stat

Morderca z sąsiedztwa. Recenzja filmu "Podły, okrutny, zły"

10 maja 2019, 18:00
Tomasz Zacharczuk

Pozory czasami mogą mylić, a cenę za pomyłkę można nieraz zapłacić najwyższą. O tym przekonuje w swoim filmie Joe Berlinger, który dość nieszablonowo podszedł do krwawej historii seryjnego mordercy, Teda Bundy'ego. Wyszedł z tego interesujący psychologiczny portret zbrodniarza, w którego winę nie od razu każdy chciał uwierzyć. Podobnie jak w to, że Zac Efron może kiedyś zagrać rolę życia w poważnym filmie.



Elegancko ubrany, elokwentny i wykształcony student prawa z aparycją filmowego amanta, nienaganną opalenizną i burzą czarnych loków, pewnym krokiem i z łobuzerskim uśmiechem na ustach wchodzi na salę sądową. Zuchwałym wzrokiem i z podniesioną głową spogląda w telewizyjną kamerę. Sprawia wrażenie wschodzącej właśnie gwiazdy amerykańskiej palestry, która za chwilę płomienną mową szturmem zdobędzie ławę przysięgłych i heroicznym monologiem wybroni swojego klienta. Rzeczywiście jest obrońcą, lecz samego siebie. Nazywa się Ted Bundy i za chwilę usłyszy wyrok kary śmierci: krzesło elektryczne za brutalne morderstwa.

Najsłynniejszy seryjny morderca Ameryki doskonale wiedział, jak zrobić wrażenie, zwłaszcza na płci pięknej. Świetnie opanował metody perswazji, w mediach okrzyknięto go celebrytą, a merytorycznym przygotowaniem podczas rozpraw imponował nawet sędziemu. Na początku lat 80. nie był już jednak w stanie wymanewrować przysięgłych i milionów Amerykanów przed telewizorami. Kilka lat wcześniej porywał, gwałcił i w bestialski sposób zabijał młode kobiety i nikt wówczas nie zwrócił na niego uwagi. Był po prostu sympatycznym gościem z sąsiedztwa.

I właśnie ten paradoks znakomicie wręcz w swoim filmie uchwycił Joe Berlinger, który o najokrutniejszym z morderców opowiada właściwie bez epatowania przemocą i rozlewu krwi. "Podły, okrutny, zły" nie jest bowiem zapisem odrażających zbrodni, a psychologicznym portretem mężczyzny, który społeczną pozycją, wyglądem zewnętrznym i szarmanckim sposobem bycia nijak pasował do profilu zabójcy. Jednocześnie film jest próbą naszkicowania na ekranie olbrzymiego dramatu jego partnerki, która sypialniane łóżko i stół w jadalni dzieliła przez lata z ludzką bestią. Ba, pozwalała mu przecież nawet na opiekę nad jej córką. Na filmowego Teda (Zac Efron) spoglądamy więc z perspektywy zakochanej w nim kobiety i milionów widzów, którzy śledząc w telewizji historyczny proces do końca nie byli przekonani, że przed obliczem sądu stoi właściwa osoba.

O drastycznych mordach Bundy'ego słyszymy z relacji przesłuchiwanych w sądzie biegłych i policjantów. Berlinger celowo żadnej zbrodni nie pokazuje wprost. I nie chodzi bynajmniej o uczłowieczenie głównego bohatera. Zresztą w jakiekolwiek tego typu próby i tak nie uwierzyłby żaden widz posiadający choć odrobinę inteligencji i ludzkiej empatii. Berlingerowi nie zależy również na tym, aby z głównego bohatera ulepić przestępczego celebrytę, choćby na wzór bezwzględnych, ale honorowych mafiosów czy dobrodusznych bankowych rabusiów. Nie chodzi absolutnie o to, by Bundy'ego polubić czy nawet zrozumieć. Chodzi o to, by cały czas spoglądać na niego tak, jak czyniła to opinia publiczna i jego najbliżsi, zanim światło dzienne ujrzały jego bestialskie akty barbarzyństwa.

Stąd też nie powinno dziwić, gdy największy seryjny morderca USA w ciele Zaca Efrona flirtuje z kobietami, sypie dowcipami, wymyka się raz po raz stróżom prawa i urządza groteskowy wręcz proces w świetle telewizyjnych kamer. Gdy te na pozór bagatelne zagrywki ubierzemy w kontekst, który przecież większość widzów zapewne doskonale zna, dopiero wtedy ujrzymy diaboliczne oblicze cynicznego zbrodniarza. Berlingerowi świetnie udało się pokazać demonizm Bundy'ego bez drobiazgowego dokumentowania jego morderczej "kariery". Niejednoznaczne podejście reżysera do historii Teda, dalekie przecież od klasycznej filmowej biografii, nie każdemu się spodoba, ale widzom, którzy lubią się intelektualnie wysilić sprawi to zapewne większą frajdę niż oglądanie krwawej jatki, którą fundował ofiarom prawdziwy Ted Bundy.

Ten ekranowy natomiast stanowi aktorski majstersztyk artysty, który z poważnym, dramatycznym kinem miał do tej pory niezbyt wiele wspólnego. Role w błahych, delikatnie mówiąc, komediach i romansach Zacowi Efronowi przychodziły bez większego wysiłku. Hollywoodzka aparycja i nienaganna muskulatura dość szybko zapędziły go w konkretny rejon kina. Zresztą sam aktor specjalnie się temu nie sprzeciwiał. Rolą w "Podłym, okrutnym, złym" zdał aktorską maturę z wynikiem co najmniej bardzo dobrym. Stał się Tedem Bundym, nie tylko z racji fizycznego podobieństwa, otwierając sobie tym samym drogę do ambitniejszych projektów, z których - przy odrobinie zaufania reżysera i ze wsparciem sprawnego scenarzysty - może wycisnąć znacznie więcej niż na ławeczce w siłowni.

Partnerująca Efronowi Lily Collins w roli ukochanej Teda, Elisabeth, wypada co najmniej poprawnie, choć przez większą część filmu gra zbyt monotonnie, czasami nawet nadto ekspresyjnie. Postać kobiety, która dowiadując się coraz to nowszych faktów o wybranku serca, popada w skrajną ludzką ruinę nie należy do najłatwiejszych i z tym ciężarem Collins nie zawsze sobie radzi. Ostatnią sceną, która stanowi zresztą klamrę z otwierającą sekwencją spotkania Teda i Elizabeth, nadrabia uchybienia z nawiązką. Pierwszy raz to ona podczas elektryzującej konwersacji przejmuje inicjatywę, a Efron, co zdarza się w filmie rzadko, zostaje zapędzony na drugi plan. Warto też wspomnieć o znakomitym epizodzie Johna Malkovicha, a i fani zespołu Metallica znajdą w "Podłym ..." aktorską ciekawostkę.

Metalliki co prawda na ścieżce dźwiękowej nie usłyszmy, ale muzyka znakomicie komponuje się z kadrami, uzupełnia warstwę wizualną i wybija rytm ekranowym wydarzeniom. Na uwagę zasługują także charakteryzacja i scenografia, świetnie oddające klimat lat 70. W spójną, przemyślaną całość zamyka się scenariusz, który przy odrobinie sprawniejszej reżyserii mógłby gwarantować film jeszcze o klasę lepszy. Berlinger czasami zbyt mocno bowiem zachowuje się jak dokumentalista chcący zasypać widza jak największą liczbą kadrów i informacji. "Podłemu ..." brakuje nieco wyrafinowania, płynności, artystycznego posmaku. Potrafi jednak trzymać w napięciu i hipnotyzować, co wydaje się być odpowiednią rekompensatą.

"Podły, okrutny, zły" stanowi ciekawy prolog do czteroodcinkowego serialu Netflixa, zresztą również wyreżyserowanego przez Berlingera. To tam w pełnej okazałości widzimy Bundy'ego-psychopatę, dewianta, mordercę, poznajemy szczegóły jego zbrodni i przestępczą ścieżkę. Okrutne, bądź co bądź, fakty przyswajamy jednak po latach, mając już choć szczątkową wiedzę o najsłynniejszym seryjnym mordercy. Na przełomie lat 70. i 80. opinia publiczna wpatrywała się ze zdziwieniem w Bundy'ego i czekała aż wyjdzie z niego demon. Właśnie tego demona podczas seansu "Podłego ..." sami możemy poszukać i to chyba największa zaleta tego filmu.

OCENA: 7/10