stat

Zanim przybył komisarz. Historia z czasów Wolnego Miasta Gdańska

17 lutego 2015 (artykuł sprzed 5 lat)
Tomasz Kot
artykuł historyczny
Najnowszy artukuł na ten temat

Komisarze RP i Ligi Narodów w Wolnym Mieście Gdańsku

15 listopada przypada rocznica powstania Wolnego Miasta Gdańska i co się z tym łączy - ustanowienia polskiego przedstawicielstwa w mieście kulturowo i ludnościowo wówczas niemieckim. Mieście, które przed wiekami wchodziło w skład państwa polskiego i dzięki temu prężnie się rozwijało. Gdy gród nad Motławą stał się częścią Prus, mocno podupadł i stał się wschodnią prowincją niemczyzny, bez większego znaczenia.



Powstanie Wolnego Miasta Gdańska (15 listopada 1920 r.)uruchomiło ciąg zdarzeń, które zapoczątkowały zmiany, których konsekwencje trwają do dziś. Nie byłoby Trójmiasta bez Wolnego Miasta Gdańska, bowiem powstanie Gdyni było odpowiedzią Polski na niemożność wyegzekwowania swoich praw w niemieckim Gdańsku.

Jest wiele powodów, aby przyjrzeć się temu, co działo się w okresie międzywojennym w Gdańsku i po polskiej stronie, a więc na terenie, który nazywamy dziś Trójmiastem. Dzięki temu może lepiej uda nam się poznać miejsce, w którym żyjemy i lepiej zrozumieć historię naszych rodzin.

***


10 stycznia 1920 r. w życie weszły postanowienia traktatu wersalskiego kończącego I wojnę światową. W tym dniu Gdańsk przestał należeć do Rzeszy Niemieckiej, a kontrola nad tym obszarem przechodziła na mocarstwa zachodnie. W niedzielę 8 lutego 1920 r. do miasta przybył Komisarz Generalny Rzeczpospolitej Polskiej Maciej Biesiadecki (1864-1935). 11 lutego stanowisko Wysokiego Komisarza Ligi Narodów w mieście nad Motławą objął sir Reginald Tower (1860-1939). 15 listopada 1920 r. formalnie powstało Wolne Miasto Gdańsk.

Komisarz Generalny był przedstawicielem polskiego rządu w Gdańsku, reprezentującym polskie interesy i wykonującym uprawnienia Polski wobec Wolnego Miasta wynikające z Traktatu Wersalskiego i umów polsko-gdańskich. Stanowisko Komisarza Generalnego dla reprezentanta polskich interesów w Gdańsku stanowiło nawiązanie do czasów I Rzeczypospolitej, kiedy to król Stanisław August Poniatowski utrzymywał swojego rezydenta nad Motławą. Zanim jednak w mieście pojawił się komisarz, polskie interesy w Gdańsku reprezentowała półoficjalnie Delegacja Rządu Polskiego. Delegacja rezydowała w hotelu "Danziger Hof" przy Dominikswall 6 (obecnie ul. Wały Jagiellońskie). Dziś w tym miejscu stoi budynek "Lotu".

Polish deputation

Po I wojnie światowej, w odrodzonym państwie polskim, które wciąż toczyło na różnych frontach walki o swoje granice, brakowało niemal wszystkiego. Rząd polski zwrócił się do Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii, Francji i Włoch o dostarczanie żywności, której w kraju dramatycznie brakowało. Państwa te zgodziły się na przyznanie Polsce pomocy żywnościowej. Amerykanie udzielili kredytu na zakup żywności, przeważnie mąki i produktów tłuszczowych.

Transport produktów przechodził przez Gdańsk, wówczas jedyny port dostępny dla państwa polskiego, w ograniczonym zresztą zakresie. Niemcy zobowiązane były zapewnić transport do Polski jedynie towarów mających charakter "ratunkowy". Na dostawy zakupionej żywności rząd polski podpisał umowę z Amerykańską Administracją Pomocy (ARA), która powstała 24 lutego 1919 r.

Prawidłowe wykonanie umowy nadzorować mogły tylko te państwa, z którymi Rzesza Niemiecka podpisała zawieszenie broni. Rzeczpospolita nie mogła założyć w Gdańsku własnej ekspozytury. Placówka taka mogła natomiast powstać w ramach struktur ARA.

11 stycznia 1919 r. utworzona została Generalna Delegatura Ministerstwa Aprowizacji. Na jej czele stanął Mieczysław Jałowiecki (1876-1962), ziemianin i dyplomata. Członkowie delegacji przed przybyciem do Gdańska musieli podpisać zobowiązanie, że nie będą działać w sferze polityki.

Od samego początku delegacja była jednak "zakonspirowaną" reprezentacją Polski. 28 stycznia, jeszcze przed wyjazdem, premier Ignacy Paderewski (1860-1941) przyznał Jałowieckiemu szersze kompetencje, mianując go Delegatem Rządu Polskiego w Gdańsku. "Konspiracja" była na tyle daleko posunięta, że w początkowym okresie członkowie delegacji w kontaktach oficjalnych posługiwali się jedynie językiem angielskim, także między sobą.

Polacy w towarzystwie Amerykanów pojawili się w grodzie nad Motławą 30 stycznia 1919 r., a następnego dnia rozpoczęli działalność. Polskie przedstawicielstwo zatrudniało po paru tygodniach 150 pracowników. Delegacja szybko stała się nieoficjalnym przedstawicielstwem rządu polskiego, co po pewnym czasie, choć niechętnie, zaakceptowali gdańscy Niemcy.

Polskie piekło

Delegacja polska pracowała w bardzo trudnych warunkach. Przede wszystkim Polska miała zbyt mały potencjał gospodarczy, by móc dyktować warunki w regionie. Delegacja de facto nie była oficjalnym przedstawicielstwem państwa, które zresztą Niemcy nazywali "państwem sezonowym", oczekując jego rychłego upadku.

Czas, w którym działali Polacy przypadł na okres wojny polsko-bolszewickiej. Niemieckie władze Gdańska nie chciały współpracować z Polakami i konsekwentnie utrudniały działalność delegacji.

Do tego dochodziły konflikty z miejscową Polonią, której przedstawiciele narzekali na panujący w szeregach delegacji nepotyzm, robienie interesów kosztem gdańskich Polaków, a także ignorowanie ich postulatów.

Relacji nie poprawiła wizyta delegacji Polonii gdańskiej w Warszawie. Atmosfera i organizacja pracy w urzędach centralnych zrobiła bardzo złe wrażenie na wychowanych w duchu porządku i punktualności gdańskich Polakach. W dodatku status materialny gdańszczan był znacznie wyższy niż obywateli odradzającego się państwa polskiego (szczególnie na terenach byłego zaboru rosyjskiego), a mieszkańcy miasta nad Motławą posiadali wiele świadczeń socjalnych, których rząd w Warszawie nie był im w stanie zapewnić.

Większość członków polskiej placówki oskarżana była o realizację prywatnych interesów. Wśród wyższych urzędników panowały mocno zażyłe stosunki. Prawie wszyscy wyżsi urzędnicy pochodzili z Litwy. Byli ze sobą spokrewnieni lub pozostawali od dawna w przyjaźni. Przykładem może być spółka "Polbal" powołana do wyładunku i wysyłania transportów żywności do Polski. Prezesami spółki byli Jan Raue i Witold Jasiński, urzędnicy delegacji. W imieniu "Polbalu" Raue podpisał umowę z Jałowieckim jako Generalnym Delegatem oraz szefem jego biura Jasińskim na wykonanie prac przeładunkowych. Współudziałowcami firmy byli ponadto szwagier Jana Rauego i siostra Jałowieckiego. Polscy robotnicy z Gdańska wysuwali zarzuty, że "Polbal" nie zatrudnia Polaków. Nic dziwnego, że spółka była faworyzowana przez władze polskie w Gdańsku.

Piekło niemieckie

Od końca roku 1918, gdy tylko Niemcy zorientowali się, że nie uda im się zatrzymać Gdańska w granicach Rzeszy, zaczęli wywozić mienie rządowe i wszystko, co przedstawiało większą wartość. Poza Gdańsk wywieziono większość lokomotyw z gdańskich lokomotywowni, zwłaszcza nowych.

Na wagonach usuwano oznaczenia macierzystej stacji "Danzig, zamieniając ją na "Hannower", Stettin", "Magdeburg" i wysyłano do Niemiec. Stacjonujące w porcie gdańskim stare okręty wojenne (w tym kilka pancerników) sprzedano holenderskiej firmie "A. Wijeshenk" z Rotterdamu.

Budowany w stoczni Schichaua nowy, niedokończony jeszcze pancernik przetransportowano do stoczni szczecińskiej. Na początku lipca zamierzano wywieźć z portu pływające dźwigi. Działanie to zostało jednak udaremnione, ponieważ tym razem delegacja polska zdążyła zareagować, powiadamiając stacjonujące w gdańskim porcie amerykańskie kontrtorpedowce.

Sytuacja gospodarcza na terenie Gdańska była zła. Wynikało to po części z wcześniejszej polityki Rzeszy. Jałowiecki w swoich wspomnieniach twierdzi, że " Port gdański należał do upośledzonych portów bałtyckich. Rząd Niemiec z niewiadomych względów trzymał Gdańsk w cieniu. Kosztem Gdańska rozrosły się inne porty bałtyckie, przede wszystkim Szczecin. Nawet Memel (Kłajpeda) był pod względem urządzeń portowych lepiej wyposażony od Gdańska".

Pogłębiała się bieda i bezrobocie. Szalała inflacja. Na mocy traktatu wersalskiego w Gdańsku miano zaprzestać produkcji broni, co pociągnęło za sobą likwidację funkcjonujących w mieście warsztatów artyleryjskich i fabryki karabinów.

Latem 1919 r. bezrobocie w Gdańsku osiągnęło poziom 10 tysięcy pozbawionych pracy (na 213 tysięcy zamieszkałych w Sopocie i Gdańsku). Część robotników wyjeżdżała do Niemiec w poszukiwaniu zatrudnienia. Robotnicy niemieccy pracujący przy przeładunkach jawnie okradali niemal każdy transport polski.

Gdańska niemiecka policja miejska (Bürgerwehr) nie reagowała. Policjanci zresztą niejednokrotnie brali udział w procederze.

Często władze niemieckie nie dotrzymywały umów, nie dostarczając np. na czas pociągów i barek do transportu towarów. Powodowało to, że w porcie na rozładunek czekało czasami nawet kilkanaście statków, co powodowało zwiększenie kosztów ponoszonych przez stronę polską.

Ani Polacy, ani Amerykanie nie mogli bezpośrednio interweniować, ponieważ nie mieli prawa utrzymywania na terenie portu gdańskiego własnej policji. Mimo umów ze stroną niemiecką każdy pociąg z towarem musiał być konwojowany przez polskich strażników. Rzadko zdarzało się, aby podczas przejazdu przez ówczesne terytorium niemieckie obywało się bez strzelaniny.

W przypadku gdy zaniedbywano środki bezpieczeństwa zdarzało się, że wagony kradziono w całości z towarem i sprzedawano w Niemczech. W ten sposób latem 1919 r. już w Nowym Porcie zrabowano cztery wagony smalcu, które sprzedano potem w Berlinie. Niemieckie władze nie tylko tolerowały ten proceder, ale zdarzyło się w październiku 1919 r., że same zakupiły od złodziei wagon mąki z polskiego transportu.

Do tego dochodziły konflikty delegacji z polskim rządem i instytucjami. Rozgoryczony Jałowiecki skarżył się Ministerstwu Kolei, że na każdym kroku spotyka się "z kłamstwem i brakiem poczucia obowiązku ze strony polskich władz kolejowych". Mimo tego chaosu delegacji udało się wypełniać swoje podstawowe działania. W każdym miesiącu działania planu, do naszego kraju docierały produkty o wartości 8,5 miliona dolarów, co zaspokajało połowę zapotrzebowania Polski na żywność.

W miarę upływu czasu coraz pilniejsze stawało się jak najszybsze mianowanie oficjalnego przedstawiciela RP w Gdańsku, który posiadałby podstawy prawne do reprezentowania Polski, a co za tym idzie - podpisania porozumień polsko-gdańskich i normalizacji sytuacji. Mianowanie Macieja Biesiadeckiego Komisarzem Generalnym kończyło niezwykle trudny pierwszy okres działania przedstawicieli Polski nad Motławą. Zaczynało następny, który okazał się nie mniej ciężki.

Korzystałem z: Mieczysław Jałowiecki "Na skraju imperium". Stanisław Mikos "Działalność Komisariatu Generalnego RP w Wolnym Mieście Gdańsku 1920-39".