Hania Rani i Pin Park. Recenzje nowych płyt z Trójmiasta

25 września 2020, 7:00
Jarosław Kowal

Pozornie nie łączy ich nic, ale jak dobrze się przyjrzeć, to Hania Rani i Pin Park mają ze sobą wiele wspólnego - w obydwu przypadkach muzyka wychodzi spod klawiatury, w obydwu drugie albumy okazały się odrobinę bardziej przystępne i oczywiście obydwa mają korzenie w Trójmieście, skąd ich obecność w naszym cyklu.



Koncerty w Trójmieście


Hania Rani - "Home" (Core Port)



Na "Esji" - pierwszym albumie po opuszczeniu duetu Tęskno - Hania Rani zanurzyła się w głębokich wodach melancholii. Chłodne fale docierały także do słuchaczy i słuchaczek, bo chociaż wywołała je ekspresja bardzo osobistych uczuć, nie trudno było przetłumaczyć je na własne emocje.

Solowa twórczość na fortepian w wykonaniu Rani przypominała kompozycje Poppy Ackroyd, Lamberta czy Federico Albanese - dało się w niej wyczuć silne inspiracje chociażby romantyzmem spod znaku Schumanna, a jednocześnie miała na tyle lekki charakter, że można było czerpać z jej bogactwa bez zgłębiania wiedzy z zakresu teorii muzyki. "Home" częściowo skonstruowane jest na bazie podobnej idei, ale gdańska pianistka skutecznie uniknęła powtarzania się, dodając elementy z pogranicza alternatywnego folku i przede wszystkim dodając głos.

Pierwsze sekundy albumu - i utworu "Leaving" - to niemalże zmagania w konkursie na jak delikatniejszy, ledwo słyszalny dźwięk. Ostatecznie nie da się rozstrzygnąć, czy zwyciężają struny fortepianu czy struny głosowe, ale nie ma to większego znaczenia, kiedy pierwszy plan zajmuje dotąd tląca się w tle melodia. Trudno we współczesnej muzyce (nie tylko polskiej) o lepszy dowód na to, że bez szeregu producentów, studia wyposażonego w najnowsze technologie i gościnnych występów gwiazd nadal da się napisać emanujący ogromną mocą, prosty, ale niebanalny utwór o popowym zacięciu.

Nie z tym kojarzy się jedna osoba zasiadająca naprzeciwko preparowanego fortepianu, ale też nie zawsze Rani jest osamotniona w snuciu swoich nieśpiesznych opowieści. Chociażby w utworze tytułowym świetnym uzupełnieniem okazują się niskie tony kontrabasu oraz syntezatora, na których zagrał Ziemowit Klimek, a także nerwowy rytm perkusyjny wystukiwany przez Wojciecha Warmijaka (obydwaj są członkami świetnego trójmiejskiego zespołu jazzowego - Immortal Onion). Z kolei w "Tennen" oczarowuje kwartet smyczkowy z Dobrawą Czocher na czele, czyli z wiolonczelistką, z którą Rani nagrała pierwszy album w swojej karierze - "Białą flagę" z autorskimi wersjami utworów Republiki.

Recenzje płyt z Trójmiasta


"Home" jest zdecydowanie bardziej różnorodnym, choć równie spójnym materiałem w porównaniu z "Esją" i trudno nie odnieść wrażenia, że świat byłby piękniejszym miejscem, gdybyśmy takiej muzyki w radiu czy w sieci mogli słuchać częściej, zwłaszcza, że "I'll Never Find Your Soul" czy "Leaving" to gotowe materiały na przeboje. Nie ma się jednak co łudzić, że w najbliższej przyszłości może do tego dojść, więc warto sobie zadać ten niewielki trud i odnaleźć "Home" chociażby na Spotify czy YouTube.

Pin Park - "Doppelganger" (Coastline Northern Cuts)



"Syntezator" to nazwa tak ogólna jak określenie "muzyka elektroniczna" - wiele się może za nimi kryć, a Pin Park jest tego najlepszym przykładem, bo chociaż obydwaj panowie grają na syntezatorach i niewątpliwie jest to muzyka elektroniczna, brzmią zaskakująco, jednocześnie archaicznie i świeżo.

Maciej Polak ma w zakresie syntezatorów ogromną wiedzę - nie tylko gra na nich, jest także ich znawcą, a targów dobijał chociażby z Richardem Davidem Jamesem znanym lepiej jako Aphex Twin czy Richiem Hawtinem występującym pod pseudonimem Plastikman. Z kolei Maciej Bączyk grał z Kristen, Małymi Instrumentami czy Robotobibok, a więc spektrum jego twórczych zainteresowań jest bardzo szerokie. Przy dostępie do tak wielu instrumentów i przy doświadczeniu na tak wielu polach, działalność duetu okazuje się zaskakująco minimalistyczna, w dużym stopniu oparta o jeden instrument - EMS Synthi AKS, urządzenie z początku lat 70., wyposażone w elektronikę, z jakiej dzisiaj nikt już nie korzysta, nie zawsze w stu procentach posłuszne swoim użytkownikom, a przez to także unikalne i fascynujące.

Podobnie jak na pierwszym albumie Pin Park ("Krautpark" z 2017 roku), także tutaj wyraźne są naleciałości elektronicznego krautrocka czy ambientu, ale w odróżnieniu od niego, nie są tak mocno improwizowane, mają bardziej regularne kształty z wyraźnie zaznaczonymi rytmami i melodiami, które układają się w hipnotyzujące iteracje. Najwyraźniej da się to usłyszeć w najdłuższych utworach - "Autobahnkirche" czy "The Standard" - chociażby ze względu właśnie na rozciągnięcie konceptu do ponad ośmiu minut.

W krótszych utworach duet przestawia się na odrobinę inne granie przypominające pierwotne zastosowanie syntezatora, który miał być tanim zamiennikiem orkiestry, a we współczesnej muzyce kojarzące się chociażby z twórczością Randalla Dunna. W utworze tytułowym i zwłaszcza w "Mörkö" najciekawsze zabiegi dotyczą nie rytmu czy melodii, a dynamiki, która w wielu dzisiejszych produkcjach jest ujednolicana (zazwyczaj ma być po prostu głośno). Polak i Bączyk sprawnie nią manipulują, dzięki czemu nawet przy częstych powtórzeniach nigdy nie można się tą muzyką znudzić.

Pink Park z "Doppelganger" to na pewno twórczość bardziej przystępna, łatwiejsza w odbiorze nawet dla przypadkowych osób, które krautrock kojarzą jedynie z kilkoma najbardziej znanymi utworami Kraftwerk, a jednocześnie każdy, kto lubi wyzwania, wgryzanie się w kompozycje i identyfikowanie poszczególnych dźwięków znajdzie tutaj materiał przynajmniej na kilkanaście godzin analizowania.