stat

Na podciętych skrzydłach. Recenzja filmu "X-Men: Mroczna Phoenix"

8 czerwca 2019, 8:40
Tomasz Zacharczuk

Nawet wyposażonym w nieludzkie umiejętności mutantom mogłoby zabraknąć mocy, by udźwignąć "Mroczną Phoenix" spod sterty zardzewiałych już schematów, ociężałej akcji i wybrakowanej fabuły. Z odsieczą podczas seansu niestety nikt nie przybędzie, a uczucia znużenia nie wyprze całkowicie nawet sentymentalny ton pożegnań. Zapoczątkowana przed 19 laty seria X-Men bowiem dobiega końca w dotychczasowej formule i koniecznie potrzebuje tego, by odrodzić się na nowo z popiołów niczym tytułowy feniks.



Blisko dwie dekady, które filmowi X-Meni spędzili pod opieką producentów z 20th Century Fox, stanowiły dość burzliwy okres okraszony zarówno spektakularnymi sukcesami ("Pierwsza klasa", "Logan"), jak i przygnębiającymi porażkami ("Ostatni bastion", "Wolverine: Geneza"). Komiksowi mutanci podróżowali w czasie i przestrzeni, przechodzili reorganizację i niezliczone przegrupowania, zaliczyli dziesiątki misji, ponosili niepowetowane straty. Po prawie 20 latach cała seria przypomina toczącego już ostatni pojedynek i odchodzącego na sportową emeryturę boksera - pokiereszowanego, umęczonego i wyraźnie już znudzonego czempiona, którego co prawda nikt z ringu nie zbiera na noszach, ale któremu przyda się już pomoc, by doczłapać się do szatni.

Moment na zmianę warty i przekazanie franczyzy w ręce Disneya wydaje się już na tyle adekwatny, że po samych aktorach widać ewidentne zmęczenie postaciami, w które wcielają się przecież od lat. Rozglądający się obojętnym wzrokiem po ekranie Michael Fassbender i silący się na sztuczne grymasy James McAvoy ilustrują to w "Mrocznej Phoenix" aż nazbyt przekonująco. Wybitni w swoim fachu artyści zwyczajnie męczą się, próbując bezskutecznie wzbudzić w sobie dawną ekscytację rolami Magneta i Profesora Xaviera. Nie mając oparcia w choćby porządnym scenariuszu, Fassbender i McAvoy postawą na planie idealnie oddają kondycję całej serii X-Men, która już w "Apocalypse" zaczęła łapać solidną zadyszkę.

Weteranów komiksowego uniwersum w filmie Simona Kinberga wyręczyć miała Jean Grey - obdarzona telekinetycznymi zdolnościami i umiejętnością zaglądania w umysły mutantka, której moce zostają spotęgowane w wyniku przypadkowego napromieniowania tajemniczą, kosmiczną energią. Wypadek podczas jednej z misji nie tylko pobudza mroczną część osobowości dziewczyny, ale jednocześnie ściąga na Ziemię agresywnych najeźdźców, którzy chcą wykorzystać Jean i jej nowe supermoce do unicestwienia planety.

Problem w tym, że wcielająca się w Grey Sophie Turner aktorsko nie dorasta nawet do pięt Fassbendera i McAvoya. I nie jest to bynajmniej złośliwość pod adresem gwiazdy "Gry o Tron", a zwyczajne stwierdzenie faktu. Jedna serialowa rola nijak ma się do osiągnięć obu panów. Aktorce wielką krzywdę wyrządza jednak przede wszystkim autor scenariusza, który ani jej postaci należycie widzowi nie przybliżył w poprzedniej części, ani tym razem nie pozwolił poznać jej na tyle dobrze, by wzbudzić choć odrobinę empatii. Efekt? Filmowej Jean brakuje jakiejkolwiek charyzmy, a nieopierzonej Turner pozostaje biegać po planie z jedną zafrasowaną miną i paroma płaczliwymi kwestiami. Trzeba wykazać się ponadprzeciętną naiwnością, by uwierzyć, że postać zagubionej i podatnej na manipulacje nastolatki można ograć na ekranie za pomocą tak ubogiego arsenału środków.

Grzechów na koncie scenarzysty i zarazem reżysera jest znacznie więcej. Drugoligowi dotychczas X-Meni (Storm, Cyklop, Nightcrawler) nie potrafią w "Mrocznej Phoenix" wybić się na pierwszy plan, a na dodatek błyskotliwego Quicksilvera, któremu zdarzyło się nawet przyćmić Magneta i Xaviera, nie wiedzieć dlaczego postanowiono odesłać do tylnego szeregu. Postać przywódczyni kosmicznych agresorów napisano w tak pokraczny sposób, iż grająca ją Jessica Chastain, o zgrozo, ociera się momentami o autoparodię, paradując przez cały film w szpilkach i korporacyjnym uniformie. Nie licząc nieźle prezentującego się Nicholasa Houlta, któremu również nie wiedzieć czemu w pewnym momencie twórcy "odcięli prąd", gdy jego Bestia wyraźnie się już rozkręcała, cały ciężar znów spada na barki Magneta i Profesora Xaviera. Błędne koło się zamyka.

Archaiczny już mechanizm w postaci kolejnej, napędzanej sztucznie konfrontacji obu bohaterów właściwie przekreśla to, o co zabiegali twórcy poprzednich części. To młodzież miała przejmować pałeczkę od swoich profesorów. Tymczasem wyraźnie już zmęczeni sobą antagoniści jeszcze raz muszą wymienić się wrogimi spojrzeniami, by wzniecić iskrę w wygaszanym stopniowo ognisku. "Mroczna Phoenix" powiela doskonale znane już w serii schematy, nic nie jest nas w stanie zaskoczyć, zaś zwroty akcji są na tyle wykalkulowane i przewidywalne, że określanie ich mianem "zwrotów" wydaje się być równie bezsensowne, co doszukiwanie się w filmie elementów humorystycznych czy choćby relaksujących.

Ciężki, niemal zwalisty klimat niepokoju i destrukcji, jaki unosi się nad produkcją Kinberga, nie pozostawia miejsca ani na swobodną improwizację aktorów, ani na odpowiednią dynamikę akcji. Scen, w których dochodzi do bezpośredniej konfrontacji, jest ledwie kilka. Tym bardziej szkoda świetnych efektów specjalnych i znakomitej muzyki Hansa Zimmera, która i tak dostatecznie nas pobudza, ale w połączeniu z lepszą inscenizacją mogłaby dosłownie wbijać w fotel. Małą namiastkę tego można poczuć podczas walki w pociągu, a przede wszystkim w finałowej sekwencji. Takich momentów jest jednak w filmie zbyt mało. Bądź niekończących się dokrętek i zmian w scenariuszu było za dużo.

Odpowiednie tonowanie napięcia pozwala dotrwać do napisów końcowych, a w połączeniu z kunsztem technicznym i paroma znanymi nazwiskami w obsadzie, powinno zadowolić tych, którzy z serią X-Men nie są szczególnie zaznajomieni. Tylko wówczas fabularną niekonsekwencję w stosunku do poprzednich części i komiksowego oryginału da się jakoś przełknąć. Im większe oczekiwania, tym szybciej rosnące rozczarowanie i znużenie.

I nie zmieni tego sympatyczna, skądinąd, scena symbolicznego pożegnania kultowych dla całego uniwersum postaci. Na kogo postawi Disney? Jak X-Meni wkomponują się w świat Marvela? Szczegółów na razie nie znamy. Opierając się jednak na renomie marki można mieć niemal pewność, że będzie to odrodzony z popiołów feniks, a nie rozgrzebujący resztki po X-Menach sęp. Mutanci zasługują na to, by znów pofrunąć wysoko. "Mrocznej Phoenix" skrzydła przycięto jeszcze przed startem.

OCENA: 5/10