Natalia Walewska: Jestem artystką i pandemia tego nie zmieni

25 listopada 2020, 16:00
Ewa Palińska

- Jestem zawodową artystką i pandemia tego nie zmieni. Wierzę, że wszystko wróci do normy. Ostatnie miesiące pokazały, że nawet najlepsza kultura w sieci nie zagraża muzyce wykonywanej na żywo - mówi skrzypaczka Natalia Walewska, która w 2020 r. świętuje jubileusz 20-lecia na stanowisku koncertmistrza Orkiestry Polskiej Filharmonii Bałtyckiej, a przed kilkoma tygodniami wydała płytę "Perły Polskiej Kultury", na której znalazły się m.in. trzy unikatowe polonezy dynastii Ogińskich, podarowane artystce przez Iwo Załuskiego - prapraprawnuka Michała Kleofasa Ogińskiego.



Wydarzenia online w Trójmieście


Ewa Palińska: W tym roku obchodzisz jubileusz 20-lecia pracy na stanowisku koncertmistrza Orkiestry Polskiej Filharmonii Bałtyckiej. Koncertmistrza, czyli kogo? Wielu osobom wydaje się, że jedyny przywilej, jaki wynika ze sprawowania tej funkcji, to fakt, że dyrygent podaje ci rękę przed i po zakończeniu koncertu. Tak nie jest, prawda?

Natalia Walewska: Faktycznie, oprócz tego przywileju mam też całkiem sporo obowiązków - jeśli zdarzy się jakaś wpadka, to na koncertmistrza spada cała odpowiedzialność.

Po pierwsze, koncertmistrz jest łącznikiem pomiędzy dyrygentem a orkiestrą. Jego prawą ręką. Ludziom czasem się wydaje, że doskonale się znamy z dyrygentem, cały czas razem pracujemy, a kolejne koncerty to dla nas już rutyna. Tak nie jest. Bywa, że na przestrzeni miesiąca pracujemy z kilkoma różnymi dyrygentami. Z niektórymi po raz pierwszy w życiu. Na przygotowania koncertu mamy raptem kilka dni, kilka prób. Dlatego też wszyscy musimy przystąpić do pracy jak najlepiej przygotowani, żeby pracować nad stroną artystyczną, a nie nad techniką.

Ja, jako koncertmistrz, odpowiadam za pracę swojej sekcji, a więc I skrzypiec. Jeszcze zanim przystąpimy do pracy, ustalam, niejednokrotnie wspólnie z dyrygentem, smyczkowanie dla skrzypiec czy całego kwintetu smyczkowego (patrząc na scenę od strony lewej: skrzypce I, skrzypce II, altówki, wiolonczele, a za nimi kontrabasy). Rozpoczynam też strojenie instrumentów przed próbą i koncertem. Najważniejszym zadaniem jest jednak nieustanne kontrolowanie tego, co dzieje się na scenie i szybkie reagowanie, kiedy np. współpraca nam się "rozjeżdża".

Masz na myśli ratowanie dyrygenta z opresji? Zdarzyła ci się kiedyś taka sytuacja?

Oczywiście i to nie jeden raz. Rolą koncertmistrza jest przecież, żeby - kiedy wydarzy się coś "nieoczekiwanego" - wyprowadzić orkiestrę we właściwym kierunku. Pamiętam współpracę z pewnym wielkim dyrygentem i z jeszcze większą pianistką. Pani wykonywała partię solową w bardzo znanym koncercie fortepianowym i w finale pozwoliła sobie na panoramiczny skrót. Dyrygent na chwilę wpadł w konsternację, opuścił ręce i chciał odszukać w partyturze miejsce, do którego przeskoczyła artystka. Jego partytura jest jednak gruba, bo ma na jej kartach rozpisaną partię każdego z instrumentów. Ja na swoim pulpicie mam wyłącznie swoją partię, a to tylko kilkanaście stron. Wychwyciłam ten feralny fragment szybciej, niemal natychmiast. Zaczęłam grać, a ode mnie podchwyciła to orkiestra. Widziałam po twarzy dyrygenta, jak schodzi z niego napięcie. Po kilku dniach otrzymałam od niego list z gratulacjami i podziękowaniami.

Zdaniem Natalii Walewskiej, każdy koncertmistrz powinien być solistą, dlatego od występów solowych i duetów artystka nie stroni. Tu z Bogdanem Kierejszą podczas VI Bitwy Tenorów na Róże

Koncertmistrz wyręcza dyrygenta w dyrygowaniu?

Zdarza się tak, szczególnie na próbach. Koncertmistrz to nie jest jednak osoba, która tupie nogą i wymusza nie wiadomo jakie posłuszeństwo, bo nie jesteśmy w wojsku. Niemniej jest to ważna funkcja w każdej orkiestrze.

Wspomniałaś o naprzemiennej współpracy z wieloma dyrygentami. Ta różnorodność za pulpitem dyrygenckim bardziej cieszy czy męczy orkiestrę?

Oczywiście, że cieszy, bo możemy dzięki temu nawiązywać nowe kontakty, wiele się od siebie wzajemnie uczymy i rozwijamy naszą muzykalność. Zdarza się, że w swojej pracy artystycznej graliśmy jakieś kompozycje setki razy, a nowy dyrygent może na nie rzucić zupełnie inne światło. Dzięki temu nie popadamy w rutynę i dobrze znane kompozycje odkrywamy zupełnie na nowo.

Jak trafiłaś do orkiestry Polskiej Filharmonii Bałtyckiej?

Wzięłam udział w konkursie na stanowisko koncertmistrza. Przyszłam, zagrałam i wygrałam. Było to 20 lat temu. Nie żałuję, bo uwielbiam swoją pracę. Wielokrotnie byłam pytana, czy nie wolałabym popracować w mniejszych składach, kameralnych. Otóż nie. Orkiestrę symfoniczną kocham całym sercem! To ogromny instrument, wielobarwny, jak wielostrunowa harfa. Jeśli będziemy te struny podcinać i zmniejszać skład, to bogactwo brzmienia znika. Kocham słuchać rożka angielskiego, harfy, marimby, a takich instrumentów raczej nie ma w składach kameralnych czy w orkiestrze kameralnej.

Co z aspiracjami solistycznymi? Etat w orkiestrze nie powoduje, że masz ograniczone możliwości w tym zakresie?

Absolutnie. Bardzo często wykonuję partie solowe, współpracując z wieloma orkiestrami czy zespołami. Najlepsi nawet wirtuozi na świecie, laureaci najbardziej prestiżowych konkursów, znajdują czas na granie w orkiestrach. W niczym ich to nie ogranicza. Pamiętajmy też, że koncertmistrz jest również solistą! Miewa do zagrania bardzo trudne solówki, jak np. w Szeherezadzie Rimskiego-Korsakowa, w symfoniach Szostakowicza, u Brahmsa czy w przepięknym Koncercie wiolonczelowym Dvoraka, który w trzeciej części zamieścił rozbudowane solo skrzypiec. Każdy koncertmistrz powinien być solistą!

Pandemia koronawirusa to trudny czas dla artystów. Brałaś pod uwagę to, że może trzeba będzie się przebranżowić?

Natalia Walewska i Massimiliano Caldi

Czas izolacji Natalia Walewska wykorzystała m.in. na rozmowy z dyrygentami na temat tego, jak pandemia odbije się na kulturze.

Nie, ani przez chwilę. Jestem zawodową artystką i pandemia tego nie zmieni. Wierzę, że wszystko wróci do normy. Kiedy pozamykano instytucje kultury, wszyscy wpadli w euforię, że teraz będziemy mieli darmowy dostęp do kultury w sieci. Jakiej tylko chcemy, z najbardziej prestiżowych scen. Czas pokazał, że nawet najlepsza kultura w sieci nie zagraża muzyce wykonywanej na żywo - kiedy wznowiono koncerty, publiczność szalała ze szczęścia i była spragniona kontaktu z muzyką na żywo, kontaktu z nami. Mimo że darmowy dostęp do swoich zbiorów audiowizualnych oferowały najlepsze orkiestry na świecie. Nawet najlepsza transmisja nie da tej chemii, jaka się tworzy pomiędzy artystami i publicznością na prawdziwej sali koncertowej, gdzie chłoniemy atmosferę wszystkimi zmysłami.

Teraz gracie dla pustej sali, a koncerty są transmitowane. Nie masz poczucia, że to praca bezsensowna i prowizoryczna? Ok, ktoś to wymyślił po to, żeby muzycy i inne osoby zaangażowane w organizację koncertu miały pracę, dostawały wynagrodzenie. Kojarzy mi się to jednak z przerzucaniem piachu z jednej kupki na drugą, bez konkretnego uzasadnienia, tylko po to, żeby wynagrodzenie było za coś, a nie za nic.

Nie zgadzam się, to nie jest praca bezsensowna. Muzyk, który nie będzie koncertował i wychodził na scenę, nawet dla jednej osoby, traci po prostu nawyk, charyzmę, ciągłość swojego cyklu pracy. Poza tym musimy - jak w sporcie - systematycznie ćwiczyć, żeby nie wyjść z formy. Jeśli sportowiec nie będzie ćwiczył przez pięć czy sześć miesięcy, to wątpię, żeby miał później szansę na wysokie miejsce w jakichkolwiek zawodach. To bez znaczenia, czy sala jest w tej chwili pusta, czy pełna. Artysta to też człowiek, który ma prawo się bać, i ja się boję. Nie czułabym się w obecnej sytuacji epidemiologicznej komfortowo, grając dla pełnej sali. Musimy ten trudny okres przeczekać, wykorzystać go na to, na co w normalnych warunkach nie mieliśmy czasu, jak np. sięganie po programowe nowości, przygotowywanie czegoś na zapas, żeby mieć co zaoferować, kiedy życie kulturalne zacznie się toczyć przedpandemicznym rytmem.

Dokładnie w Dzień Kobiet, 8 marca br., w Filharmonii Bałtyckiej odbył się twój koncert jubileuszowy, podczas którego świętowałaś 20-lecie pracy na stanowisku koncertmistrza Orkiestry PFB. Niesamowity Robert Kabara za pulpitem dyrygenckim, sala wypełniona do ostatniego miejsca, niekończące się owacje. Niespełna dwa tygodnie później nastąpił całkowity lockdown.

Bardzo mnie to przybiło! Ten koncert to była bajka, niesamowita euforia! Emocje trzymały mnie jeszcze bardzo długo, a tu nagle otrzymujemy wiadomość, że instytucje kultury zawieszają działalność.

Jak spędziłaś ten czas przymusowej izolacji?

Szykowałam nowy program, żeby - kiedy to będzie możliwe - wejść do studia i dokończyć nagrywanie swojej najnowszej płyty "Perły polskiej kultury". Została mi do dogrania raptem jedna sonata, ale przez lockdown nie mogłam ukończyć prac. Musiałam czekać kilka miesięcy. W międzyczasie, kiedy obostrzenia się nieco poluzowały, po prostu pracowałam, realizując głównie projekty online.

Publikowałaś też w sieci rozmowy z dyrygentami. Zakładam, że masz kontakt z artystami z całego świata. Jakie panują wśród nich nastroje w związku z obecną sytuacją?

Nastroje zależne są od tego, gdzie dany artysta mieszka czy pracuje. W USA podjęto chyba najbardziej radykalne środki, przez co sytuacja jest dramatyczna - Metropolitan Opera nie pracuje do września przyszłego roku. Oznacza to, że nie zarabia tam pieniędzy nikt, kto był na liście płac. Od szatniarki, bileterki, po artystów. Podobnie sytuacja wygląda w Chicago - tam koncerty odwołano do kwietnia. W Europie jest nieco lepiej, ale i tutaj co chwilę otrzymujemy informacje na temat tego, że działalność zawieszają kolejne instytucje. Czujemy się jak na wojnie, tylko wroga nie widać, a on unosi się w powietrzu i wszystko niszczy - niszczy ludzką mentalność, potęguje strach, przez co ludzie zaczynają bać się siebie nawzajem, boją się podać rękę czy obok siebie usiąść. I to chyba już na długo z nami zostanie.

A muzyka to sport zespołowy, który ciężko uprawiać samotnie i w izolacji...

Bardzo ciężko! Ja, podobnie jak wielu moich kolegów, gram w masce. Tradycyjne podanie ręki zastąpił żółwik. Kiedy ostatnio dyrektor Paweł Przytocki chciał mi tego żółwika po koncercie przybić, to lekko mnie to rozbawiło, ale chwilę później dotarło do mnie, że takie mamy teraz realia. To nowa tradycja, do której należy się przyzwyczaić. My potrzebujemy takich gestów, nawet symbolicznych.

Wróćmy do twojej nowej płyty, zatytułowanej "Perły polskiej kultury". Na krążku znalazły się m.in. polonezy Michała Kleofasa Ogińskiego. Polacy doskonale znają nazwisko tego kompozytora, ale z twórczością już gorzej - kojarzą jedynie tego słynnego poloneza, przez dziesięciolecia otwierającego wszystkie studniówki.

A ja miałam wielkie szczęście, bo trafiłam nie tylko na jego inne kompozycje, ale też nawiązałam kontakt z jego prapraprawnukiem, Iwo Załuskim. Nasza znajomość rozwinęła się na tyle, że pan Iwo robi teraz dla mnie kolejne opracowania, a ja chętnie włączam kolejne kompozycje Michała Kleofasa Ogińskiego, ale także innych twórców z rodu Ogińskich, do swojego repertuaru.

Jak się poznaliście z Iwo Załuskim?

Odwiedziłam kiedyś muzeum Ogińskiego i dostałam w prezencie płytę z nagraniami jego 24 polonezów w wykonaniu Iwo Załuskiego. Kompozytor nie żyje, więc postanowiłam dotrzeć do wykonawcy, a najwygodniej było to zrobić przez wydawcę płyty. Kiedy się spotkaliśmy, poprosiłam o kontakt do Iwo Załuskiego. Wydawca jednak powiedział, że nie wie, czy jest to w ogóle możliwe, bo jest to człowiek wiekowy i nie ma pojęcia, co się z nim dzieje. Dostałam jednak adres mailowy, więc niezwłocznie napisałam wiadomość. Odpowiedź przyszła szybko, a nasza znajomość tak się rozwinęła, że pan Iwo przyleciał do Polski z Walii, gdzie na co dzień mieszka, specjalnie po to, aby wziąć udział w uroczystym koncercie z okazji 100-lecia Niepodległości Polski, organizowanym przez trójmiejskiego artystę Dariusza S. Wójcika. Co więcej, otrzymałam w prezencie transkrypcję polonezów Ogińskiego, przygotowaną specjalnie dla mnie przez Iwo Załuskiego. I ta znajomość trwa. Niedawno przysłał mi unikatową, barokową sonatę Karola Ogińskiego. Nie ma takiej drugiej polskiej sonaty w literaturze muzycznej.

Czujesz się ambasadorem spuścizny Ogińskich?

Po części na pewno tak, bo powierzono mi ogromnie ważne zadanie, którego realizacji zamierzam poświęcić się bez reszty. Otrzymałam od Iwo Załuskiego mnóstwo unikatowych nut i planuję zająć się ich dystrybucją w Polsce. Zresztą sam Załuski powiedział, że nie wyobraża sobie, że on odejdzie, a nuty zostaną w Walii, gdzie nikt nie będzie do nich zaglądał i z nich korzystał. Dlatego popularyzację muzyki Ogińskiego traktuję jako misję. Chodzi mi nawet po głowie napisanie większej pracy na temat jego twórczości. I rodu Ogińskich w ogóle.

"Perły polskiej kultury" to autorski projekt skrzypaczki Natalii Walewskiej. Prawdziwą perłą w repertuarze są trzy polonezy autorstwa Michała Kleofasa Ogińskiego, przekazane Natalii Walewskiej przez Iwo Załuskiego z Ogińskich - prapraprawnuka kompozytora. Iwo Załuski z Ogińskich, choć praktycznie od urodzenia mieszka i tworzy w Anglii, jest zaangażowanym popularyzatorem polskiej muzyki i tradycji.

Polonezy do tej pory nigdy nie były wydane drukiem ani nagrane. Pierwszymi wykonawcami historycznych kompozycji byli: Natalia Walewska - skrzypaczka oraz nasz znakomity trójmiejski pianista Rafał Lewandowski. Premierowe wykonanie odbyło się 10 listopada 2018 r. w Dworze Artusa w Gdańsku w ramach uroczystego koncertu z okazji 100-lecia Niepodległości Polski.