Gra we dwoje na dwie pary - o "Akcie równoległym" Teatru Wybrzeże

17 sierpnia 2014 (artykuł sprzed 6 lat)
Łukasz Rudziński
Najnowszy artukuł na ten temat

Dzieci, czyli kłopoty. O trójmiejskim spektaklu "Mayday 2"

To miał być gorący weekend, podczas którego świeżo upieczone pary kochanków skonsumują swoje nowe związki - cichy, przytulny hotelik na uboczu miał zagwarantować spokój i intymność. Oczywiście ten scenariusz nie miał prawa się spełnić, bo z farsy "Akt równoległy" Teatru Wybrzeże nic by nie zostało. Premiera najnowszego spektaklu Teatru Wybrzeże odbyła się 16 sierpnia na Scenie Letniej Wybrzeża w Pruszczu Gdańskim.



Sztuka Dereka Benfielda przenosi nas w realia niewielkiego, opustoszałego hoteliku, reklamowanego w gazetce parafialnej jako "spokój i cisza - z dala od wszystkiego". Okazuje się jednak, że wśród hotelowych gości jest dwóch panów Smith i każdy oczekuje w swoim pokoju na młodą kobietę. Oczywiście szybko wychodzi na jaw, że obie pary łączą znacznie silniejsze więzy niż mimowolny wybór tego samego hotelu na spędzenie pełnego namiętności weekendu. Zapanować nad rozerotyzowanym towarzystwem, które zjawiło się w hotelu w jednym tylko celu, nie jest łatwo, o czym przekona się wszędobylski portier.

Jak w każdej dobrej farsie (tytuł oryginału "Bedside manners" przetłumaczyć można jako "Nocne obyczaje" czy "Łóżkowe praktyki") pełno tu sytuacyjnych i słownych lapsusów, zabawnych nieporozumień, bieganiny z miejsca w miejsce i absurdalnych zdarzeń, które "nie mają prawa się wydarzyć". Ktoś komuś ściąga spodnie, a panowie i panie "przyłapywani są" przez portiera Ferrisa we wszelkich możliwych pozach i konfiguracjach. On sam zaś pogrąża się w kolejnych intrygach usiłując ratować image gości oraz hoteliku, w którym zastępuje siostrę (tą okazuje się Katarzyna Figura, dumnie prezentująca się w stroju portierki na tekturowych podobiznach).

Akcja spektaklu toczy się w czterech umownych przestrzeniach - przede wszystkim w pokojach niebieskim (wynajętym przez Geoffa dla niego i Helen) oraz zielonym (zarezerwowanym przez Rogera na wspólny pobyt z Sally). Pomiędzy nimi widzimy niewielką budkę portiera z dzwonkiem, którym przywoływany jest natrętny, kiedy nie trzeba i nieobecny, gdy się go potrzebuje portier. Przed nimi zaś, po lewej stronie mieści się barek z alkoholami (a raczej lodówka na której wyłożono rozmaite butelki). Dzięki prostej, praktycznej scenografii Mirka Kaczmarka, składającej się z kilkunastu par drzwi, dwóch wielkich łóżek ze stolikami nocnymi i stanowiskiem portiera, nie oddzielonych od siebie niczym poza umownymi granicami gry aktorskiej, wszystkich bohaterów sztuki niemal cały czas mamy na widoku.

Reżyser Jarosław Tumidajski umiejętnie daje wybrzmieć tekstowi, dodając jedynie drobne smaczki (np. Helen nosi przy sobie portrecik swojego guru, na którym widnieje podobizna zastępcy dyrektora i kierownika literackiego Teatru Wybrzeże - Cezarego Niedziółki, zjawią się też wymyśleni naprędce jako wymówka panowie w białych kombinezonach). Podczas premiery spektaklu na Scenie Letniej w realia miejsca na uboczu (gdzie znajduje się hotelik) świetnie wpisał się właśnie Pruszcz Gdański. Kwestie typu: "Myślałem, że pan wyjeżdża? / Nie mogę odpalić. Gdzie tu jest warsztat? / O tej porze w Pruszczu nie znajdzie pan czynnego warsztatu. Będzie pan musiał zostać na noc." czy też "Na taksówkę do Gdańska" wywoływały salwy śmiechu na widowni.

Co ważne, pomysły reżyserskie (np. naginanie zaproponowanej konwencji poruszania się po przestrzeni spektaklu) nie przysłaniają tekstu. Ten jednak, choć naprawdę śmieszny, momentami bywa niejasny - w trakcie trwania spektaklu zorientowanie się kto i co o kim wie, właściwie aż do finałowej sceny może okazać się trudne. Zwłaszcza, że aktorzy dbają o odpowiednie tempo przedstawienia. I choć jest ono prowadzone w nieco wolniejszym niż klasyczne farsy rytmie, to dynamika farsowego grania długimi momentami bywa zachowana.

Z piątki aktorów pierwsze skrzypce gra Marek Tynda w roli ciekawskiego portiera Ferrisa. Chociaż w Pruszczu Gdańskim aktor występował ze skręconym kolanem i o lasce, jego Ferris świetnie lawirował między pokojami, z wdziękiem sprowadzając grę pozorów i omyłek do kompletnego absurdu. Lowelasa i słodkiego drania udanie zgrywa Michał Jaros jako Roger. Bardziej bawi jednak zmanierowany i zakompleksiony Geoff Piotra Chysa. O specjalny akcent, problemy z dykcją i image słodkiej, próżnej ślicznotki postarała się Katarzyna Dałek. Od tej czwórki nieco słabiej prezentuje się Katarzyna Z. Michalska, grająca swoją postać trochę za bardzo na poważnie, sięgając momentami po swoją Mary Warren z "Czarownic z Salem" (świetną w tamtym przedstawieniu, zbyt dramatyczną w tym).

"Akt równoległy" w reżyserii Jarosława Tumidajskiego nie jest spektaklem o ambicjach zaprezentowania czegoś więcej niż zabawnej farsy. Nie odczujemy tu kryzysu wartości, jaką jest instytucja małżeństwa, ani pomsty na rozwiązłość. Przedstawienie ma - jak na dobrą farsę przystało - śmieszyć i bawić. I z tym zadaniem cały zespół poradził sobie bardzo dobrze.