stat

"Bez rozgrzeszenia" - powieściowy debiut historyka

11 listopada 2019, 14:00
Magdalena Raczek
artykuł historyczny

Zakazane uczucie, służba w zakonie i zagadkowa śmierć - tymi hasłami na okładce książki wydawca reklamuje wielowątkową powieść historyczną, będącą debiutem literackim nauczyciela historii - Mariusza W. Kliszewskiego, zatytułowaną "Bez rozgrzeszenia". Książkę wydała w marcu tego roku gdyńska oficyna Novae Res.



Trzeba przyznać, ze wydawca zadbał o detale - poza wspomnianym chwytliwym hasłem reklamowym, umieszczony na okładce tytuł wystylizowany został na czcionkę gotycką, podobnie jak nazwisko autora na skrzydełkach, spis treści, nazwy rozdziałów (dodatkowo po łacinie) oraz numeracja stron. Cała obwoluta zresztą jest jakby oprawą starego, zdobnego woluminu. Dodaje to publikacji charakteru i przyciąga uwagę potencjalnego czytelnika, a także wysyła jednocześnie jasny sygnał, że powieść ma charakter historyczny. Warto to docenić, albowiem rzadko dziś myśli się o publikacji jak o produkcie, jako o pewnej całości, która powinna być dopracowana.

Recenzje książek z Trójmiasta


Akcja przenosi nas bowiem w XVII-wieczne realia Rzeczpospolitej, a dokładnie do roku 1626, do Gdańska, Kartuz i okolic (np. do Świecia, gdzie bohaterowie udają się na sąd). Warto tu przypomnieć, że realia XVII-wiecznego Gdańska mogliśmy poznać również w innej książce, a mianowicie w powieści pt. "Złota Twierdza" Zenona Gołaszewskiego, o której pisaliśmy w naszej recenzji kilka lat temu. Jednak ponad 500-stronicowy omawiany tu tytuł nie jest klasyczną odmianą historyczną.

- Od razu zaznaczę, iż powieść nie jest typową pozycją gatunkową. Zawiera elementy kryminału, romansu i przygody na solidnych podstawach historycznych. Fabuła nie ma spełniać roli lektury nazbyt lekkiej, łatwej i wyssanej z palca. "Bez rozgrzeszenia" nie jest typową powieścią akcji z nieskończonymi gonitwami i bijatykami - tak rekomendował mi swoje dzieło Mariusz Kliszewski.
I faktycznie nie można się z tymi słowami autora nie zgodzić. Jednak zarówno w trakcie lektury, jak i już po jej skończeniu, zadawałam sobie pytanie, czy aby na pewno jest to walor tej książki? Postaram się pokrótce na to odpowiedzieć.

Przede wszystkim - jeśli mowa o gatunkach, to warto tu powiedzieć, że "Bez rozgrzeszenia" może i nie jest do końca typową powieścią historyczną, jednak ten rodzaj powieści ma w zasadzie wiele odmian i w przypadku książki Kliszewskiego możemy mówić w moim przekonaniu o powieści walterskotowskiej, która - jak mówi definicja - stawia sobie za cel w pierwszym rzędzie oddanie charakteru epoki i możliwie dokładne przedstawienie panujących w niej zwyczajów. Aby jednak przyciągnąć uwagę czytelnika, na pierwszy plan powieści wysuwa się wątek fikcyjny, skomplikowany i pełen niespodziewanych zwrotów akcji, natomiast postacie stricte historyczne przewijają się przez drugi plan utworu.

Dokładnie tak dzieje się w przypadku książki pochodzącego z Kartuz nauczyciela historii. Mamy bowiem do czynienia z bardzo szczegółowym, drobiazgowo wręcz oddanym tłem historycznym, całym mnóstwem wątków zaczerpniętych z historii, skrupulatnie odmalowanym charakterem epoki - z jej ówczesnymi zwyczajami (jak choćby oskarżenia i procesy o czary czy podanie komuś czarnej polewki albo publiczne egzekucje) oraz obyczajowością, portretem mieszkańców włącznie z ich specyficznym ubiorem (od prostych chłopów, przez wyższe warstwy, takie jak: mnisi, uboga i bogatsza szlachta, mieszczanie, kupcy, itd.), architekturą (zachwycają m.in. opisy ulic gdańskich z ich kamienicami, bram i fortyfikacji miasta), a także religią (tu szczególnie ważny jest konflikt katolików i luteran). Daje tu o sobie znać wykształcenie autora, jego wiedza i zamiłowanie do przedmiotu i są one - co tu dużo mówić - imponujące.

A jednak nie sposób oprzeć się wrażeniu, że ciężar i nagromadzenie tej wiedzy w książce są chwilami przytłaczające. Wydaje mi się, że powieść gdzieś na samym początku przegrała starcie sama z sobą - na etapie obmyślania przez autora koncepcji. Być może zbyt dużo chciał powiedzieć, a może po prostu nie odpowiedział sobie na najważniejsze pytania, jakie powinien sobie postawić pisarz na samym wstępie procesu tworzenia: dla kogo to ma być?, o czym to ma być?, jakimi środkami ma być opowiedziane? Chodzi głównie o to, że przy założeniu, że ma to być powieść dla zwykłego czytelnika (a nie historyka), zupełnie inaczej byłaby ona poprowadzona. Tymczasem mam wrażenie ciągłego balansowania - niezdecydowania Kliszewskiego, czy pisze dla znawców tematu, czy może jednak dla laików.

Wieczory literackie w Trójmieście


W efekcie mamy, co prawda, wiele bardzo ciekawych postaci, na czele z całą plejadą kartuzów (z przeorem Repfem, kucharzem Hermanem, zbzikowanym naukowcem Seitherem itd.) oraz bohaterem głównym - Konradem Macholą, herbu Ryś - młodym szlachcicem zakochanym w Luzie, córce gdańskiego kupca Feldsteda, z którym zresztą ojciec Konrada ma zatarg. Tych barwnych person na kartach powieści jest zresztą znacznie więcej, jak choćby adwokat Gromicz czy czarne charaktery na czele z Goldschmidtami. Jednak autor wciąż sprowadza nas na ziemię, a to przez zbędne przypisy, a to przez zbyt szczegółowe opisy. Nie daje to szans czytelnikowi na swobodną lekturę i zanurzenie się w nurcie opowieści.

Fabuła ogniskuje się wokół decyzji seniora rodu Macholów - Konrad zostaje bowiem zmuszony przez ojca do spędzenia pół roku w zamkniętym klasztorze kartuzów nieopodal Gdańska. Jeśli nie dotrzyma obietnicy, zostanie wydziedziczony, co z kolei mocno pokrzyżuje mu szyki zdobycia ręki swojej ukochanej Luizy. Pół roku Konrada w kartuzji - tyle mniej więcej trwa akcja powieści, w finale pokazując dodatkowo najazd Szwedów na Polskę. Wątków pobocznych jest notabene znacznie więcej, jednak czytelnika interesuje głównie to, czy Konradowi uda się dotrzymać słowa danego ojcu i czy nie wyjdzie na jaw to, że opuszcza on jednak zakon kilkakrotnie...

Pierwsze rozdziały książki ciągną się niemiłosiernie i myśl o porzuceniu lektury pojawia się coraz częściej. Na szczęście - gdzieś w okolicy rozdziału 6 (czyli mniej więcej w połowie lektury) zaczyna się "dziać" - pojawia się pierwszy trup i właściwie to zwiastuje całą serię dramatycznych zdarzeń, a trup od tego czasu ściele się gęsto. Odnieść można wrażenie, że początkowe fragmenty powieści zbudowane zostały specjalnie w taki stonowany sposób, aby po pierwsze oddać charakter kartuskiego zakonu (rzecz dzieje się jednak głównie za murami klasztoru), a po drugie, by podbić wrażenie zdarzeń ukazanych na dalszych kartach.

Nagle bowiem akcja przyspiesza: przeor Reph decyduje się na wszczęcie postępowania sądowego przeciw Aleksandrowi Goldschmidtowi, nieuczciwemu dzierżawcy Czapel - jednego z zakonnych majątków, mnich Seither zaczyna wpadać w coraz większy obłęd i... tutaj przerwę, ponieważ nie chcę zdradzić kolejnych wydarzeń, a dzieje się sporo. Pytanie tylko, dlaczego tak długo musieliśmy czekać na rozwój wypadków? Czyżby pisarz ćwiczył w czytelnikach cierpliwość kartuską? Ryzykowne to posunięcie...

Autor, co prawda, zarzekał się, że "Bez rozgrzeszenia" nie jest typową powieścią akcji z gonitwami i bijatykami, ale i tych (na szczęście) tu nie brakuje. Mało powiedzieć, że to właśnie one są najmocniejszą stroną tej powieści. Bohaterowie i intryga są zresztą trochę rodem z Sienkiewicza - szczególnie postaci kobiece przypominają sienkiewiczowskie bohaterki: Ewelina jest niczym Jagienka, a Luiza przypomina Danusię z "Krzyżaków". Klimat klasztorny z kolei (drobiazgowe opisy wszystkich zakamarków) przywołuje na myśl jeszcze inne dzieło, a mianowicie "Matkę Joannę od Aniołów" Iwaszkiewicza.

Wszystko byłoby dobrze, gdyby Kliszewski zdecydował się jednak przechylić szalę z "solidnych podstaw historycznych" na lżejszą gatunkowo opowieść przygodową, choćby nawet "wyssaną z palca". Wystarczyło zrezygnować z przypisów numerycznych, rzeczy historyczne, ważne dla opowiadania, zawrzeć w samej fabule, a z nieważnych dla opowieści po prostu zrezygnować. Zostawić przypisy gwiazdkowe do podpowiedzi związanych z nazwami elementów stroju czy obyczajów, bo to zdecydowanie jest potrzebne współczesnemu czytelnikowi, nieobytemu z historią. A poza tym solidnie skrócić pierwszą część - wprowadzić w klimat i nastrój klasztoru, ale bez zanudzenia czytelnika.

Innymi słowy: więcej przygód, romansu, bijatyk, a mniej historii. Retro kryminał w gdańskiej kartuzji brzmi lepiej niż powieść historyczna. I czytałoby się go zdecydowanie łatwiej i przyjemniej. Ale mimo wszystko uważam debiut Mariusza Kliszewskiego za bardzo udany, a potencjał pisarski autora spory. Przy następnej jego książce zamierzam się o tym przekonać. Tymczasem "Bez rozgrzeszenia" polecam szczególnie fanom historii Gdańska i okolic.

Mariusz W. Kliszewski - rodowity kartuzianin. Magister Historii oraz Zarządzania i Marketingu. Wieloletni gdański nauczyciel historii, współautor materiałów dydaktycznych z historii dla nauczycieli i uczniów na poziomie szkoły podstawowej, gimnazjum i liceum ogólnokształcącego. Pracował również jako doradca metodyczny oraz współtworzył pierwsze edycje Olimpiady wiedzy o Gdańsku. Zdobywca pierwszej nagrody w konkursie z okazji Jubileuszu 75-lecia nadania Kartuzom praw miejskich za pracę "Życie społeczno-polityczne Kartuz w okresie międzywojennym". Zwycięzca Konkursu Literacko-Edukacyjnego "40 Pokoleń", zorganizowanego przez Muzeum Historii Polski w Warszawie, za pracę Polskie ziemie w kategorii "Jak kształtowały się granice Polski?".