Zapraszamy na podróżniczą opowieść: Na końcu świata - Fin del Mundo.
Nie znając kompletnie języka hiszpańskiego i nie planując podróży, dwójka studentów Gracjan Kaja oraz Piotr Nowacki wyruszyli do Ameryki Południowej na pięciomiesięczną wyprawę (2005). Odwiedzili Argentynę, Chile, Boliwię, Peru, Brazylię i Wenezuelę. Wszystko było dla nich nowe i inne: gwiazdy, góry, fiordy, wodospady, lodowce, kaniony, miasta, morza, lasy, pustynie, rzeki, ludzie, zwierzęta. Udało im się sfotografować niewielką część tego, co zobaczyli. Wszystko to będzie można obejrzeć podczas pokazu zdjęć dokumentujących tę niesamowitą podróż oraz posłuchać opowieści z wyprawy.
Gracjan Kaja, ur. 1980r. w Bydgoszczy. Ukończył VI LO w Bydgoszczy.
Absolwent Wydziału Rzeźby Akademii Sztuk Pięknych w Gdańsku.
Piotr Nowacki, ur. 1981r. w Bydgoszczy. Ukończył V LO w Bydgoszczy.
Absolwent Wydziału Matematyki, Fizyki i Informatyki Uniwersytetu
Gdańskiego. Obecnie pracownik tegoż uniwersytetu.
Z dziennika podróży:
"Ciągle szliśmy pod górę. Znowu zrobiliśmy przerwę na złapanie oddechu. Musieliśmy wdrapać się na kamienistą przełęcz. Rozmowy między nami już dawno ucichły.
Nie było na nie sił. Moje nizinne serce i płuca zaskoczyło rozrzedzone powietrze na 5500 m n.p.m. Niemalże wczołgaliśmy sie na ową przełęcz. Łapałem oddech jak ryba wyciągnięta sitkiem z akwarium. W końcu zobaczyliśmy cel naszej wyprawy, wulkan Chachani (ponad 6000 m n.p.m.). Nie chcieliśmy schodzić w dolinę, ale po chwili
potężne skały, których nie można było obejść, zmusiły nas do tego.Zachodzące słońce oświetlało rdzawo-złoty krajobraz, kamieniste zbocza schodzące stromo z ostrych grani ku łagodnym dolinom. Cisza i pustka. Byliśmy sami. Żadnych zwierząt, ani roślin. Miejsce było niesamowite, ale martwe. Szelest naszej odzieży i odgłos
osuwających się kamieni przez nas wprawionych w ruch były jedynymi dźwiękami. Zaczęliśmy schodzić stromym, kamienistym i sypkim zboczem w dolinę. Co chwilę używaliśmy czekanów jako hamulców, aby nie zjechać z osuwającą się porcją kamieni w dół. Robiło sie coraz ciemniej. W ciemnościach nocy zeszliśmy w dolinę cali brudni i zasapani.
W świetle czołówek rozpoczęły się poszukiwania miejsca na nocleg. W końcu znaleźliśmy niewielki teren, który nie był usiany ostrymi i małymi kamieniami. Kręciło mi sie w głowie i trudno było mi się skupić na rozbijaniu namiotu. Piotr właściwie sam go rozstawił. W środku przebraliśmy się w suche rzeczy. Rozpoczęła się uczta po całym dniu męczarni, trzy kawałki chleba z serem i jedna parówka oraz tylko parę łyków zimnej wody, którą musieliśmy oszczędzać. Po chwili usłyszałem pochrapywanie Piotra. Namiot już zaczął zamarzać. Nie mogłem spać... Nagle nie mogłem normalnie oddychać tak, jakbym musiał oddychać przez cienką słomkę. Poczułem tak ogromny ból głowy, oczu,
uszu, zatok, szczęki, że z oczu popłynęły mi łzy. Serce waliło jak oszalałe. Ból również pojawił się w klatce piersiowej. Wpadłem w panikę... Miałem wrażenie, że zaraz uduszę się. Zamek już zamarzł na dobre, więc namęczyłem się zanim otworzyłem tylny właz. Wychyliłem sie na zewnątrz i chwytałem nerwowo przeraźliwie zimne powietrze niczym ryba na brzegu. Zimno nie robiło na mnie żadnego wrażenia. Najważniejsze było oddychać. Zamknąłem właz i położyłem się. Nie wiem jak długo to trwało. Było coraz gorzej. Ból. Gorąco. Niemoc oddychania. Ogarnął mnie strach.
Pomyślałem, że zaraz będzie koniec. Wiedziałem, że najważniejsze to się uspokoić, ale rozsądek przegrywał ze strachem i paniką. Zacząłem odmawiać różaniec... Obudziłem sie rano. Zwinęliśmy namiot i udaliśmy sie w kierunku wulkanu."
Jeśli ten krótki opis zrobił na Tobie wrażenie, zapraszamy do wysłuchania całej opowieści.
Zapraszamy!
Treść tworzona na podstawie materiałów prasowych organizatora