Joanna Knitter śpiewa Arethę Franklin

12 października 2020, 12:00
Magda Mielke

Joanna Knitter, znana trójmiejska wokalistka, osobowość polskiego jazzu i bluesa, oraz Aretha Franklin, muzyczny geniusz o fenomenalnej barwie głosu. Efekt zderzenia tych dwóch artystek można posłuchać na płycie "Aretha", która ukazała się niedawno. Z Joanną Knitter rozmawiamy o muzycznych inspiracjach, kulisach powstania płyty i planach na przyszłość. Okazja, aby na żywo posłuchać utworów z płyty "Aretha" w wykonaniu Joanny Knitter i zespołu Blues & Folk Connection, będzie 27 października w Wejherowskim Centrum Kultury. Dla naszych czytelników mamy w konkursie dwie płyty z autografem artystki.



Blues - koncerty w Trójmieście


25 września ukazała się płyta "Aretha", na której Joanna Knitter z chłopakami z Blues and Folk Connection: Arturem Jurkiem, Krzysztofem Paulem, Adamem Żuchowskim i Piotrem Górą wykonują największe przeboje królowej soulu w bluesowej wersji. Grupa czerpie z tradycji muzyki amerykańskiej początku XX wieku, nie unika przy tym też bardziej współczesnych brzmień. "Aretha" to już trzecia płyta w ich dorobku. Pierwsza, pełna amerykańskiego folku "Cruel, cruel world", została świetnie przyjęta przez fanów oraz dziennikarzy muzycznych, na drugiej - "Hard, hard times" - znalazły się wyłącznie autorskie kompozycje muzyków. Pomysł na trzecią płytę narodził się w głowie Joanny Knitter na długo przed śmiercią Arethy Franklin, lecz - jak to zwykle bywa - nie było łatwo wprowadzić go w życie. W końcu się udało i dziś już możemy posłuchać bluesowych wersji największych przebojów królowej soulu.

Magda Mielke: Dlaczego wzięła pani na warsztat Arethę Franklin? Czym zainspirowała panią ta legenda soulu?

Joanna Knitter: Aretha była muzycznym gigantem: miała świetny słuch, zmysł aranżacyjny i kapitalny głos. W dodatku każdy utwór, który śpiewała, śpiewała po swojemu - tak jak czuła i chciała. Żaden producent nie miał w tej kwestii nic do powiedzenia. Szczerze mówiąc, to mi się w niej najbardziej podoba. Interpretując piosenki, robiła to z pasją, była zawsze pełna emocji, nigdy nie odtwórcza. I nigdy, przenigdy się nie poddawała. Dzięki jej muzyce, a także biografii, którą napisał o niej David Ritz, doszło do mnie, że najgorsze, co możemy zrobić przy tworzeniu muzyki, to nałożyć sobie ograniczenia. Muzyka ma być wyrazem wolności.

Czy są jeszcze jakieś wokalistki, które równie mocno co Aretha panią inspirują?

Jeśli chodzi o jazz, to na pewno Billie Holiday i jej niesamowite frazowanie. Zasłuchiwałam się w jej płytach, mając naście lat, i trwa ta miłość do dziś. Natomiast moim numerem jeden jest od wielu lat Bonnie Raitt. Amerykanka o charakterystycznym głosie, świetnie grająca na gitarze. Jej głos, autentyczność, energia są tym, co przyciąga jak magnes. A koncerty są powalające.

Płyta "Aretha" nie jest zupełnie wierna oryginałowi. Mocno przearanżowując utwory, nie obawialiście się, że taka ingerencja nie przekona odbiorców? 

Po co nagrywać czyjeś piosenki, jeśli zrobi się to tak samo? Ani ja nie śpiewam jak Aretha, ani skład zespołu nie jest podobny do tego, z którym ona grała. Chciałam, żeby ta płyta była nasza, żeby brzmiała jak blues folki, żeby miała pazur i mocno bluesowe brzmienie. Z szacunkiem do tego, co robiła Aretha, ale po naszemu. Jeśli chodzi o odbiór - oczywiście liczymy się z tym, że nie każdemu takie wersje przypadną do gustu, ale jeśli choć garści osób się to spodoba - było warto!

Poza wnętrzem płyty piękna jest też jej okładka, zaprojektowana przez Magdę Danaj/porysunki. Jak doszło do tej współpracy?

Magda projektowała okładkę na naszą pierwszą, folkową płytę, którą nazywamy "różową". Zrobiła to idealnie. Gdy zdecydowaliśmy się nagrywać "Arethę", od razu pomyślałam o niej, bo wiedziałam, że wymyśli coś nietuzinkowego i wpadającego w oko. Zgodziła się i... zrobiła małe cudo.

Epidemia nie przeszkodziła w pracy nad płytą?

Zdążyliśmy zarejestrować materiał chwilę przed lockdownem - 8 i 9 marca 2020 roku. Miks i master nasz realizator, Marek Romanowski, robił już w zamknięciu, ale to w niczym nie przeszkodziło. Żałuję tylko, że z koncertami promującymi płytę jest teraz słabo. Gramy co prawda 27 października w Wejherowskim Centrum Kultury, ale to póki co jedyny Arethowy termin w naszym kalendarzu.

Porusza się pani sprawnie w wielu muzycznych stylistykach - jazz, swing, blues, folk, nawet rock, była też formacja country... Która stylistyka jest pani najbliższa?

Każda ma w sobie coś wyjątkowego i daje miejsce na trochę inne emocje, pozwala korzystać z innych "źródeł". Faktem jednak jest, że śpiewając piosenki na Arethowy album, czułam taką wolność, jakiej do tej pory w sobie nie miałam. Nikt mnie nie trzymał w cuglach, nikt nie mówił, że tego czy tamtego nie wypada. Byliśmy wszyscy w tej muzyce uważni, ale wolni. I to było fantastyczne uczucie.

Co najbardziej panią urzeka w bluesie?  

Prawda i prostota. To nie jest wymyślna, skomplikowana muzyka dla wytrawnych słuchaczy. To muzyka duszy, przekaz, który dajesz od siebie nie po to, żeby się przypodobać, tylko żeby opowiedzieć swoją historię.

Fryderyki 2020: trójmiejscy artyści nagrodzeni



Ma pani bardzo mocny głos i wszechstronne możliwości. Jak się do tego dochodzi? Wiadomo, że jedno to talent, a drugie ciężka praca. Była pani samoukiem czy to od początku ukierunkowane kształcenie?

Szczerze mówiąc, nie myślałam nigdy, że zostanę muzykiem. Skończyłam filologię polską i szłam na te studia z mocnym postanowieniem bycia w przyszłości nauczycielem polskiego w podstawówce. Na trzecim roku zmieniłam zdanie i chciałam zostać logopedą. Jednocześnie cały czas śpiewałam - z Przemkiem Dyakowskim, z zespołami bluesowymi. Stale występowałam też w ukochanej Kawiarence pod Żaglami w Sopocie. Gdy Maybe Theatre Company ogłosiło casting do musicalu "Rent", poszłam na przesłuchanie, dostałam rolę Joanne i trafiłam pod wokalne skrzydła pani Ani Domżalskiej. Ona kilka lat później namówiła mnie na studiowanie wokalistyki jazzowej w Akademii Muzycznej. Nauczyłam się tam dużo, ale przede wszystkim poznałam fantastycznych, inspirujących ludzi.

"Aretha" to już trzecia płyta z projektem - pierwsza, z wykonaniami tradycyjnych amerykańskich pieśni, była bardziej folkowa, druga, z waszymi własnymi kompozycjami, blues-rockowa, teraz hołd dla Arethy Franklin. Co dalej w planach?

Kolejna płyta będzie pewnie złożona z samych naszych kompozycji, bo kilka nowych już powstało. Póki co jednak chciałabym promować Arethę i pograć koncerty z tym materiałem.