Gdyńska adaptacja ksiażki Salci Hałas - po premierze "Potopu"

7 grudnia 2019, 13:00
Magdalena Raczek

W piątkowy wieczór, 6 grudnia, odbyła się kolejna w tym sezonie premiera Teatru Gdynia Główna, który wraz z autorskim Teatrem Stajnia Pegaza przygotował spektakl pt. "Potop. Pieśń o końcu świata" na podstawie drugiej książki Salci Hałas pt. "Potop. Poemat przewlekły o końcu świata". Reżyserii i adaptacji tekstu na deski sceniczne podjęła się Ewa Ignaczak. Co wyszło z tego spotkania literatury i teatru?



Oceny tego spotkania, w wyniku którego powstało przedstawienie, mogą być według mnie bardzo różne, ale zacznijmy od początku. A wszystko rozpoczęło się od... spacerów z psem, na które autorka tekstu, niejaka Salcia Hałas chodziła "uliczkami, przy których rosły małe domki wczepione w bok wzgórza. Pewnego dnia domki "zaczęły się rozpadać i znikać", i tak "zaczął się dziać koniec". Ta obserwacja umierającego świata i bycie świadkiem niektórych wydarzeń, zainspirowały pisarkę do stworzenia dzieła na ten temat.

Terminy grania spektaklu "Potop"


Przypomnijmy, że Salcia Hałas to mieszkająca w Gdyni pisarka, która za głośną, debiutancką powieść pt. "Pieczeń dla Amfy", opowiadającą o życiu mieszkańców gdańskiego falowca, zdobyła w 2017 roku Nagrodę Literacką Gdynia. "Potop", który został wydany w lutym bieżącego roku, to jej druga książka, ale zanim ona powstała, autorka trafiła do... Teatru Gdynia Główna.

Przeczytaj także: Pieśń o końcu świata - "Potop" Salci Hałas

Hałas została zaproszona przez ten teatr do wzięcia udziału w projekcie Gdynia ReAktywacja, który polegał na zbieraniu opowieści mieszkańców rewitalizowanych obszarów. Na kanwie tego powstawały spektakle wystawiane w przestrzeniach dzielnic. Autorka "Pieczeni..." była wtedy na Meksyku, w barakach na Dickmana i na Pekinie. Te wszystkie doświadczenia stały się punktem wyjścia do napisania poematu pt. "Potop", który jest literackim obrazem Wzgórza Orlicz-Dreszera, znajdującego się w gdyńskiej dzielnicy Leszczynki, zwanego przez tubylców Pekinem.

Przeczytaj także: Ewa Ignaczak: mam duszę odkrywcy-społecznika

Ewa Ignaczak podjęła się zadania dość karkołomnego i ryzykownego. Z jednej strony niezwykle trudnego - książka Salci Hałas nie należy do najłatwiejszych "adaptacyjnie". Jest skondensowana, napisana w formie poematu z wyrazistą kompozycją i specyficzną rytmiką (melodyjnością tekstu), bogatą metaforyką. Przede wszystkim jednak bohaterem tego utworu jest język. Postaci u Hałas są właściwie w bezruchu, opowiadają różne historie, jednak wszystko dzieje się w słowie. Reżyserka jakby wbrew temu postawiła na znak teatralny - za dużo tu teatralizacji, ruchu scenicznego, gestu, które nie wnoszą dodatkowych znaczeń, a jedynie odwracają uwagę widza od sedna, czyli od słowa właśnie.

Z drugiej jednak strony - poemat Hałas jest bardzo teatralny (swoista jedność czasu, miejsca i akcji, niczym w klasycznej koncepcji tragedii), o czym też wspominałam w swojej recenzji. Świat ukazany przez autorkę "Pieczeni dla Amfy" jest jak z teatru absurdu Becketta - postaci są w oczekiwaniu na coś, co nigdy nie przyjdzie, a może nawet nie istnieje, a trochę jak z dramatu Różewicza pt. "Stara Kobieta wysiaduje", gdzie również ukazany był świat na krawędzi zagłady. Wydawać by się mogło, że Ewie Ignaczak blisko do tych estetyk, a jednak z jakichś przyczyn nie wykorzystała tego potencjału.

Napisałam o dziele Hałas, że obraz jaki w nim maluje jest "hiperbolą i metaforą świata jednocześnie. Jest mocny, przejmujący, momentami przerysowany, lecz dosadny. Nie ma w nim ani jednego zbędnego słowa, nadmiaru. Wybrzmiewa pełnią." Niestety wszystko to zgubiło się w spektaklu. Ale nie tylko to.

Teatr Gdynia Główna - repertuar


Symboliczna przestrzeń Pekinu w żaden sposób tu nie została nakreślona - zupełnie niezrozumiałe jest, dlaczego reżyserka nie zaprosiła do współpracy scenografa? Przestrzeń w spektaklu powinna być znacząca, metaforyczna i "grać" tak samo mocno jak sami aktorzy, wzmacniając przekaz. Tu jest po prostu umowna, prosta i uboga. Pekin u Salci Hałas, podobnie jak falowiec w "Pieczeni...", jest symboliczną przestrzenią, to swoiste axis mundi, gdzie otacza nas pękająca ziemia, leje wodne, potok płynący przez podwórko, itp.

Autorka określa to słowami: "tu jak na wojnie wygląda, jak po bombardowaniu". I faktycznie, użyte w przedstawieniu tekturowe, kolorowe domki, ustawiane na wzgórzu wyglądają jak brazylijskie fawele, sprawdzają się w tej stylistyce. Jednak już drewniane deski na roboczych stołach i kozłach stolarskich do mnie nie przemawiają. Co mają oznaczać? Że jest to świat w budowie? Nie mam pojęcia. Woda, co prawda leje się strumieniem, ale nie robi to wrażenia, zwłaszcza, że to zabieg dość często wykorzystywany w tym teatrze.

Przeczytaj także: Czy to bajka, czy to nie bajka? Po premierze "Bajki o bajce"

Parafrazując, można by powiedzieć, że Ewa Ignaczak "teatr swój widzi ubogi" i korzysta z tej samej estetyki teatralnej od lat. Na scenie w jej spektaklach pojawiają się te same przedmioty: dzbany i miski z wodą, sznurki, lalki, dużo czerni (w tym przypadku zdecydowanie za dużo niepotrzebnej czerni, zwłaszcza w kostiumach) - te same środki teatralne, które niestety są już ograne i nie pasują do każdego tytułu.

Spektakle w Trójmieście


Największy zawód jednak spotkał mnie z powodu redukcji postaci. Bohaterkami u Hałas są trzy kobiety, niczym czarownice z "Makbeta", spotykające się przy płocie (brak płotu też mnie zawiódł, ale to jestem w stanie zrozumieć) trzy sąsiadki, "Te, Które Wiedzą": Apolonia (Lońka) Szwajcerowa, zwana "babką", która ma wizje, nocami zioła zbiera, współczesna czarownica z dyplomem ze szkoły czarownic we Wrzeszczu, specjalistka od prekognicji, Halina Pigułowa, narratorka opowieści, która niczym Sybilla przepowiada potop, i Zośka Nadzieja, która ciągle płacze, choruje na depresję i cudownie ocalała z walącego się domu.

Tymczasem w spektaklu w ogóle nie ma Babki Szwajcerowej, za to reżyserka wprowadziła na scenę ze względów dramaturgicznych postać męską (niestety rozbijając przy tym bardzo ważny zamysł "babskiego" gadania, kobiecego punktu widzenia świata) - dziennikarza (w tej roli Jakub Kornacki), z którym rozmawiają bohaterki, grane z powodzeniem przez Idę Bocian i Małgorzatę Polakowską.

Przeczytaj także: Państwo bezprawia. O spektaklu "Próby Józefa K."

Ekipa Stajni Pegaza odnajduje się w tej stylistyce teatru offowego doskonale ze względu na doświadczenie w pracy w takim nurcie od lat. Spektakl zresztą - mimo swoich mankamentów - należy do udanych, jest zagrany i zrealizowany na dobrym, profesjonalnym poziomie. Jednak myślę, że nie sprawdziła się tutaj zaproponowana estetyka. Teatr Ewy Ignaczak jest specyficzny, ambitny, dla koneserów i raczej dla fanów teatru niszowego, nie dla każdego, choć - jak sama przyznała - chce robić teatr zaangażowany społecznie.

Poza tym na pewno inaczej odbiorą i ocenią spektakl te osoby, które nie znają książki, a inaczej te, które nie tylko ją czytały, ale i się nią zachwyciły, jak niżej podpisana. Dlatego właśnie w tym spotkaniu literatury i teatru wynik nie jest najlepszy. Literatura poległa, ale teatr też wcale nie wyszedł zwycięsko.