stat

Magia Disneya jeszcze działa. Recenzja filmu "Aladyn"

25 maja 2019, 14:00
Tomasz Zacharczuk

Najnowszy artukuł na ten temat

Chucky znów rozrabia. Recenzja filmu "Laleczka"

Aktorska wersja popularnej na początku lat 90. animacji mieni się tysiącami żywych barw, pachnie egzotycznym Orientem, kołysze w rytmie nienagannie wyśpiewywanych utworów i wprost urzeka roznoszącą się wokół disneyowską magią. Najmłodszym to w zupełności wystarczy, by ochoczo wskoczyć na latający dywan u boku Aladyna. Starsi widzowie, szczególnie pamiętający animowany oryginał, w tej na nowo spisanej przez Guya Ritchiego baśni z pewnością zauważą brak kilku kluczowych kartek.



Brytyjski reżyser, który ostatnimi czasy specjalizuje się w odświeżaniu znanych opowieści ("Król Artur", "Sherlock Holmes"), tym razem z zakamarków disneyowskiej wytwórni wygrzebał nieco przykurzoną już lampę. Wydobywającymi się z jej wnętrza dżinami okazali się w tym przypadku hollywoodzcy producenci, którzy bez wahania spełnili każde z życzeń Ritchiego. Dostając do dyspozycji sztab najlepszych speców od efektów specjalnych, kostiumów, charakteryzacji i scenografii, doświadczony filmowiec wyczarował więc świat dokładnie taki, jaki znamy z animowanego "Aladyna" czy "Baśni tysiąca i jednej nocy". I to właśnie w magii obrazu tkwi największa zaleta najnowszego aktorskiego projektu Disneya.

Aladyn w kinach: kiedy i gdzie grają


A trzeba przyznać, że każdy nasączony mnóstwem kolorów i obowiązkowo podrasowany w komputerze kadr można oprawić w ramki i powiesić na ścianie jako pamiątkę z orientalnej wycieczki. Niesamowite bogactwo barw widać w szczegółowo zaprojektowanej scenografii i olśniewających kostiumach, które w pełni możemy podziwiać dzięki musicalowej konwencji filmu. W "Aladynie" zresztą śpiew i taniec są ważną, integralną częścią fabuły, a przyczyniają się do tego znakomita choreografia oraz zróżnicowane pod względem tempa i nastroju kompozycje. Doskonale widać więc wpływy bollywoodzkiego kina, przy zachowaniu typowo hollywoodzkich standardów.

Do tych, i nie należy już zapisać tego po stronie plusów, można zaliczyć także sposób konstruowana fabuły. Wydaje się ona bowiem zbyt tendencyjna, ogólnikowa, pozbawiona świeżości i przede wszystkim elementu zaskoczenia. Aktorski "Aladyn" właściwie ogranicza się do baśniowego love story, w którym uliczny złodziejaszek wszelkimi sposobami próbuje zdobyć serce ślicznej księżniczki. Gdy chłopakowi wpada w ręce magiczna lampa z uwięzionym wewnątrz wszechmocnym Dżinem, tytułowy bohater funduje sobie życie, o jakim mógł jedynie pomarzyć. Konsekwencji beztroskich działań nie da się jednak uniknąć, a co gorsza, dotkną one nie tylko Aladyna, lecz również jego bliskich.

Znając kreatywność Guya Ritchiego, należało wręcz spodziewać się o wiele bardziej wyrazistej ingerencji w doskonale przecież już znaną opowieść. Nikt może nie oczekiwał aż takiej brawury, z jaką Brytyjczyk podszedł choćby do postaci Sherlocka Holmesa, ale świat arabskich baśni pozostawiał wiele otwartych do interpretacji furtek. Ritchie tym razem wybrał jednak wydeptaną już ścieżkę. Efekt jest taki, że dwugodzinne widowisko najmłodszego widza fabularnie na pewno nie zmęczy, ale dorosłemu nie zapewni już zbyt wielu trwale zapadających w pamięć wrażeń. Pozostaje więc głównie podziwianie wcześniej wspomnianych walorów technicznych.

Filmowi ewidentnie momentami brakuje przebojowości i nieco zakręconego humoru, z których słynęła animowana seria. Dynamiczny styl narracji Guya Ritchiego, polegający na szybkim montażu nieszablonowych często ujęć, oczywiście sprawdza się wyśmienicie i narzuca sprawne tempo całej opowieści. Poza efektownymi pościgami z pierwszej części filmu trudno jednak w aktorskim "Aladynie" doszukać się wystarczającej przygodowej akcji. Szczególnie w końcówce, w której bohaterowie nieśpiesznie już truchtają lub przestępują z nogi na nogę. To zupełnie nie w stylu twórcy "Przekrętu" czy "U.N.C.L.E.".

Typowego dla brytyjskiego reżysera humoru również w "Aladynie" za bardzo nie odczujemy. Sporo gagów i żartów wydaje się być albo przestrzelonych, albo zainscenizowanych tylko pod gusta najmłodszego widza. Warstwę komediową pod animowany oryginał podkładał oczywiście Dżin. Jak więc w aktorskiej wersji wypada postać grana przez Willa Smitha? Wbrew obawom - poprawnie, chwilami naprawdę nieźle, wizualnie bez zarzutów, ale ciężko oprzeć się wrażeniu, że za chęciami samego aktora nie nadążyli zbytnio scenarzyści. Dżin na pewno nie pokazuje pełnej gamy możliwości, a w kluczowym momencie postać ta wydaje się nawet zmarginalizowana.

Pojawia się jeszcze jeden istotny z punktu widzenia polskiego widza aspekt. Ciężko patrzy się na Dżina, nie słysząc charakterystycznego głosu Krzysztofa Tyńca. A śmiem twierdzić, że była to właśnie jedna z najlepiej zdubbingowanych w naszym kraju animowanych postaci Disneya. Obawy o polskojęzyczną wersję kroczącego już powoli do kin "Króla Lwa" wydają się być teraz nieco większe, choć ogólny poziom dubbingu w "Aladynie" jest naprawdę solidny, szczególnie dotyczy to postaci tytułowego bohatera i Dżasminy (również aktorskie wcielenia Meny Massouda i Naomi Scott można śmiało zapisać po stronie plusów filmu).

Czy aktorska wersja dorównuje animowanemu oryginałowi? Sądzę, że nie. Zbyt mało w aktorskim "Aladynie" Dżina i jego poczucia humoru, a to stanowiło przede wszystkim o sukcesie disneyowskiej baśni wykreowanej na arabskim gruncie. Nowej wersji przygód posiadacza magicznej lampy nie należy jednak całkowicie przekreślać. Młodszej widowni, która być może w ogóle nie kojarzy Aladyna, premierowa wizyta w tym zjawiskowo zainscenizowanym świecie na pewno się spodoba i być może sprowokuje chęć sięgnięcia po kasetę wideo z animowaną wersją, którą zapewne niejeden rodzic posiada jeszcze choćby z sentymentu. A to już wystarczający powód, by przyklasnąć kolejnej aktorskiej próbie przeniesienia na wielki ekran bajkowych historii, które nie chcą się jeszcze zestarzeć. I oby tak zostało.

OCENA: 6/10