stat

Cudów nie trzeba. Recenzja filmu "Boże Ciało"

11 października 2019, 15:30
Tomasz Zacharczuk
Zwiastun filmu "Boże Ciało":

Filmowe rekolekcje Jana Komasy nie są czczym kazaniem odbijającym się głucho od kościelnych witraży. Opowieść o fałszywym księdzu zawiera wiele starannie wyważonych prawd: o współczesnym Kościele, młodzieńczym poszukiwaniu sensu życia, kształtowaniu własnej duchowości i neutralizowaniu zakorzenionych w sercu bolesnych krzywd. Bez natrętnej egzaltacji i napuszonego kaznodziejstwa. Takiego kina w Polsce wciąż jest zbyt mało. Grzech nie celebrować więc "Bożego Ciała".



Mówiono, że miał niebywałą łatwość w nawiązywaniu kontaktów z ludźmi, wzbudzał ufność, płomiennymi kazaniami wręcz podrywał wiernych z kościelnych ław. Zaraz potem szedł z nimi na piwo lub na pobliskie boisko, by pograć w piłkę. Papierosy palił, ale ponoć śpiewał anielskim głosem. Tylko młody był. Podejrzanie młody. I właśnie wiek w zestawieniu z dość ekscentrycznym zachowaniem zdradził fałszywego księdza z Budzisk. Kapłanem okazał się 18-letni licealista z Warszawy. Tak bardzo pragnął zostać duchownym, że sutannę założył jeszcze przed wstąpieniem do seminarium. Zanim wpadł, przez dwa miesiące odprawiał msze, spowiadał, pomagał proboszczowi, a nawet grał na organach. Stał się pupilem wiejskiej społeczności.

Historią "księdza" Patryka z 2011 roku luźno zainspirował się twórca "Sali samobójców" i "Miasta 44". Jana Komasy nie interesowały jednak tabloidowy wydźwięk klerykalnej afery i krzykliwe nagłówki o świętokradztwie. Nie zamierzał ani parodiować na ekranie duszpasterskiego powołania, ani szydzić z lokalnej wspólnoty wiernych. Zdumiewający epizod z Budzisk posłużył w "Bożym Ciele" do zilustrowania motywów działania młodego człowieka, który nie bacząc na konsekwencje, starał się zaistnieć na nowo w społeczeństwie i nadać życiu konkretny cel. Komasa, posługując się świetnym scenariuszem Mateusza Pacewicza, w kameralnej opowieści znalazł jeszcze całkiem sporo miejsca na lustrację ludzkich lęków i pragnień.

Sprawdź gdzie grają film Boże Ciało


Daniela (Bartosz Bielenia) poznajemy tuż przed jego warunkowym zwolnieniem z poprawczaka. Sprawia wrażenie zresocjalizowanego chłopaka, który ze stoickim spokojem znosi trudy zamknięcia, odcina się od wulgarnych współtowarzyszy, aktywnie uczestniczy w organizowanych w zakładzie mszach. Zafascynowany metodami ewangelizacji księdza Tomasza (Łukasz Simlat) marzy o seminarium. Prawo kanoniczne wyklucza jednak kandydatów z wyrokiem. Po wyjściu na wolność Daniel, za namową kapłana, rusza na południe kraju, gdzie czeka na niego wakat w tartaku. Ciężka, fizyczna praca bez perspektyw nie napawa optymizmem. 20-latka podświadomie wciąż ciągnie do kościoła. W pobliskiej świątyni, podczas rozmowy z Elizą (Eliza Rycembel), intuicyjnie deklaruje: "Księdzem jestem". I słowo ciałem się stało.

Wycieńczony alkoholizmem proboszcz (Zdzisław Wardejn) zostawia wikaremu parafię, a sam udaje się na leczenie. Dysponujący podstawową wiedzą na temat liturgii Daniel musi więc sobie poradzić z celebracją mszy, spowiedzią, udzielaniem sakramentów. Odkrywa przy okazji bolesną traumę, która wciąż trawi wiejską społeczność. Niekonwencjonalnymi metodami zdobywa szacunek i zaufanie wiernych, przeciwstawia się zuchwałemu wójtowi, integruje z lokalną młodzieżą i coraz mocniej zbliża się do Elizy. Będzie to jedynie początkiem błyskawicznie narastających problemów, które doprowadzą do zaskakującego finału.

"Zabawę w duchownego" Komasa traktuje jako wielopłaszczyznową przypowieść o młodzieńczej pogoni za spełnieniem, powołaniem, życiową satysfakcją. Daniel mógłby przecież niezauważalnie egzystować w parafialnej społeczności. Zamiast tego wychodzi na ostrzał, rozgrzebuje trapiącą wiernych tragedię, angażuje się w mediację pomiędzy skłóconymi stronami. Sutanna coraz bardziej zaczyna przylegać do ciała, ale i coraz bardziej zaczyna go palić. W pewnym momencie chłopak zdaje sobie sprawę z czekających go konsekwencji, lecz mimo to, nie decyduje się na odwrót. Być może nie ma już na to nawet czasu i okazji.

Komasa z filmowej ambony neguje również ludzkie zakłamanie, bigoterię, małostkowość i dwulicowość. Nie rzuca jednak jawnymi oskarżeniami, nie uderza w krzykliwy ton. Znakomicie potrafi wypośrodkować skalę retoryki. Z dala od antyklerykalnej histerii i prokatolickiej buty. "Boże Ciało" skrzętnie więc wymyka się ideologicznym klasyfikacjom. Subtelny styl narracji, dopracowany w każdym szczególe scenariusz (choć czasami ciąg przyczynowo-skutkowy pęka w szwach) i oszczędny filmowy język jedynie sugerują nam tropy, za którymi powinniśmy podążać. Kierunków, podobnie jak możliwości interpretacji filmu, jest wiele. I to kolejny atut "Bożego Ciała".

Twórcom filmu udało się także przełamać stereotypy polskiej prowincji, które tak nachalnie choćby w "Twarzy" uwidaczniała Małgorzata Szumowska. Tyle że było to bezcelowe i nadęte. U Komasy tej arogancji i poczucia wyższości nie ma. Jest rzetelna, obiektywna praca u podstaw, której efektem jest interesująco zróżnicowana wiejska społeczność - zbiorowy, drugoplanowy bohater opowieści. Uchwycony ponadto w sugestywnych i pięknie oświetlonych zdjęciach Piotra Sobocińskiego jr. Jedyne, na co w tym przypadku można narzekać, to nieco jednowymiarowe, bardzo schematyczne postaci parafialnej gospodyni i wójta.

Nie zmienia to faktu, że świetnie odegrali je, odpowiednio, Aleksandra Konieczna, która daje kolejny, drugoplanowy popis, oraz Leszek Lichota, wprowadzający do filmu przewietrzający atmosferę humor. Znakomicie wypada również nagrodzona na FPPF w Gdyni Eliza Rycembel, aczkolwiek wątek miłosny Elizy i Daniela w pewnym momencie staje się dość irytująco oklepany i sztampowy. Aktorską perełką na dalszym planie jest również kreacja Barbary Kurzaj. Znakomicie w trochę zaskakującym wcieleniu wypada Tomasz Ziętek.

"Boże Ciało" to przede wszystkim jednak aktorski majstersztyk Bartosza Bieleni, którego neurotyczna fizjonomia doskonale odzwierciedla naturę Daniela. Dziecięca twarz skrywa pewną niedookreśloną demoniczność i kilka razy kapitalnie wychwytuje to z pomocą kamery Sobociński. Bielenia umiejętnie powściągliwość łączy z gwałtowną ekspresją, dzięki czemu wydaje się być stworzonym do tej roli. To on prowadzi tę filmową procesję na szczyty współczesnej, nadwiślańskiej kinematografii. Mógłby w ten sposób oszukać niejednego proboszcza, a nawet biskupa. Za oceanem, dzięki takiej kreacji, okrzyknięto by go aktorskim objawieniem z nominacją do Oscara.

Na najcenniejszą filmową statuetkę Bielenia pośrednio ma szansę, bowiem "Boże Ciało" jest polskim kandydatem do Oscara. Dotychczasowe sukcesy na międzynarodowych i krajowych festiwalach (w Gdyni nagrody publiczności, za reżyserię, scenariusz i drugoplanową rolę żeńską, a do tego pokaźny worek nagród specjalnych) dają co najmniej obiecujące prognozy na przyszłość. Teraźniejszość na razie jest taka, że powstał w Polsce jeden z najmądrzejszych filmów ostatniego 25-lecia. Fałszywy ksiądz pokazał bezcenną, lecz często trudną do uchwycenia na filmowej taśmie, prawdę. I to bez cudów. Z jednym objawieniem. Aktorskim.

OCENA: 8,5/10