stat

Keqing Liu: Wszystkich utalentowanych wyślę do Chin

2 kwietnia 2014 (artykuł sprzed 5 lat)
Ewa Palińska

- Jeżeli spotkam utalentowanych ludzi na swojej drodze, wszystkich natychmiast wyślę do Chin - śmieje się Keqing Liu, baryton, scenarzysta, reżyser i producent ale przede wszystkim największy chiński impresario promujący polską kulturę. Spotykamy się w Filharmonii Bałtyckiej, gdzie maestro Keqing wspólnie z Ming Xiao, dyrektorem China Hunan Opera oraz Weiping Lian, dyrektorem China Hunan Symphony, poszukuje młodych talentów dla chińskich orkiestr. Keqing Liu przygotowuje również wielką wiosenną trasę koncertową Orkiestry Filharmonii Bałtyckiej.



Ewa Palińska: Jest pan największym chińskim impresariem promującym polską kulturę. To pana pierwsza wizyta w Gdańsku?

Keqing Liu: Trzecia. Wcześniej wielokrotnie koncertowałem m. in. w Poznaniu, Wieliczce, Krakowie, na Zamku w Warszawie. Zapraszałem również polskich artystów do siebie, do Chin, podobnie zresztą jak wiele innych orkiestr i to z całego świata.

I to te najbardziej renomowane.

To prawda. Występowali u nas filharmonicy berlińscy, wiedeńscy, najlepsze orkiestry ze Stanów Zjednoczonych, znakomici soliści, jak np. Placido Domingo. Równie chętnie zapraszamy mniej znane orkiestry z Europy centralnej czy wschodniej. Nasza publiczność jest bardzo dobrze zorientowana - rozpoznaje nazwy orkiestr, zna je z nagrań, interesuje się tym, kto przyjeżdża i z zaciekawieniem oczekuje, co zostanie zaprezentowane.

Co zatem zdecydowało, że tym razem zaprosił pan Orkiestrę PFB?

Przed dwoma laty wspólnie z żoną, mezzosopranistką, mieliśmy dać wspólny koncert w Filharmonii Bałtyckiej z jej orkiestrą. Jechaliśmy samochodem z Berlina i na miejsce dotarliśmy mocno spóźnieni, nie było więc mowy o zrobieniu próby. Choć bardzo obawiałem się tego występu, wszystko wypadło znakomicie, bo orkiestra okazała się fantastyczna. Po koncercie dyrektor PFB wspomniał, że marzy mu się tournée po Chinach. Odpowiedziałem natychmiast, że nic nie stoi na przeszkodzie, a chińska publiczność bez wątpienia pokocha gdańskich filharmoników.

I zorganizował im pan występy na największych festiwalach w Chinach.

A dlaczego by nie? Od razu po powrocie zabrałem się za organizację. Stwierdziłem, że chętnie zobaczyłbym Orkiestrę PFB na Shanghaj Spring International Music Festival, gdzie w ciągu miesiąca odbywa się nawet do 300 koncertów. Dyrektor zgodził się, aby filharmonicy wystąpili na inauguracji. Drugi koncert Orkiestra PFB zagra na scenie plenerowej przy wieży telewizyjnej w Szanghaju. Wstęp będzie bezpłatny, więc możemy spodziewać się co najmniej 10 tysięcy słuchaczy. Gdańska orkiestra wystąpi również w Xiangtan w Hunan Opera House. Będzie to koncert niezwykły, ponieważ wystąpią dwie orkiestry: chińska i polska. W pierwszej części każda z orkiestr wykona koncert fortepianowy z solistą z "przeciwnej drużyny" tzn. polska orkiestra z chińskim pianistą i odwrotnie. W drugiej części obie orkiestry wspólnie wykonają IX Symfonię Antonina Dvoraka.

Jest pan bez reszty oddany propagowaniu muzyki klasycznej, a dorastał pan w czasach, kiedy w Chinach w ogóle nie można było jej słuchać ani tym bardziej wykonywać. Pamięta pan moment, kiedy usłyszał ją pan po raz pierwszy?

Muzykę kochałem od zawsze. Dorastałem w czasach rewolucji kulturalnej, więc jako dziecko śpiewałem głównie chińskie piosenki tradycyjne i popularne. Po odbyciu służby wojskowej w 1977 r. wróciłem do Pekinu. Wtedy po raz pierwszy usłyszałem w radiu muzykę klasyczną, a konkretnie arię "Non piu andrai" z "Wesela Figara". Ta wspaniała muzyka oczarowała mnie do tego stopnia, że zdecydowałem się zdawać do konserwatorium w Pekinie, które po 10 latach rewolucji kulturalnej właśnie wznawiało działalność. W przesłuchaniach wzięło udział 27 tys. osób, a przyjęto raptem 19. Miałem niebywałe szczęście, że i ja znalazłem się w tym gronie.

Nie było problemu z kadrą wykładowczą?

Oczywiście, że tak. Podczas rewolucji wszystkich profesorów wysłano na wieś, do pracy w gospodarstwach rolnych. Na szczęście wrócili, więc mogliśmy rozpocząć naukę. Profesor, do którego mnie przydzielono, był niezwykłym człowiekiem. W 1952 r. uzyskał tytuł magistra na uczelni nowojorskiej i wrócił do Chin, gdzie natychmiast dostał angaż w teatrze operowym. Mówił po angielsku, włosku i francusku, więc pod jego okiem mogłem szkolić się w rozmaitym repertuarze.

Pan również studiował w Stanach.

I to na tej samej uczelni, na której wcześniej kształcił się mój profesor. Po ukończeniu konserwatorium dostałem posadę pierwszego barytona w China Nation Opera House. W ciągu dwóch lat zagrałem największe role w "Weselu Figara", "Madame Butterfly", "Carmen" i wielu innych. Po tym okresie doszedłem do wniosku, że aby się rozwijać, muszę wyjechać z Chin, najlepiej do Stanów lub Europy. Wysłałem kasetę magnetofonową z nagranymi partiami z "Wesela Figara" i "Traviaty" śpiewane w języku chińskim do nowojorskiej uczelni, w której wcześniej uczył się mój profesor. Po 10 dniach dostałem odpowiedź od samego rektora, że proponują mi stypendium. Pojechałem tam natychmiast nie znając innego języka poza chińskim. Znalazłem się tym samym w pierwszej grupie chińskich studentów, którzy po zakończeniu rewolucji rozpoczęli studia na amerykańskiej uczelni.

Wspomniał pan, że śpiewał opery po chińsku. To w Chinach częsta praktyka?

Jak najbardziej, choć najczęściej robi się tak wtedy, kiedy opera jest adresowana do dzieci lub wykonywana przez uczniów szkół muzycznych. Chodzi o lepsze zrozumienie tekstu. W teatrach operowych najczęściej wykonuje się je w językach oryginalnych, z tłumaczeniem wyświetlanym na ekranie.

Bariera językowa to chyba nie jedyny problem, Słyszałam, że pod wielkim znakiem zapytania stała monumentalna produkcja "Aidy" Verdiego, ponieważ chińskiemu rządowi nie odpowiadało oryginale zakończenie tej opery.

Od dawna marzyłem, żeby wykonać "Aidę" na stadionie w Chinach przy okazji olimpiady i w ten sposób zaprezentować ją całemu światu. A że zamierzałem zrobić to z wielkim rozmachem, potrzebowałem finansowego wsparcia rządu. Przygotowałem olbrzymie przedstawienie, w którym brało udział 3700 statystów, przeszło 350-osobowy chór, 250-osobowa orkiestra, żywe słonie, tygrysy lwy i wielbłądy. Wstępnie rząd wyraził zgodę, ale później ją cofnął, ponieważ w naszej kulturze tego rodzaju mroczne zakończenia, jak to ma miejsce w Aidzie, dobrze nie wróżą. Miałem do wyboru albo zmienić zakończenie, czego oczywiście robić nie chciałem, bo nie godzi się poprawiać Verdiego, albo nieco je ubarwić i przystosować do naszych realiów.

I nadał jej pan pozytywny wydźwięk.

W Chinach uważa się, że kiedy człowiek umiera, staje się motylem, odlatuje do nieba i ma piękną przyszłość. Dlatego postanowiłem zagrać scenę finałową "po chińsku", żeby pozbawić ją mrocznego charakteru i dodać sporą dawkę optymizmu. Kiedy główni bohaterowie znikali w piramidach spod sceny wyłaniały się dwa ogromne motyle, zwiastujące nadzieję. Każdy z nich miał po 20 metrów wysokości. Produkcja odniosła spektakularny sukces! Na stadionie w Szanghaju, sprzedaliśmy komplet biletów na oba przedstawienia, czyli dwa razy po 18 tys. W Pekinie oglądało nas 100 tys. osób!

Czyli nie ma dla pana rzeczy niemożliwych?

Ja po prostu kocham muzykę klasyczną i tą miłością chcę zarazić jak najwięcej ludzi.

Odnoszę wrażenie, że Chińczycy z dużą łatwością przyswajają naszą kulturę. W drugą stronę to tak nie działa. Czy to dlatego, że chińska sztuka jest dla Europejczyków czy Amerykanów trudniejsza w odbiorze?

Niekoniecznie. Dla Chińczyków przyjęcie europejskiej filozofii czy kultury nie stanowi problemu, ponieważ z natury jesteśmy ciekawi świata. Ma to zresztą uzasadnienie w naszej historii. Chiny to olbrzymi kraj, który zamieszkuje 56 grup etnicznych, więc z różnorodnością mamy do czynienia na co dzień. Europejczycy i Amerykanie są wierni swoim przekonaniom, na zasadzie "tylko to, co nasze, jest dobre i wartościowe, a resztę należy odrzucić". Chińczycy myślą inaczej "chodź, porozmawiajmy, opowiedz mi o sobie, poznajmy się lepiej, a może się czymś wymienimy" - mam tu na myśli wymianę kulturową. U nas inność nie wzbudza kontrowersji, tematy związane z religią, jaka by ona nie była, nie są poruszane na pierwszych stronach gazet. Chiny mają własną, przepiękną kulturę, tradycyjną muzykę, własne instrumenty i to, że zaczniemy słuchać klasyki nie znaczy, że wyprzemy się własnych korzeni. Przeciwnie - zależy mi na tym, aby 1,3 miliarda ludzi, którzy zamieszkują mój kraj, poznały resztę świata. Ja chcę pokazać im ten nieznany dotychczas świat właśnie poprzez muzykę.

W Chinach jest duże zapotrzebowanie na muzykę klasyczną?

Ogromne! Jestem pewien, że w przyszłości Chiny będą prawdziwą potęgą, jeżeli chodzi o ilość i jakość prezentowanej muzyki klasycznej. Na całym świecie zamyka się teatry, filharmonie, sale koncertowe, a w Chinach rząd każdego roku przeznacza na sztukę więcej pieniędzy. Mamy więcej orkiestr symfonicznych, niż jest w całej Europie. W Ciągu ostatnich 10 lat otwarto w Chinach 162 nowe teatry operowe. Każde miasto otwiera nowy teatr, nową operę, nową salę koncertową, a rząd przeznacza na ten cel naprawdę dużo pieniędzy.

Teraz potrzeba wam tylko utalentowanych artystów, którzy zapełnią te miejsca?

Po to tu jestem. W Chinach nie możemy znaleźć tak wielu artystów, reprezentujących bardzo wysoki poziom wykonawczy. Dlatego właśnie ściągamy do siebie muzyków z całego świata. W tym momencie prowadzimy przesłuchania w Polsce, Niemczech, Francji i Ameryce. A że mamy tak wiele ośrodków kulturalnych skończy się na tym, że wszyscy europejscy czy amerykańscy muzycy przeprowadzą się do nas (śmiech).

A my - z braku innej możliwości - zaczniemy jeździć na koncerty do Chin.

Mam taką nadzieję (śmiech). Pożartowaliśmy sobie, ale mówiąc całkiem poważnie, my bardzo cenimy zagranicznych artystów i jesteśmy im ogromnie wdzięczni za to, że chcą u nas pracować. Dzięki temu chińscy muzycy mają okazję uczyć się od nich, rozwijać się, poznawać muzykę i odkrywać jej piękno.

Co pan myśli o osobach, które wzięły udział w gdańskim przesłuchaniu? Dobrze rokują na przyszłość? Mają szansę na angaż do pańskiej orkiestry?

Byli świetni. Natychmiast ich zatrudniliśmy. Pan Ming Xiao, dyrektor China Hunan Opera jutro wraca do Chin, natychmiast przygotuje i wyśle im kontrakty. A już od maja będą pracowali u nas.

Na jakich warunkach?

Jak na chińskie realia - całkiem niezłych. Kontrakt trwa dwa lata. Wypłacamy im pensję, opłacamy ubezpieczenie i mieszkanie.

Wygląda na to, że dobrze być utalentowanym i spotkać pana na swojej drodze.

Oj tak. Jeżeli spotkam utalentowanych ludzi na swojej drodze, wszystkich natychmiast wyślę do Chin (śmiech). Ale żeby nie było, że nie dbam o własnych rodaków - w ciągu ostatnich 5 lat przeszło 350 młodych Chińczyków wysłałem na studia muzyczne do Polski. Jak się porządnie wyszkolą, po powrocie będą mieli zapewnioną pracę.