stat

Ależ to dobre! Recenzja filmu "Shazam!"

6 kwietnia 2019, 8:00
Tomasz Zacharczuk

Wystarczyło wykrzyknąć jedno proste, magiczne zaklęcie, by z zapowietrzonego świata DCEU nareszcie ktoś wyciągnął zardzewiały wentyl i pozwolił uwolnić nieskończone pokłady świeżego humoru. "Shazam!" gwarantuje świetną rozrywkę szczególnie tym, którzy na herosów w rajtuzach i pelerynach lubią spojrzeć z dużą dozą sarkazmu, a jednocześnie swobodnie czują się w towarzystwie superbohaterów. Od czasów batmanowskiej trylogii Nolana fanom filmowych komiksów spod szyldu DC nie trafiło się nic lepszego.



Pomysłodawcom najnowszego projektu ze stajni DC pogratulować należy nie tyle odwagi, co właściwie zdrowego rozsądku i pragmatyzmu. Eksperymentowanie z "Wonder Woman" i "Aquamanem" co prawda poprawiło znacznie notowania studia, które od wielu lat gryzło kurz w pogoni za konkurencyjnym Marvelem, ale na każdej, nawet coraz lepszej produkcji, odciskały się grzechy poprzedników. Shazam karierę na wielkim ekranie zaczyna tymczasem z zupełnie czystą kartą, co jest konsekwencją kompletnej zmiany strategii i celowej nonszalancji producentów. Film zrobiony trochę od niechcenia ma papiery na to, by okazać się punktem zwrotnym w uniwersum DCEU.


"Shazam!", będący niezwykle udanym połączeniem widowiskowego kina akcji i familijnej komedii, hołduje klasycznym komiksowym schematom, ale zarazem śmiało drwi sobie z pewnych napuszonych reguł kina superbohaterów. Film ocieka wręcz sarkastycznym humorem, którego próżno było dotychczas w produkcjach DC szukać. Były nieśmiałe próby w "Aquamanie", była niezwykle ożywcza postać Flasha w "Lidze Sprawiedliwości", ale wydaje się, że dopiero stojący za kamerą "Shazama" David F. Sandberg zdał sobie w pełni sprawę z tego, iż w świecie DC można się nieskrępowanie zanosić śmiechem i wyśmienicie przy tym bawić.

Rozrywkowy charakter filmu wiąże się oczywiście z tytułową postacią. Muskularnego herosa z mentalnością nastolatka, paradującego w kiczowatym stroju z bijącym po oczach symbolem błyskawicy trudno brać na poważnie, nawet uwzględniając poprawkę na rodzaj kina, z którym właśnie obcujemy. Z pomocą Shazama filmowcy mogli więc naginać sztywne dotąd reguły, parodiować, co się da, kpić nawet z samych siebie i własnych pomysłów. Tę właśnie uwolnioną od nadmiernej powagi frajdę czuć w niemal każdym kadrze filmu Sandberga. Nareszcie ktoś w studiu DC zerwał z cierpiętnictwem smutnych superbohaterów, a pierwsze skrzypce oddał w ręce zgrywusa, który rzępoli na nich do woli. Nawet jeśli fałszuje, to robi to po mistrzowsku.

Imprezy filmowe w Trójmieście


Kanonadzie żartów sprzyja bardzo czytelna w zasadzie, ale jednocześnie spójna fabuła urozmaicona barwnymi postaciami, chwytliwymi dialogami i obowiązkową dawką zwrotów akcji, nawet jeśli zachwiana jest przy tym czasami logika ekranowych wydarzeń. 14-letni Billy Batson (Asher Angel) od lat specjalizuje się w ucieczkach od rodzin zastępczych, bo w żadnym z tymczasowych domów nie potrafi na dłużej zagrzać miejsca. Głównie dlatego, że uparcie prowadzi prywatne śledztwo, mające pomóc mu w odnalezieniu biologicznej matki. Gdy trafi do domu Vazquezów, nie tylko odkryje siłę rodzinnych więzi, ale i moc godną największych, zamaskowanych twardzieli.

Spotkanie z pewnym czarodziejem poskutkuje zaskakującą metamorfozą. Wystarczy, że Billy wypowie magiczne "Shazam!", a błyskawicznie staje się dorosłym herosem (Zachary Levi), który potrafi latać, ciskać autobusami, odbijać kule i przemieszczać się z prędkością światła. Wycofany nieco nastolatek zyskuje więc moce, w których odkrywaniu pomaga mu Freddy Freeman (Jack Dylan Grazer), rozgadany fan Supermana i zarazem nowy przyrodni brat Billy'ego. To właśnie ich fascynująca relacja, oparta na humorze i kumpelskiej przyjaźni, stanie się głównym motorem napędowym filmu.

Nie byłoby to możliwe bez znakomitej obsady na czele z Zacharym Levim i Jackiem Dylanem Grazerem. Pierwszy z nich, specjalizujący się zresztą w komediowych rolach, wybornie bawi się postacią początkującego superbohatera o mentalności 14-latka. To idealny castingowy wybór i już teraz trudno sobie wyobrazić Shazama w innym wydaniu. Leviemu kroku na każdym niemal filmowym polu dotrzymuje młody Grazer, który charyzmą bije na głowę wielu doświadczonych gwiazdorów Hollywood. Obu ogląda się rewelacyjnie. Również w kombinacji z Asherem Angelem, czyli nastoletnim Billym Batsonem.

Na dalszym planie aż roi się od intrygujących postaci. Cała wieloetniczna rodzinka Vazquezów to materiał na zwariowaną komedię familijną. Doskonale w roli, a jakże, czarnego charakteru sprawdza się też Mark Strong. Thaddeus Sivana w jego wydaniu to złoczyńca bezwzględny, ale jego motywacji nie sposób też w pewnym sensie się dziwić. Zasępiony i zaprogramowany niczym cyborg stanowi idealną przeciwwagę dla dowcipkującego Shazama, który szybko zda sobie sprawę z tego, że nawet serią najostrzejszych ripost nie pokona zdeterminowanego przeciwnika. Chcąc nie chcąc, trzeba będzie dojrzeć do wielkich czynów.

"Shazam!" nie tylko jest bowiem niczym nieskrępowaną rozrywką, lecz również dość ciepłą familijną opowieścią o dojrzewaniu do odpowiedzialności za siebie i bliskich oraz poszukiwaniu domu, który nie będzie jedynie pustą definicją. Moc przyjaźni i atut rodzinnego wsparcia czasami dają większą przewagę niż nadludzka siła czy zdolność latania. To zdecydowanie bardziej przyziemne oblicze "Shazama", który chociaż wciąż przecież jest kinem superbohaterskim, to nie oferuje jedynie beznamiętnej bijatyki z tabunem pozaziemskich kreatur. Nie licząc może towarzyszącej doktorowi Sivanie zgrai potworów, którzy jako żywo przypominają dalekich kuzynów upiorów z "Ghostbusters" i "Monstarstów" z "Kosmicznego meczu".

Kto wie, czy "Shazam!" nie będzie największą pozytywną niespodzianką tego roku, bo niewielu spodziewało się, że dość błahy, poboczny projekt DC może okazać się najlepszą rozrywką, jaką studio zapewniło swoim fanom od lat. O wyróżniających się w ostatnim czasie tytułach DC mówiło się, iż w uniwersum Marvela ledwie dobijałyby do średniej. "Shazam!", jeśli już silić się na konkurencyjne porównania, dorównuje rozmiarom "Strażnikom Galaktyki" czy "Ragnarokowi". Nie ma to jednak większego znaczenia, bo podczas seansu ani przez sekundę nikt sobie takimi zestawieniami nie będzie zawracać głowy. Gdy usłyszycie magiczne "Shazam!", z pełnej humoru i niedorzeczności hipnozy wybudzą was dopiero napisy końcowe.

OCENA: 8/10