor odbył szereg rozmów: z ekspertami morskimi, ocalałymi członkami załóg pechowych statków i z tymi, którzy w tych wypadkach stracili swych najbliższych. Przeanalizował materiały z posiedzeń Izby Morskiej w Gdyni, która badała wszystkie trzy wypadki, dodatkowo dokonując własnych badań i eksperymentów.

W efekcie tego powstała ciekawa, napisana przystępnym językiem książka, którą ze sporym zainteresowaniem przeczyta nie tylko pasjonat spraw morskich. Z kart książki dowiemy się m.in., dlaczego budowę "zdrojowców" zlecono rumuńskiej stoczni w Turnu Severin, która wcześniej budowała wyłącznie barki rzeczne i... tabor kolejowy.

Opis przebiegu budowy, jak i sam proces przejmowania nowych statków jeży włos na głowie. Cisnące się na usta słowo "fuszerka" wydaje się tu zbyt łagodne. Bo zaprojektowanie statku, który podczas sztormu ma 25 stopni stałego przechyłu na jedną burtę, to przecież przestępstwo.

Ale zawiedli nie tylko projektanci i rumuńscy stoczniowcy. Obok ewidentnych problemów konstrukcyjnych, jakie trapiły te jednostki, dowiemy się o licznych błędach popełnionych niestety także przez załogi. Z własnej czy armatora winy - to już ocenią sami czytelnicy.

Gdy zaczynał się dramat, na pokłady wkradał się chaos i niezorganizowanie. Gdy tonęła "Kudowa Zdrój", na pomoc ruszył jej "Sopot", który sam zatonął kilka lat później. Losy załogi "Buska Zdroju" najtrafniej oddają słowa, iż "umierali samotnie na jednym z najbardziej uczęszczanych szlaków morskich świata". W tym przypadku naczelna zasada ratowania zagrożonego życia na morzu została złamana przez statki również pływające pod biało-czerwoną banderą.

Z kart książki wydanej przez gdańskie wydawnictwo Marpress poznamy ostatnie chwile i działania, jakie podejmowały załogi w ekstremalnie dla nich trudnej sytuacji. Marek Perzyński jednoznacznie określa, co leżało u podstaw wszystkich trzech zatonięć, w efekcie których śmierć poniosło 40 osób (w tym, o czym mało kto pamięta, jedyna kobieta radiooficer w polskiej flocie, Barbara Skokowska-Baranowicz).

Z opisanej trójki jedynie "Sopot", który nie był "zdrojowcem", nie zabrał ze sobą nikogo na dno. Jego historia opisana w wyczerpujący sposób zaskoczy zapewne niejednego czytelnika. Zwłaszcza opis pomysłu załogi na zniwelowanie różnicy w zanurzeniu jednostki jest tak kuriozalny, że aż nieprawdopodobny, a jednak prawdziwy.

Całość książki uzupełnia przydatny słownik terminów morskich, dzięki któremu czytelnik zapozna się z wybranymi zagadnieniami.

Książka Marka Perzyńskiego jest pozycją ciekawą i wartą polecenia. Pokazuje trud marynarskiej pracy, jak i przestrzega przed lekceważeniem potęgi morza. Pokazuje jednak też, że maksyma ne timeamus neve desperemus de salute, czyli "nie lękajmy się i nie traćmy nadziei na ocalenie" nie zawsze trafnie opisuje losy marynarzy na wszystkich morzach świata.