stat

Człowiek (człowiekowi) wilkiem. Recenzja filmu "Pokot"

25 lutego 2017 (artykuł sprzed 2 lat)
Tomasz Zacharczuk

Nasycony ideologicznie ekothriller ostentacyjnie krytykujący przedmiotowy stosunek człowieka do zwierząt stanowi dobitny komentarz cenionej reżyserki do otaczającej rzeczywistości, również tej politycznej. A to już wystarczający dla wielu argument, aby spuścić za Agnieszką Holland ogary nienawiści i wyruszyć na personalne polowanie. "Pokot", choć słusznie akcentuje potrzebę dyskursu, artystycznie jest filmem chimerycznym i niespełnionym. Takiego kina w Polsce jednak jeszcze nie było.



Oszałamiająco skadrowane surowe piękno Kotliny Kłodzkiej stanowi plener serii tajemniczych mordów, które w miarę postępu fabuły układają się w logiczną całość. Ofiarami padają alkoholizujący się kłusownik, przekupny komendant policji, demoniczny właściciel lisiej fermy i wpływowy biznesmen. Pozornie zbiór przypadkowych postaci. W rzeczywistości członkowie koła myśliwskiego, dla których dzikie zwierzę spełnia rolę ozdobnika na ścianie "wytapetowanej" kolejnymi trofeami. Polowanie nie ogranicza się tylko do rozrywki. Staje się zakorzenionym w lokalnej kulturze rytuałem, codzienną rutyną niewymagającą jakichkolwiek skrupułów czy głębszych wyjaśnień. Co jednak, gdy ofiara staje się drapieżnikiem? Czy niewytłumaczalne morderstwa to brutalna zemsta mieszkańców lasu?

Jakkolwiek absurdalnie to brzmi, w opinii Janiny Duszejko (Agnieszka Mandat) właśnie w tej śmiałej hipotezie tkwi sedno tajemniczych wydarzeń, które nękają niewielką miejscowość. Niegdyś uznana inżynierka, teraz emerytka dorabiającą w miejscowej szkole lekcjami angielskiego, ma wszelkie papiery na to, by wśród hermetycznej ludności uchodzić za lokalną wariatkę, wyszydzaną ekscentryczkę, która na uboczu w towarzystwie dwóch psów kontempluje piękno sudeckiej przyrody. Jej uporczywa, acz pozbawiona asekuracji i empatii walka z myśliwymi przeradza się w osobistą misję, przez co sama trafia w krąg podejrzanych, gdy trup zaczyna się gęsto kłaść. W jej wybujałą teorię o zwierzęcej wendecie zdają się wierzyć tylko młoda pracownica miejscowego lumpeksu (Patrycja Volny) i oderwany od ziemskich realiów policyjny informatyk (Jakub Gierszał).

Bazując w oparciu o powieść "Prowadź swój pług przez kości umarłych" autorstwa Olgi Tokarczuk (która jest również współautorką filmowego scenariusza) Holland zamaszyście kreśli swego rodzaju ekologiczny manifest. Reżyserka eksponuje wycinek rzeczywistości, w której zwierzę pełni marginalną, służalczą w stosunku do człowieka rolę. Dziki byt brutalnie wypierany jest przez bezmyślną ludzką ekspansję podszytą żądzą krwawej rozrywki i rosnącego w miarę zapotrzebowania konsumpcjonizmu. Co gorsza, prymitywne nawyki człowiek przenosi również w obszar międzyludzkich relacji, co dobitnie na ekranie uwypukla lekceważący stosunek komendanta policji do Duszejko, a przed wszystkim sposób, w jaki Wnętrzak (Borys Szyc) i Wolski (Andrzej Grabowski) odnoszą się do swoich partnerek.

W tym ideologicznym zapędzie brakuje jednak Holland wyważonego tempa i interpretacyjnej swobody. Widz od początku seansu bombardowany jest jednostronną retoryką. Nie ma potrzeby ani czasu na to, by samemu wyrobić sobie zdanie. "Pokot" co prawda zgrabnie podsuwa nam argumenty do szerszej (i bardzo potrzebnej dziś) dyskusji o zachowaniu balansu pomiędzy cywilizacyjną ekspansją a naturalną harmonią, jednak zaraz potem w naszym imieniu tę dyskusję samoistnie przeprowadza i wyciąga za nas wnioski. Reżyserka używa przy tym przeładowanych ekspresją środków. Histeryczne wręcz wywody Duszejko, choć początkowo skrzętnie grają na emocjach, to nieporadnie nagromadzone nużą i podważają wiarygodność przekonań głównej bohaterki. Przerysowane sceny z otulaniem ustrzelonego dzika przez ekolożkę czy nachalnie eksponowane kadry z uciekającą przed wystrzałami spłoszoną zwierzyną są zbyt sugestywne. Aż chciałoby się po kolejnym bliźniaczym kadrze wstać z fotela i krzyknąć w stronę ekranu: "Ok, Pani Holland, my już wiemy, o co chodzi, idźmy dalej!".

Dalej jest niestety nierówno i niekonsekwentnie, zwłaszcza pod kątem artystycznym. Niepodważalnym atutem "Pokotu" są fenomenalne zdjęcia Jolanty Dylewskiej i Rafała Paradowskiego, dzięki którym Kotlina Kłodzka nabiera baśniowej magii. W zimowych plenerach zachwyca surowością, a mroźne, leśne powietrze niemal wdziera nam się do płuc. Letnia sceneria, choć już nie tak efektowna, ujmuje malowniczym klimatem i przyrodniczą sielanką. Obraz znakomicie podbija hipnotycznie dudniąca ścieżka dźwiękowa Antoniego Łazarkiewicza. Pomimo pięknego tła, warstwa fabularna pęka co chwilę w szwach. Najrówniej tempo opowieści wybrzmiewa przy każdym z morderstw. Doskonale czuć dynamikę, a aura tajemniczości porywa nas z kinowego fotela. Dostajemy namiastkę znakomitego thrillera, po czym narracja wraca do ślamazarnego dreptania w kółko. Tempo akcji rozbijają multiplikujące się proekologiczne pogadanki, sporo bałaganu wnoszą mizernie skonstruowane postaci i wątki poboczne, a nawet, o zgrozo, pojawiają się infantylne elementy romansu. Nawet humorystyczne zabiegi, poza kilkoma udanymi próbami, nie do końca komponują się w całość. "Pokot" to rozedrgany gatunkowo twór, który gubi się pomiędzy natłokiem konwencji, z których żadna nie jest w stanie zdominować pozostałych.

Znakomity warsztat reżyserki podważają również, co najmniej dziwaczne, sceny zakrawające już momentami o kicz. Podstarzała nauczycielka zaciągająca kilkuletnie dzieci do mrocznego lasu w środku nocy po to, by pomogły jej w odnalezieniu zaginionych psów, z pewnością trafiłaby do wszystkich serwisów informacyjnych w kraju. Natomiast impreza w posiadłości Wnętrzaka przypominająca party u samego Hugh Hefnera to już totalna abstrakcja. Podobnie jak popisy pirotechniczne Wiktora Zborowskiego. Pomimo tego nawet, grana przez świetnego aktora postać Świętopełka Świerszczyńskiego należy do nielicznych udanych dalszoplanowych kreacji w "Pokocie". Zborowski razem z Agnieszką Mandat tworzy zgrany ekranowy duet, który znakomicie się uzupełnia i z przyjemnością ogląda ( choćby świetna scena balu przebierańców przy dźwiękach grupy Maanam). Ekranowa Duszejko wzbudza sporo sympatii, trudno jej także odmówić zapału w walce o własne ideały, choć przerysowaną ekspresją ociera się już o autoparodię. Podobnie jak nadpobudliwy policyjny informatyk Dyzio, który w kluczowej scenie kilkoma szybkimi kliknięciami w klawiaturę potrafi wyłączyć prąd w całym mieście. Łącznie z samochodami (sic!). Młody Gierszał karygodnie przeszarżował, obracając swoją postać w mimowolny żart.

"Pokot" szumnie reklamowany jako ideologicznie i politycznie nasycony ekothriller z feministycznymi zacięciem to film nieuporządkowany, niespełniony, niekompletny, duplikujący się miejscami, ale z pewnością warty szerszej dyskusji i posiadający kilka solidnych atutów. Ideologia jest mocno zaakcentowana, polityka skrzętnie zakamuflowana, feminizm dość umowny i wyrywkowy, antychrześcijański charakter to raczej spore nadużycie, a sam thriller występuje tylko miejscami. To przedrostek "eko" jest tu słowem-kluczem, które powoduje, że takiego filmu w Polsce jeszcze nie było, a Srebrny Niedźwiedź na Berlinale za otwieranie nowych perspektyw pokazuje, że również w Europie zapotrzebowanie na takie kino jest duże. Od problemu rosnącej dysproporcji między ekologią a ekonomią nie można bowiem uciekać w nieskończoność, również w kinie. "Pokot" pod tym względem przeciera szlaki, choć zostawiane ślady są jeszcze dość niewyraźne.

OCENA: 6/10