Komedia z zakalcem. O spektaklu "Par paranoje" Teatru Wybrzeże

3 lipca 2016 (artykuł sprzed 4 lat)
Łukasz Rudziński

Teatr Wybrzeże na Scenie Letniej w Pruszczu Gdańskim zaprezentował swoją pierwszą wakacyjną premierę - "Par paranoje". To jedna z tych komedii, które jednych rozbawią, a innych zniesmaczą. Wśród wielu niewybrednych gagów zdarzają się również naprawdę udane, ale forma i treść najnowszej produkcji Wybrzeża częściej zawstydza niż bawi swoim poziomem.



Autor komedii "Par paranoje" Charles Ludlam znany jest widowni Teatru Wybrzeże ze slapstickowej i bardzo zabawnej komedii "Tajemnicza Irma Vep". Tam rozmaite, najczęściej absurdalne rozwiązania akcji i przeróżne, przeważnie bardzo grubymi nićmi szyte gagi są na porządku dziennym.

Tym razem jednak obok zagrywek z klasycznej komedii "z pieprzykiem" (dwie małżeńskie pary spotykają się na wyjeździe, na którym zdecydowanie nie chcieli spotkać swoich ślubnych drugich połówek) i mnóstwa prościutkich żartów, pojawia się zarys fabuły i pewien ciężar gatunkowy. Bo "Par paranoje" to komedia z drugim dnem. Opisuje dwójkę psychiatrów i ich pacjentów, którzy z czasem okazują się mniej szaleni od swoich lekarzy.

Jednak problemy klientów, którzy w gabinetach swoich psychiatrów czasem desperacko, czasem wręcz rozpaczliwie poszukują zrozumienia i akceptacji, czy przebijające się z tekstu dysfunkcje emocjonalne i wszelkie deficyty uczuć, brzmią u Ludlama jak najbardziej serio. Autor sztuki liczne fragmenty pełne gorzkiej refleksji przykrywa łagodną, lukrowaną formą coraz bardziej szalonego dowcipu, dość zgrabnie lawirując między groteską, pastiszem, farsą a smutną refleksją.

Niestety, choć reżyser Adam Orzechowski stara się podążać za tymi sugestiami, w przedstawieniu Teatru Wybrzeże trudno doszukać się jakiegokolwiek ładu, bo z każdą chwilą karuzela absurdalnych zdarzeń i niewybrednych gagów kręci się coraz szybciej. To, co w sztuce jest dość dobrze wyważone, w spektaklu Teatru Wybrzeże jest ordynarne i chaotyczne. Bezwład inscenizacyjny prowadzi do coraz to bardziej zadziwiających zwrotów akcji i zmian konwencji (np. "śmieszny" na siłę "slow motion" podczas bijatyki, slapstickowe elektrowstrząsy w trakcie snu jednej z bohaterek) albo granych na granicy dobrego smaku rozwiązań scen (wykorzystanie akcesoriów typu sado-maso podczas jednej ze scen), stawiają aktorów w wyjątkowo niezręcznym położeniu, by sprostać na scenie nieudolnie prowadzonej akcji.

Na szczęście, cała czwórka robi co może, by obronić swoich bohaterów, nawet jeśli dobór obsady do spektaklu jest kolejną pomyłką reżysera. Najbardziej żal Cezarego Rybińskiego, aktora o bardzo dużym potencjale, od lat grywającego w Wybrzeżu właściwie tylko charakterystyczne role drugoplanowe, który do farsowego momentami tempa gry i "wydurniania się" na scenie po prostu się nie nadaje. Jego Freddy najlepiej wypada w scenie rezygnacji ze współpracy ze swoim psychiatrą. Ekspresją i energią sceniczną z kłopotu odgrywania bezbarwnej Eleanor ratuje się Justyna Bartoszewicz.

Anna Kociarz jako wyrachowana doktor Karen Gold i najciekawszy w spektaklu Robert Ninkiewicz w najbardziej rozbudowanej roli doktora Leonarda Silvera grają swoje role bez zarzutu, ale w tej inscenizacji (dodatkowo silnie okrojonej scenograficznie w stosunku do wersji przygotowanej na trójmiejskie sceny Wybrzeża) nie mają szans by rozwinąć skrzydła.

Spektakl miewa też momenty udane, podczas których trudno nie uśmiechnąć się przynajmniej pod nosem. Prostym i bardzo dobrze przyjętym przez premierową publiczność na Scenie Letniej Teatru Wybrzeże chwytem były liczne nawiązania do Pruszcza Gdańskiego. Komizm słowny, zawarty w tekście Ludlama, wypada na scenie całkiem nieźle. Jednak spektakl długimi momentami, jak na komedię, jest bardzo mało śmieszny. Nie oznacza to jednak, że wybory reżysera są chybione od początku do końca. Większość scen dowcipnie uzupełniona jest bardzo znanymi motywami muzycznymi, jak "Only You", "Simply the Best" i wiele, wiele innych. To zabieg ciekawy, choć mocno przez reżysera nadużywany.

Szkoda, że w natłoku tak wielu pomysłów umknęło gdzieś twórcom przesłanie tekstu Ludlama, który mechanizmu gry i samej farsy używa w ściśle określonym celu. "Par paranoje" wraz z całkowitymi i niczym nieumotywowanymi w spektaklu zmianami miejsca akcji, tempa czy charakteru przedstawienia, stają się komediową wydmuszką, wywołującą prędzej chichot lub pusty rechot niż jakąkolwiek refleksję. Chyba nie o to chodziło.