stat

Czy warto znać muzykę, której się słucha?

9 stycznia 2019 (artykuł sprzed 1 roku)
Ewa Palińska

felieton w trojmiasto.pl

"Nie znam się na tej muzyce, więc nie ma sensu, żebym szedł na koncert" - takich odpowiedzi otrzymuję najwięcej, kiedy proponuję znajomym wspólne posłuchanie na żywo muzyki klasycznej. Czy naprawdę trzeba się na niej znać, żeby ją docenić? Czy koncert symfoniczny nie ma szans oczarować laika? A może to właśnie świeżość umysłu pozwala delektować się nią w pełni?



"Proszę pana, ja jestem umysł ścisły. Mnie się podobają melodie, które już raz słyszałem. Po prostu. No... To... Poprzez... No, reminiscencję. No jakże może podobać mi się piosenka, którą pierwszy raz słyszę" - w tych kilku zdaniach inżynier Mamoń z filmu "Rejs" trafnie spuentował nasze podejście do słuchania muzyki. Pewnie, że najbardziej lubimy to, co dobrze znamy. Tak jest bezpieczniej i wygodniej. To jak z eksploracją górskich szlaków - znając trasę nie zgubimy się, a zawsze przecież możemy dostrzec coś, co wcześniej nam umknęło.

Słuchanie tego, co już znamy, ma jeszcze jeden zasadniczy plus - kiedy zostaniemy zapytani o wrażenia (a przecież rozmowy kuluarowe głównie tego dotyczą), zawsze będziemy wiedzieli, jak w towarzystwie zabłysnąć. Możemy porównać zasłyszaną interpretację z innym dobrze nam znanym wykonaniem, wskazać podobieństwa i różnice, przywołać ciekawostki związane z tą kompozycją bądź artystą, który ją wykonuje. Jeśli nasi adwersarze są równie dobrze osłuchani, wywiąże się dyskusja, podczas której obie strony będą mogły zabłysnąć wiedzą. Tylko jak to się ma do recepcji muzyki?

Koncerty: muzyka poważna


Jednak czy wiedza, w którą się uzbrajamy, faktycznie przybliża nas do lepszego zrozumienia i odbioru muzyki? Weźmy za przykład ruchy wykonawstwa historycznego, które za wszelką cenę próbują odtworzyć muzykę w taki sposób, w jaki była wykonywana w czasach, kiedy powstawała. Postęp, jaki dokonał się na tym polu na przestrzeni ostatnich kilkudziesięciu lat robi wrażenie.

Pamiętam, jak w dziecięcym zespole muzyki dawnej grywaliśmy na prowizorycznie wykonanych instrumentach, bo lepszych nikt nie produkował. Dziś rekonstrukcja, rewitalizacja, a nawet produkcja instrumentów historycznych bądź ich kopii odbywa się na szeroką skalę. W konserwatoriach i akademiach muzycznych otwiera się klasy kształcące młodych wirtuozów w tym kierunku, a muzykolodzy w pocie czoła pracują nad transkrypcjami muzykaliów sprzed kilkuset lat, zalegających w bibliotecznych archiwach.


I wszystko fajnie, tylko gdzie w tym wszystkim jest słuchacz? Jaka w tym wszystkim jest jego rola? Skoro przywracamy muzyce pierwotne brzmienie i pierwotną funkcję, to może i słuchaczom warto przypomnieć, w jakich okolicznościach i w jaki sposób słuchano tej muzyki? Bo ja tu widzę skrajną rozbieżność - z jednej strony stawia się na prezentowanie muzyki w jej historycznej odsłonie, z drugiej - wymaga od słuchaczy współczesnych norm zachowania podczas koncertów i tworzy programy, jakich równolatkowie Mozarta czy Beethovena nie byliby w stanie wysłuchać ciągiem. Zwłaszcza kontemplując tę muzykę w ciszy i bezruchu. Niejednokrotnie traktujemy muzykę wykonywaną na żywo jako obiekt muzealny, który bezrefleksyjnie należy podziwiać. Gdzie w tym wszystkim miejsce na emocje?

Pamiętajmy, że są takie okresy w historii, kiedy muzyki słuchało się dla przyjemności, a głównym zadaniem kompozytorów było zadowolenie słuchaczy. Wiele kompozycji, uważanych dziś za arcydzieła, powstawało z bardzo przyziemnych pobudek - twórcy musieli z czegoś żyć, a ci, którzy byli w stanie za muzykę im zapłacić, oczekiwali czegoś, co ich zachwyci. Jeśli nie zachwyciło, kompozytor popadał w niełaskę.


Publiczność nie gustowała - tak jak obecnie - w "odgrzewanych kotletach". Podczas koncertów wykonywano gównie muzykę nową, świeżą, a słuchacze spontanicznie wyrażali swoją opinię na jej temat. Sprzętu umożliwiającego rejestrowanie i odtwarzanie muzyki nie było, więc liczyło się "tu i teraz". Muzyka była ulotna, dlatego słuchacze delektowali się każdą chwilą, kiedy dane im było jej posłuchać. Nie omieszkali oczywiście wyrazić swojego niezadowolenia, jeśli ktoś ten moment zepsuł, prezentując muzykę złą.

Dziś mamy ten "komfort", że zanim usłyszymy coś na żywo, możemy posłuchać tego samego w domu. W różnych wykonaniach. Tylko co nam to daje? Podczas niedawnej choroby spędziłam w łóżku dwa tygodnie, które postanowiłam sobie umilić oglądaniem najwybitniejszych realizacji operowych. Po dziesiątej "Tosce" miałam swojego lidera - inscenizacja cudowna, wybitna, aktorzy fenomenalni, muzyka zapierała dech w piersiach. Co to oznacza dla mnie? Tyle tylko, że choćbym zobaczyła na żywo jakąkolwiek inną "Toscę" w nieco mniej wybitnym wykonaniu, nie będę usatysfakcjonowana. Sama sobie zepsułam całą frajdę z oglądania tej opery na żywo.

Nie przesadzajmy zatem z tym uzbrajaniem się w wiedzę, tylko delektujmy się muzyką ot tak, po prostu. Pozwólmy jej czasem nas zaskoczyć, zachwycić, ale także rozczarować. Nie rezygnujmy z koncertów, bo nawet najlepsze nagrania płytowe nie przebiją działania muzyki wykonywanej na żywo. I dajmy sobie prawo do oceniania, bo to muzyka jest tworzona dla słuchacza, a nie słuchacz dla muzyki.
Czy uczestniczyłe(a)ś kiedykolwiek w koncercie muzyki poważnej?
84%

tak

12%

nie

4%

nie, ale wybieram się na taki koncert

zakończona

łącznie głosów: 282