stat

Muzealna obfitość. Odwiedź galerię w wolnej chwili

26 grudnia 2018 (artykuł sprzed 1 roku)
Magdalena Raczek

Koniec roku w trójmiejskich muzeach i galeriach obfituje w wydarzenia, i to tematycznie wcale niekoniecznie okołoświąteczne, choć są i takie. Jest trochę bajkowo, trochę nostalgicznie, ale i śmiesznie, a także nieco orientalnie. Zima za oknem może nie zachęca do wychodzenia z domu, ale warto się przełamać i wybrać w ciepłe muzealne progi, bo czeka nas tam jak zwykle wiele wzruszeń, zaskoczeń i refleksji.



Nostalgiczna, ciepła wystawa pocztówkowa



Jeśli jeszcze nie czujecie przesytu klimatem świątecznym albo po prostu bardzo lubicie nastrój bożonarodzeniowy, to warto się nimi jeszcze dodatkowo nasycić w Muzeum Miasta Gdyni, prezentującym wyjątkową wystawę zatytułowaną "Wesołych Świąt", którą oglądać można będzie do 17 lutego 2019 roku.

Ale ta ekspozycja to nie tylko gratka dla fanów Bożego Narodzenia, ale również - a może przede wszystkim - dla miłośników polskiego wzornictwa lat 60. i 70. oraz dla tych, którzy chętnie z łezką w oku powspominają tamte czasy, gdy namiętnie wysyłało się pocztówki, listy i wszelkiego rodzaju kartki.

Organizatorzy pół żartem pół serio wprowadzają w tematykę wystawy, mówiąc o tym, jak to drzewiej bywało, gdy ludzie nie mieli mejli, sms-ów, fejsbuka i innych "mesendżerów" i posyłali sobie życzenia na tekturowych prostokątach zwanych pocztówkami. Co więcej - taką pocztówkę trzeba było zapisać - najczęściej ręcznie, z rzadka na maszynie do pisania, nakleić znaczek pocztowy, pójść na pocztę i wrzucić do skrzynki na listy, a potem mieć nadzieję, że nasza karta nie zagubi się gdzieś po drodze, wśród milionów innych kart". Brzmi niemal jak science-fiction?


Trochę s-f faktycznie w tym jest, bo wystawa przenosi nas w czasie jak za pomocą czarodziejskiej różdżki. Na pierwszy rzut oka ekspozycja wydaje się bardzo skromna, wręcz uboga, a to za sprawą surowości użytych środków: nie ma tu przesytu mediów (nie ma ich wcale), nie przyciąga uwagi aranżacja, bo jest ona bardzo prosta. Stoły - stylizowane na stoły kreślarskie - ustawione pod skosem (jakby "choinkowo" w kształcie, ale i praktycznie - lepszy dostęp ma do nich grupka osób jednocześnie) na środku dwóch sal, na ścianach wiszące w ramach oryginalne projekty kartek, a do tego jedynie dwie "ozdoby": reprint jednej z kartek na końcu sali i kolorowa, wisząca choinka z papieru (z bibuły) wprowadzająca nastrój dawnych czasów.


Niby nic więcej, a jednak jak się pochylimy nad stołami, to urzeknie nas prezentowane na ich blatach bogactwo. Niemal tysiąc kartek - różnych autorów (w tym tuzów polskiej ilustracji, tj.: Kilian, Stanny, Szancer, Wilkoń, Wróblewski, Wilbik, Butenko itd.), w rozmaitych technikach, różnolitej estetyce, o zróżnicowanym poziomie artystycznym. Jedyne, co je łączy, to tematyka - świąteczna.

Kartki zostały uporządkowane tematycznie, dlatego tym ciekawsze jest to zestawienie. Dowiemy się dzięki temu np. jakimi sposobami Mikołaj dostarcza prezenty (a jego wyobraźnia nie ma granic w tym względzie) oraz jakim środkiem transportu się porusza, bo przecież wiadomo, że nie tylko saniami (tu również nie ma ograniczeń: automobil, statek, szczudła, latający dywan, skuter, spadochron, PKS, i wiele innych pomysłów). W rolach głównych są także: choinka, szopka, trzej królowie, święta rodzina, bałwanek, gwiazda betlejemska, kolędnicy, aniołki czy leśne zwierzątka.

Wszystkie te kartki przenoszą nas w inne czasy, ale dopiero, gdy przyjrzymy się ich projektom, które zostały umieszczone na ścianach, wówczas przekonamy się o ich prawdziwym bogactwie. Projekty wszystkie zostały, oczywista sprawa, wykonane ręcznie - każdy detal dopracowany jest w nich do perfekcji. Maleńkie zwierzątka na śniegu, żywe barwy, piękne liternictwo itd. Są to po prostu prawdziwe dzieła sztuki.


Bajkowa, zimowa wystawa w Ratuszu



Z Gdyni co prawda nie chce się wyjeżdżać, ale również w Gdańsku czeka nas podobny, bajkowy klimat, a to za sprawą wystawy ilustracji estońskich twórców, zatytułowanej "Dawno, dawno temu...", prezentowanej w Nadbałtyckim Centrum Kultury. Ekspozycja zawiera 59 ilustracji, inspirowanych baśniami braci Grimm, stworzonych przez 20 estońskich artystów. Jest to wydarzenie specjalne towarzyszące Tygodniowi Estońskiemu, organizowanemu przez Fundację Theatrum Gedanense i Gdański Teatr Szekspirowski.

Również tutaj mamy okazję przyjrzeć się prawdziwym, oryginalnym dziełom (projektom, które później reprodukowane są np. w książkach) - wykonanym już, co prawda, bardziej współcześnie, są więc i techniki komputerowe i grafika, lecz nie brak także tych bardziej tradycyjnych, czyli "ręcznych" technik malarskich, jak: gwasz, akwarela, pastele, ołówek, tempera, akryl, kredka, tusz.

Wielość technik, nazwisk (starsze i młodsze pokolenie twórców z Estonii), a także różnorodność estetyk cechuje tę wystawę, a jedynym punktem wspólnym jest nazwisko braci Grimm oraz tytuły ich baśni. Bardzo ciekawe jest porównanie różnych wersji "Kopciuszka", "Królewny Śnieżki", "Śpiącej Królewny", "Kota w butach", "Czerwona Kapturka" czy "Roszpunki" - tytuły te bowiem się powtarzają w bardzo różnorakich odsłonach.

Nie wiem dlaczego, ale mnie baśnie zawsze się kojarzyły z zimą, zimnem i bielą śniegu, może dlatego, że lubiłam czytać jako dziecko Andersena ("Królowa Śniegu", "Dziewczynka z zapałkami"). Estońska wystawa ma coś z tej atmosfery - takiego nieco zimowego, nieco śnieżnego, skandynawskiego klimatu, choć mieni się tysiącem barw. Wystawa czynna jest do 6 stycznia 2019, wstęp płatny symboliczną złotówkę.


Z Estonii do Japonii



Z Estonii przemieszczamy się do Japonii, a to za sprawą wystawy "Fluorescent Chrystanthemum Remembered" w Centrum Sztuki Współczesnej Łaźnia. Ta ekspozycja również przenosi nas w czasie, tym razem do roku 1968, kiedy to w londyńskim Institute of Contemporary Art prezentowano wystawę "Fluorescent Chrystanthemum". Była to wówczas pierwsza po II wojnie światowej wystawa japońskiej sztuki awangardowej w Europie.

Lata 60. w sztuce były okresem eksperymentów (dla wszystkich artystów, nie tylko japońskich rzecz jasna): z nowymi materiałami, łączeniem ze sobą różnych technik, video artem, w muzyce i filmie, itd. Efekt tych eksperymentów jest widoczny w prezentowanych pracach: w książkach, plakatach, okładkach winyli, kalendarzach (cała lewa ściana galerii "obklejona" została stronami z japońskich kalendarzy), grafikach, fotografiach. Ekspozycja przedstawia także trzy dzieła muzyczne (Torn Takemitsu, Tashi Ischiyanagi, Joji Yuasa), których można odsłuchać oraz trzy stanowiska z video.

Problem jednak w tym, że to co wtedy było szumnie nazywane awangardą, dziś nią raczej nie jest i zwyczajnie trąci myszką. Niektóre prace mocno się zestarzały, uleciał kontekst, wypłowiał motyw, a temat się zdecydowanie zdezaktualizował. Dlatego raczej traktowałabym tę wystawę raczej historycznie - jako ciekawostkę, niż pochylała się nad nią jak nad jakimś wybitnym wydarzeniem. Zdecydowanie wolałabym obejrzeć japońską sztukę awangardową, ale dzisiejszą, współczesną, a co za tym idzie - aktualną.

Z Łaźni do Łaźni



Z Dolnego Miasta postanowiłam się przemieścić do Nowego Portu, ażeby w Łaźni 2 obejrzeć wystawę "Nick Wadley w Gdańsku". Czy próbowaliście kiedyś pokonać tę trasę komunikacją miejską? Nie należy to do najprostszych zadań, przesiadka tramwajowo-autobusowa jest konieczna, a do tego dystans pieszo. Zajmuje to niespełna godzinę, zastanawiam się, jak by sobie z tym szlakiem poradził ktoś spoza Gdańska. Raczej w czarnych barwach to widzę. Zastanawia mnie zatem, dlaczego Łaźnie są ze sobą nieskomunikowane?

Nastrój poprawia mi wystawa - Nick Wadley rysował z dużym poczuciem humoru, więc jego prace do dziś wywołują uśmiech na twarzy oglądającego. Na ekspozycji prezentowane są: książki z jego ilustracjami, pocztówki, notesiki Wadleya umieszczone w gablocie, animacja do rysunku "Big Man dancing", a także dziwaczna instalacja - "gablota osobliwości", zawierająca drobne przedmioty wykonane przez tego artystę. Są wśród nich przeróżne, urocze kompozycje z rozmaitych materiałów, a wśród nich np. "Tower of Babel" wykonana z wielkiej śruby.

Na wystawie obejrzymy oczywiście przede wszystkim satyryczne rysunki Wadleya (ponad 100 prac), publikowane w latach 90. w prasie brytyjskiej. Rysunki pogrupowane są w serie: Patrząc w górę, Man + Doctor, W noc, Big Man dancing, Ubu Roi, Sztuka, Kafka, Życie oraz Franglais. To ostatnie to nazwa, jaką stworzył sam rysownik, w celu określenia swoich gier słownych jakich używał, łącząc ze sobą język angielski i francuski.

Rysunki Wadleya mają swój urok i poza dużą dozą dowcipu i ironii niosą także dawkę filozoficznej refleksji. Wykonane przeważnie ołówkiem, lekko podkolorowane akwarelą są bardzo wymowne, a jednocześnie lekkie, subtelne. Nie ma w nich ani dosadnych treści, ani moralizatorstwa, ani czarnowidztwa, ani tym bardziej przesłania czy politykowania, jakie zwykle towarzyszą polskiej sztuce rysowniczej (zwłaszcza tej prasowej). Bardzo przyjemnie pobyć w światach Nicka Wadleya. Jest to możliwe jeszcze do 17 lutego 2019 roku.

A w Sopocie bez zmian



Jeśli zaś chodzi o Sopot, to tam widz spragniony sztuki zawsze coś znajdzie dla siebie. W PGS-ie obejrzymy obecnie aż cztery wystawy, w tym przede wszystkim "Rafał Milach - Odmowa" laureata World Press Photo i pierwszego polskiego fotografa należącego do agencji fotograficznej Magnum. Jest także nowa wystawa w Grodzisku, którą na pewno warto zobaczyć, szczególnie dla fanów archeologii, historii i starych dziejów - "Ostrów Lednicki - kulturowe dziedzictwo Europy". Obu tym wystawom przyjrzymy się dokładniej w osobnym artykule.

Ale Sopot to przede wszystkim także małe galerie, kameralne miejsca wystawiennicze (Zatoka Sztuki, Dworek Sierakowskich, Sopoteka, Sfinks), które możemy zwiedzać przy okazji niedzielnego spaceru, do czego szczególnie wszystkich zachęcam.