Jazda bez hamulców. Recenzja filmu "Legion samobójców"

7 sierpnia 2021, 17:00
Tomasz Zacharczuk

Straceńcze misje są specjalnością bohaterów nowego "Legionu samobójców", którzy ryzyko mają wkalkulowane w sposób działania, a balansowanie pomiędzy życiem a śmiercią traktują jak spacer w kaloszach po linie. Za straceńczą misję można także uznać wyprawę na film Jamesa Gunna, jeśli potraktujemy jego najnowszą produkcję w kategoriach rozkosznego i zabawnego widowiska o superbohaterach. Tymczasem "The Suicide Squad" to bardzo niegrzeczna, naładowana sprośnym humorem i efekciarską brutalnością ekranowa rozróba superzłoczyńców ocierająca się momentami zarówno o filmowy kicz, jak i pozytywne artystyczne szaleństwo.



Reinkarnacji "Legionu samobójców" po nieudanej produkcji z 2016 roku podjął się James Gunn, czyli człowiek z odpowiednimi "papierami" na tworzenie superbohaterskiego kina według własnych standardów. Reżyserską brawurę, narracyjną swobodę, niesamowite wyczucie postaci w świetnym stylu zaprezentował w "Strażnikach Galaktyki". Zmiana klubowych barw i transfer z Marvela do DC zaprocentował jeszcze większą niezależnością. Pozbawiony właściwie jakichkolwiek ograniczeń Gunn sprezentował więc światu jeden z najbardziej pokręconych, krwistych i absurdalnych filmów o superbohaterach.

Deadpool spotyka ekipę The Boys



Producenci z DC rychło w czas doszli do wniosku, że nieudolne kopiowanie Marvela i próba dogodzenia widzowi w każdym wieku to już raczej mocno wydeptana i prowadząca donikąd ścieżka, którą na dodatek fani komiksowych adaptacji podążali do tej pory bez wyraźnego entuzjazmu. Wystarczy spojrzeć na ostatnie "dokonania" "Wonder Woman 1984". O tym, że warto w tym biznesie ryzykować i naginać schematy szefów Warner Bros. przekonał "Joker". Dlatego nowy "Legion" jest rozpędzoną maszyną, w której zdemontowano hamulce i podkręcono moc silnika. Bluzgi fruwają po ekranie równie często jak kule, krew leje się strumieniami, trup ściele się gęsto, a nad wszystkim unosi się wisielczy i niecenzuralny humor. Zawyżenie kategorii wiekowej nie było tylko marketingowym sloganem.

Skazani na długoletnie wyroki przestępcy muszą ruszyć w niebezpieczną misję, by obalić wrogi dla amerykańskiego rządu reżim na egzotycznej wyspie. Stawką jest także wolność dla każdego ze złoczyńców. Więcej zdjęć (3)

Skazani na długoletnie wyroki przestępcy muszą ruszyć w niebezpieczną misję, by obalić wrogi dla amerykańskiego rządu reżim na egzotycznej wyspie. Stawką jest także wolność dla każdego ze złoczyńców.

mat. prasowe/ Warner Bros.

Skazani na długoletnie wyroki przestępcy muszą ruszyć w niebezpieczną misję, by obalić wrogi dla amerykańskiego rządu reżim na egzotycznej wyspie. Stawką jest także wolność dla każdego ze złoczyńców.

mat. prasowe/ Warner Bros.

Oczywiście James Gunn swoim autorskim "Legionem" nie pisze nowego rozdziału w historii kina, niespecjalnie też rewolucjonizuje sam gatunek superbohaterskich produkcji. "The Suicide Squad" to sprytnie zaprojektowany kolaż różnych tytułów nastawionych na ogólnie pojętą rozrywkę. Gunn, podobnie jak w "Strażnikach Galaktyki", mozolnie, ale bardzo konsekwentnie opowiada o grupce zupełnie odmiennych od siebie osobowości, które finalnie tworzą coś na wzór patchworkowej rodziny. Sarkazm poszczególnych postaci, naginający czasami granicę dobrego smaku humor i widowiskowe egzekucje zaczerpnięto z kolei z "Deadpoola". Czuć również wpływy serialu "The Boys". Bazą nadal jest natomiast film Davida Ayera z 2016 roku.

Akcja gna na złamanie karku i schematów



Obie produkcje łączą postaci Harley Quinn (Margot Robbie), Ricka Flaga (Joel Kinnaman) i Amandy Waller (Viola Davis), która osadzonych za ciężkie zbrodnie kryminalistów werbuje do grupy mającej za cel likwidację tajnego laboratorium na wyspie Corto Maltese. Zmiana tamtejszych władz jest nie na rękę amerykańskim decydentom, dlatego po cichu trzeba obalić nieprzyjazny rząd, a przede wszystkim zadbać o to, by tajna broń wyspiarzy nie została wykorzystana przez wojskowych. Do Quinn i Flaga dołącza barwna eskadra złoczyńców, dziwaków, psychopatycznych degeneratów i desperatów, którzy w zamian za służbę mogą otrzymać wolność. Pod warunkiem, że nie zdezerterują. Wówczas jednak w ich głowie uruchomi się zapalnik, a każda niesubordynacja skutkować będzie efektowną eksplozją.

Fabuła, nawet na papierze, wydaje się czerstwa i pretensjonalna. W dodatku często jest poszatkowana pobocznymi wątkami i dygresjami, które co prawda podrzucają nam sporo informacji na temat poszczególnych bohaterów, ale niekiedy wybijają z rytmu i niepotrzebnie rozwlekają akcję. Zabiegi z zamianą chronologii niektórych wydarzeń też raczej nie zdają egzaminu i wprowadzają sporo chaosu, szczególnie na początku filmu. W tego typu produkcjach to jednak nie scenariusz zazwyczaj świadczy o jakości i dobrej zabawie. W nowym "Legionie" do największych atutów należą świetnie napisane i zagrane postaci oraz szalone tempo akcji wybijane w rytm chwytliwych rockowych kawałków.

Harley Quinn w wykonaniu Margot Robbie to ponownie najjaśniejszy punkt "Legionu", ale tym razem królową zbrodni otacza całkiem sporo grono intrygujących postaci. Tego zabrakło w 2016 roku. Więcej zdjęć (3)

Harley Quinn w wykonaniu Margot Robbie to ponownie najjaśniejszy punkt "Legionu", ale tym razem królową zbrodni otacza całkiem sporo grono intrygujących postaci. Tego zabrakło w 2016 roku.

mat. prasowe/ Warner Bros.

Harley Quinn w wykonaniu Margot Robbie to ponownie najjaśniejszy punkt "Legionu", ale tym razem królową zbrodni otacza całkiem sporo grono intrygujących postaci. Tego zabrakło w 2016 roku.

mat. prasowe/ Warner Bros.

W centrum wydarzeń twórcy filmu wrzucają widza już w początkowych scenach i od razu wysyłają jasny komunikat: będzie brutalnie, widowiskowo i z rozmachem. Tych trzech zasad James Gunn konsekwentnie trzyma się przez cały ponaddwugodzinny seans. Wyczulona wrażliwość raczej nie pomoże przetrawić nam widoku pałaszującego swoich wrogów człowieka-rekina, fruwających po ekranie fragmentów ciał i odcinanych głów czy podziurawionych bohaterów, którzy nawet zdekompletowani potrafią jeszcze nacisnąć spust. Można się zaskoczyć, jak bardzo skrzywione i pełnokrwiste pomysły inscenizacyjne siedziały w głowie twórcy "Strażników Galaktyki".

Harley Quinn już nie tańczy sama



"The Suicide Squad", choć dość często łapie zadyszkę, momenty słabości nadrabia wyrazistymi postaciami na czele z przebojową i wyemancypowaną Harley Quinn. Wiele elementów fabuły obudowano wokół tej właśnie bohaterki, a sceny z jej udziałem - podobnie jak miało to miejsce pięć lat temu - nadal należą do najlepszych w filmie. Bardziej na luzie i w konsekwencji o wiele lepiej niż u Ayera wygląda Joel Kinnaman jako Rick Flag. Idris Elba natomiast i jego Bloodsport to po prostu nieco zmodyfikowana i bardziej przystępna wersja Deadshota Willa Smitha. Nareszcie szersze pole do popisu, szczególnie komediowego, ma John Cena. Peacemaker to jedna z lepszych postaci "Legionu". Podobnie jak przemawiający głosem Sylvestra Stallone'a King Shark.

W "samobójczą" ekipę nieźle wpleciono też postaci Ratcatcher II oraz Polka-Dot Mana (świetnii Daniela Melchior oraz David Dastmalchian), pojawiają się również złoczyńcy znani z poprzedniej odsłony "Legionu" na czele z Boomerangiem (Jai Courtney). Cały zespół rozrasta się do kilkunastu osób, ale trzeba nastawić się na to, że z niektórymi przyjdzie nam się pożegnać dość szybko. A propos pożegnania właśnie. Finał, choć dynamiczny i trzymający w napięciu, wygląda jak jeden z odcinków serialu "Power Rangers". Poziom ekranowej abstrakcji także jest zbliżony do słynnego klasyka lat 90. w Polsce. Czy jest to minus? Chyba niekoniecznie, bo jedno trzeba przyznać filmowcom - nie poddali się rutynie i poszli na całość.

Nowy "The Suicide Squad" to pełna absurdalnego humoru i krwawej akcji ekranowa rozwałka na pełnych obrotach. Tylko dla widzów o mocnych nerwach i zapotrzebowaniu na kino superbohaterskie bez cenzury. Więcej zdjęć (3)

Nowy "The Suicide Squad" to pełna absurdalnego humoru i krwawej akcji ekranowa rozwałka na pełnych obrotach. Tylko dla widzów o mocnych nerwach i zapotrzebowaniu na kino superbohaterskie bez cenzury.

mat. prasowe/ Warner Bros.

Nowy "The Suicide Squad" to pełna absurdalnego humoru i krwawej akcji ekranowa rozwałka na pełnych obrotach. Tylko dla widzów o mocnych nerwach i zapotrzebowaniu na kino superbohaterskie bez cenzury.

mat. prasowe/ Warner Bros.

"Legion samobójców" wygląda dokładnie tak, jak powinien był wyglądać film Davida Ayera sprzed pięciu lat. DC słusznie wyszło z założenia, że każdego nie da się w pełni zadowolić, warto więc skoncentrować się na konkretnej grupie widzów, którzy w kinie superbohaterskim dość mają lukru i posypki. Nowy "The Suicide Squad" to kawał soczystego mięcha, które można było jednak ciut lepiej doprawić i podać na szerszym talerzu. Smakuje, ale niektórym może odbić się czkawką, dlatego lepiej dokładnie sprawdzić skład produktów.

OCENA: 7,5/10

Opinie wybrane


wszystkie opinie (36)

alert Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.