Postscriptum Marvela. Recenzja filmu "Czarna Wdowa"

11 lipca 2021, 16:00
Tomasz Zacharczuk

Pierwszy solowy projekt poświęcony Czarnej Wdowie zgrabnie łączy charakterystyczne elementy marvelowskiego widowiska ze szpiegowską intrygą, zapewniając finalnie niezłą rozrywkę poza radarami flagowych Avengersów. Tylko lub aż tyle. Film Cate Shortland zamiast inaugurować z rozmachem IV Fazę MCU, stanowi właściwie jedynie postscriptum do tego, co już doskonale znamy. Trudno też oprzeć się wrażeniu, że Natasza Romanoff dostała pełny metraż kilka lat za późno, a najnowsza produkcja niewiele wnosi do popularnego uniwersum.



Po fabularnych i emocjonalnych wstrząsach, jakie zaserwował widzom Marvel w "Avengers: Endgame", wydawało się, że w doskonale zaprojektowaną i naoliwioną filmową maszynę trzeba będzie wlać zupełnie nowe paliwo lub przynajmniej zmienić kierunek jazdy. "Czarna Wdowa" dość mocno tej teorii zaprzecza. Jeżeli film Cate Shortland faktycznie miał zainicjować tzw. IV Fazę MCU, to czyni to w sposób bardzo dyskretny, bazując przede wszystkim na schematach, które przez wiele lat zapewniły Marvelowi absolutną hegemonię w kinowej lidze superbohaterów. Trudno takiej postawie się dziwić, ale jednocześnie można zaobserwować, że formuła ma już bardzo krótki termin przydatności do spożycia.

Poniekąd wybory producentów determinuje moment osadzenia akcji "Czarnej Wdowy" na linii czasu marvelowskiego uniwersum. Nataszę Romanoff (Scarlett Johansson) spotykamy tuż po konfrontacji Kapitana Ameryki z Iron Manem. Sprzymierzeńcy tego pierwszego stopniowo są neutralizowani przez agentów T.A.R.C.Z.Y. lub starają się zniknąć z radarów byłych mocodawców. Do drugiej grupy zalicza się Czarna Wdowa, która uciekając przed generałem Rossem (William Hurt), przypadkowo wchodzi w posiadanie tajemniczych, czerwonych fiolek. Substancja, jaka się w nich znajduje, może uratować dziesiątki lub setki tysięcy szkolonych w Rosji zabójczyń, które nie miały tyle szczęścia, co Natasza. Korzystając z przerwy spowodowanej rozłamem w grupie, członkini Avengersów spróbuje definitywnie rozliczyć się z przeszłością.

Sprawdź gdzie grają film Czarna wdowa

Natasza Romanoff po rozpadzie Avengersów ukrywa się przed agentami T.A.R.C.Z.Y. i właśnie wtedy natrafia na przypadkową substancję, dzięki której może uratować życie tysięcy dziewcząt, które zaczynały podobnie jak ona. Więcej zdjęć (3)

Natasza Romanoff po rozpadzie Avengersów ukrywa się przed agentami T.A.R.C.Z.Y. i właśnie wtedy natrafia na przypadkową substancję, dzięki której może uratować życie tysięcy dziewcząt, które zaczynały podobnie jak ona.

mat. prasowe/Disney

Natasza Romanoff po rozpadzie Avengersów ukrywa się przed agentami T.A.R.C.Z.Y. i właśnie wtedy natrafia na przypadkową substancję, dzięki której może uratować życie tysięcy dziewcząt, które zaczynały podobnie jak ona.

mat. prasowe/Disney

Blaski i cienie Nataszy R.



Filmu Cate Shortland nie należy jednak traktować jako typowego kina zemsty. To bardziej napędzana nieustanną akcją i udekorowana efektami specjalnymi opowieść o destrukcyjnej rodzinie, którą zaprojektowano w gabinetach rosyjskich prominentów. W scenach otwarcia poznajemy nastoletnią Nat, która wraz z młodszą siostrą Jeleną wiedzie beztroskie życie w amerykańskim Ohio u boku kochających rodziców. Szkopuł w tym, że to fikcja, która rozpada się na kawałki po dekonspiracji Meliny (Rachel Weisz) i Aleksieja (David Harbour). Cała czwórka zostaje rozdzielona. Spotkanie po latach Romanoff z dorosłą Jeleną (Florence Pugh) stanowi okazję do konfrontacji z bolesną przeszłością i zweryfikowania rodzinnych więzi.

To zdecydowanie najlepszy wątek "Czarnej Wdowy". Filmowcy czasami w nieco prozaiczny, niekiedy w infantylny sposób sugerują, że w każdym kłamstwie tkwi cząstka prawdy, na bazie której można budować relacje, lecz trudno nie kibicować tej dysfunkcyjnej filmowej familii w odkrywaniu rodzinnych więzi na nowo. Szczególnie, że towarzyszy temu mnóstwo humoru i pozytywnej aktorskiej energii. Znacznie gorzej prezentuje się już historia walki z demonicznym Dreykowem (Ray Winstone) - twórcą Czerwonej Sali i projektu szkolenia superzabójczyń, które można zdalnie kontrolować z każdego zakątka świata. Ilość scenariuszowych bzdur nie przystoi produkcji spod znaku Marvela, a kilka fabularnych rozwiązań świadczy niestety o braku klarownego i spójnego pomysłu na "Czarną Wdowę".

Mnóstwo fabularnych niedociągnięć i błędnych decyzji twórcy filmu potrafią przykryć świetną akcją i humorem, za co w głównej mierze odpowiada duet David Harbour/Florence Pugh. Więcej zdjęć (3)

Mnóstwo fabularnych niedociągnięć i błędnych decyzji twórcy filmu potrafią przykryć świetną akcją i humorem, za co w głównej mierze odpowiada duet David Harbour/Florence Pugh.

mat. prasowe/Disney

Mnóstwo fabularnych niedociągnięć i błędnych decyzji twórcy filmu potrafią przykryć świetną akcją i humorem, za co w głównej mierze odpowiada duet David Harbour/Florence Pugh.

mat. prasowe/Disney

Marvel szpieguje, ale nie tam, gdzie trzeba



Widać to choćby w konstrukcji głównego antagonisty w filmie, który przez większość czasu, jaki spędza na ekranie, ociera się o groteskowość. Szkoda, bo Ray Winstone to wybitny specjalista w swoim fachu, a tymczasem w "Czarnej Wdowie" przyszło mu zmierzyć się z czarnym charakterem rodem z najgorszych bondowskich ekranizacji. Równie rozczarowująca jest postać Taskmastera, czyli wojownika potrafiącego naśladować każdy styl walki. Owszem, to robi wrażenie (świetne nawiązania do niektórych Avengersów). Geneza bohatera już niekoniecznie i dla wielu fanów komiksowej wersji będzie to bardzo gorzka pigułka do przełknięcia. Podobnie jak przewidywalne do bólu zwroty akcji zaczerpnięte - znów niestety - z najsłabszych ekranowych opowieści o Ethanie Huncie.

Inspiracje klasykami kina szpiegowskiego nie zawsze dają korzystne efekty, ale w "Czarnej Wdowie" nie brakuje też tych elementów, które zgrabnie udało się wkomponować w opowieść o superbohaterach. Mowa o dynamicznym tempie akcji i charakterystycznych dla historii o agentach podróżach po świecie. Bohaterowie kursują pomiędzy Norwegią, Marokiem, Budapesztem a Rosją i w każdym z tych miejsc urządzają porządną rozróbę. Liczba pojedynków, pościgów, kaskaderskich ewolucji i widowiskowych bijatyk (ze świetną choreografią, co było do przewidzenia) może poniekąd zaskakiwać. Okazuje się, że bez wsparcia kolegów obdarzonych supermocami Natasza Romanoff do spółki z Jeleną radzi sobie co najmniej przyzwoicie.

Wdowa w cieniu młodszej siostry



Młodsza siostra Nat zresztą dosyć niespodziewanie gra tu pierwsze skrzypce. Rewelacyjna Florence Pugh jest bodaj największym aktorskim odkryciem Marvela na przestrzeni wielu ostatnich lat. Przebojowa Jelena w jej wykonaniu równie umiejętnie operuje bronią, co "pyskówkami" i ciętymi ripostami. Wprowadza w ten nieco uporządkowany schemat sporo nieokrzesanej energii, bezczelności i zadziorności. Znakomite uzupełnienie głównej bohaterki, ale przede wszystkim postać z ogromnym potencjałem na kolejne marvelowskie projekty. Podobnie jak Aleksiej Szostakow vel Red Guardian grany przez Davida Harboura, który komizm swojego bohatera opanował do perfekcji. Szkoda, że twórcy nie sięgnęli po więcej argumentów radzieckiego/rosyjskiego odpowiednika Kapitana Ameryki.

W blasku obu tych postaci niespodziewanie blednie nieco gwiazda samej Nataszy. Oczywiście Scarlett Johansson spisuje się bez zarzutu, ale premiera "Czarnej Wdowy" nadeszła chyba zbyt późno. Po tych wszystkich wspólnych latach angażu w Avengersach po prostu ta postać nie jest już nas w stanie niczym szczególnym zaskoczyć. Producenci chyba przespali moment, w którym należało Nataszy podarować solowy projekt. Być może lepszy efekt przyniosłoby z kolei zdecydowane cofnięcie się w czasie i na przykład ukazanie kulis, jakie towarzyszyły bohaterce przy rekrutacji do T.A.R.C.Z.Y. - w "Czarnej Wdowie" jest to jedynie zasygnalizowane.

Czy "Czarna Wdowa" jest widowiskowym filmem? Tak. Czy gwarantuje dobrą zabawę? Tak. Czy sygnalizuje tzw. IV Fazę MCU i wprowadza uniwersum na nowe tory? Zdecydowanie nie. Więcej zdjęć (3)

Czy "Czarna Wdowa" jest widowiskowym filmem? Tak. Czy gwarantuje dobrą zabawę? Tak. Czy sygnalizuje tzw. IV Fazę MCU i wprowadza uniwersum na nowe tory? Zdecydowanie nie.

mat. prasowe/Disney

Czy "Czarna Wdowa" jest widowiskowym filmem? Tak. Czy gwarantuje dobrą zabawę? Tak. Czy sygnalizuje tzw. IV Fazę MCU i wprowadza uniwersum na nowe tory? Zdecydowanie nie.

mat. prasowe/Disney

Trudno oprzeć się wrażeniu, że film Cate Shortland niewiele wnosi do MCU, choć to nadal solidna gwarancja udanej zabawy, wymagająca jednak dość dobrej orientacji w dotychczasowym uniwersum Marvela. Jeśli wszystkie poprzednie części potraktować jako romantyczny list adresowany do filmowych marzycieli zafascynowanych magią komiksu, to "Czarna Wdowa" jest jak postscriptum, w którym autor chciałby jeszcze coś dodać, ale jedyne, na co go stać, to przepisanie na nowo kilku wcześniej powtórzonych już zdań. Pora odłożyć długopis, schować list do koperty i sięgnąć po kolejną białą kartkę, którą można na nowo nasączyć barwami z kolorowych zeszytów Marvela.

OCENA: 7/10

Opinie wybrane


wszystkie opinie (33)

alert Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.