Droga wojowniczki. Recenzja filmu "Mulan"

11 września 2020, 20:00
Tomasz Zacharczuk

Disney konsekwentnie stawia na kino aktorskie w oparciu o kultowe już bajki, lecz w tym czysto komercyjnym zamyśle nareszcie widać zalążek artystycznej wizji, z którego mogą wykiełkować ambitne i zupełnie autonomiczne projekty. "Mulan" do takich jeszcze się nie zalicza, choć niewątpliwie jest to krok w dobrym kierunku. W filmie Niki Caro znacznie więcej znajdziemy odniesień do starej chińskiej legendy niż popularnej animacji z 1998 roku. Przede wszystkim to olśniewająca wizualnie opowieść o burzeniu konwenansów i życiu w zgodzie z własnym sumieniem.



Opowieść o przebojowej dziewczynie, która w tajemnicy przed ojcem zaciąga się do chińskiej armii, by stawić czoła najeźdźcom z północy ponad 20 lat temu urzekła najmłodsze pokolenie kinomanów. Czy równie oczarowani poczują się mali widzowie aktorskiej wersji disneyowskiego przeboju? Z tym może być spory problem, bo nowa "Mulan" to kino znacznie dojrzalsze, bardziej stonowane, przypominające długimi fragmentami historyczne widowisko niż wdzięczną baśń. Fani animowanego oryginału mogą więc poczuć pewien niedosyt.

Należy jednak pamiętać, że "Mulan" z 1998 roku, podobnie jak jej aktorska wersja, która właśnie wchodzi na ekrany kin, w dużej mierze bazuje na chińskiej legendzie z czasów dynastii Song. I właśnie tropem "Ballady o Mulan" postanowili podążać twórcy najnowszej produkcji spod znaku wytwórni Myszki Miki. Dość śmiałe przedsięwzięcie, biorąc pod uwagę fakt, że w odświeżonym "Aladynie", a zwłaszcza w nowym "Królu Lwie", mieliśmy do czynienia z fabularną kalką animowanych pierwowzorów. W "Mulan" tymczasem nie tylko zinterpretowano główną historię na nowo, lecz także podziękowano niektórym postaciom (smok Mushu) i zrezygnowano z musicalowej konwencji.

Sprawdź gdzie grają film Mulan

Ryzykowne zabiegi częściowo się opłaciły. Reżyserka Niki Caro mocno urealniła znaną już opowieść, dzięki czemu z filmem identyfikować się może także nieco starszy widz. Z wyjątkiem jednej z postaci, niemal całkowicie pozbyto się elementów magicznych, a filmowa narracja przede wszystkim miała skupiać się na głównej bohaterce - charakternej dziewczynie, która ma dość tego, że każdy za nią podejmuje decyzję. Niespodziewanie jednak zrobiło się bardzo poważnie, bo rezygnacja z lekkiej, dowcipnej i przaśnej formuły dodała "Mulan" gatunkowych kilogramów.

Historia głównej bohaterki jest na tyle sprawnie poprowadzona, że raczej nie ma większego problemu ze śledzeniem jej karkołomnych nieraz popisów - zarówno na polu walki, jak i na wojskowym poligonie, gdzie za pomocą przeróżnych forteli próbuje ukryć swoją płeć przed niczego niepodejrzewającymi towarzyszami broni. I choć sceny akcji cechuje niezłe tempo, olśniewające panoramy chińskich plenerów wywołują tęsknotę za podróżami, a efekty specjalne nie pozostawiają wiele do życzenia, to ewidentnie "Mulan" brakuje humoru i elementu dziecięcej rozrywki.

Dorosłym widzom (szczególnie tym, którzy jako kilkulatkowie oglądali z zapartych tchem animację) zapewne to nie będzie przeszkadzać. Najmłodsi widzowie mogą jednak długimi fragmentami przebierać nogami z nudy. W "Aladynie" wabikiem był rezolutny i zabawny Dżin, w "Jumbo" przesympatyczny słonik, w "Królu Lwie" magicznie wręcz wykreowane na ekranie zwierzęta. Takiego elementu brakuje natomiast "Mulan". Zbyt nachalnie nieraz eksponowany feniks takiej roli na pewno nie spełnia. Opowieść wydaje się być sprofilowana bardziej pod nastoletnią widownię, która samodzielnie wyłowi płynące z ekranu wartości, a jednocześnie nie pogardzi rozrywkową konwencją samego filmu.

Nową "Mulan" górnolotnie można byłoby określić disneyowskim manifestem feminizmu, lecz to zbyt sztampowe słowa. To bardziej filmowy poemat niż manifest, a feministyczne mogą być tu wartości, nie ideologia. Zresztą film Niki Caro można (a może nawet należy) potraktować bardziej uniwersalnie. Jako opowieść o konsekwentnym realizowaniu marzeń, łamaniu stereotypów, samodzielnym wybieraniu życiowej drogi i realizowaniu siebie. Mulan nie pragnie jednak egoistycznie podążać własną ścieżką z powodu własnego widzimisię, bo do największych poświęceń napędza ją miłość do rodziny. Zakłada szaty wojownika i sięga po miecz, bo pragnie pielęgnować honor schorowanego ojca, który sam nie może już spełnić obowiązku wobec ojczyzny.

Wyeksponowaniu tych wszystkich wartości sprzyja z pewnością sprawnie napisany scenariusz, któremu co prawda brakuje momentami oryginalności i przełamania schematu, ale jednocześnie porządkuje opowieść w czytelny i zrozumiały sposób. Świetnie natomiast papierowe założenia na ekranie w życie wcielają aktorzy. Ze znakomitą Yifei Liu na czele. Odtwórczyni tytułowej roli kapitalnie łączy w sobie dziewczęcą grację z kobiecą walecznością. Dzięki czemu prezentuje się tak samo dobrze zarówno w bitewnych, jak i bardziej statycznych scenach.

Otoczona jest zresztą świetnym aktorskim zespołem. Na dalszym planie w roli ojca Mulan błyszczy Tzi Ma, a postać grana przez Li Gong pokazuje tę drugą drogę, którą teoretycznie mogła podążyć główna bohaterka. Z pewnością lepiej można było rozwinąć czarny charakter, w którego wciela się Jason Scott Lee. Angaż Jeta Li do roli cesarza można z kolei potraktować jako sympatyczny ozdobnik, szczególnie dla widzów zaznajomionych z dotychczasową filmografią aktora znanego przede wszystkim z kaskaderskiego kina akcji.

"Mulan", pomimo wyraźnego rozstroju pomiędzy oryginałem a kopią oraz wielu niedopracowanych elementów, potrafi oczarować. Przede wszystkim charyzmą tytułowej bohaterki i niesamowitą paletą barw, które sprawiają, że film po prostu się chłonie. Nadal jednak trzeba brać poprawkę na disneyowską, zmanierowaną nieco wizję filmowego świata oraz sporą liczbę uproszczeń. Wydaje się jednak, że producenci w końcu zrozumieli, że nie wystarczy jedynie kopiować animowanych schematów, a rysunkowych postaci zastępować aktorami, by mamić w ten sposób widza rzekomo nową jakością. To daje nadzieję na to, że kolejne aktorskie filmy mogą być bardziej niezależne i odrębne od tego, co już przecież znamy.

"Mulan" jest jak wizyta w sklepie z chińskimi bibelotami. Każdy znajdzie coś dla siebie, choć przecież doskonale wiemy, że te drobiazgi nie pozostaną z nami zbyt długo. Podobnie jak pamięć o aktorskiej "Mulan", która animowanej legendy nie przebije, ale niejednemu widzowi umili z pewnością wizytę w kinie.

OCENA: 7/10