stat

Radosław Paczocha: Mamy problem z tym, że repatrianci mówią nam, że tu jest ich dom

8 listopada 2018, 18:00
Łukasz Rudziński

Wymyśliłem bohaterkę, która z jednej strony biegnie w sztafecie pokoleń z pochodnią polskości i chce w kraju potwierdzić swoją tożsamość, bo od urodzenia czuje się Polką. Tylko, że ta "piękna" karta martyrologiczna, na której repatrianci fundują swoją polskość, okazuje się niewiele znaczyć - mówi Radosław Paczocha, autor sztuki "Ruscy", którą Adam Orzechowski wystawia w Starej Aptece Teatru Wybrzeże, na teatralną inaugurację sceny. Premiera 11 listopada.



Łukasz Rudziński: Skąd pomysł, by przyjrzeć się bliżej polskim repatriantom, postrzeganym jako "obcy", bezpaństwowcy?

Radosław Paczocha: Kilkanaście lat temu poznałem repatriantkę z Kazachstanu, Julię Sałacińską, która wtedy pisała doktorat z socjologii poświęcony polskim repatriantom. Bez prywatnej relacji z osobą, która do Polski przyjechała w wieku 17 lat, nie byłbym świadomy dramatu tej polskiej diaspory. Poznając historię mojej znajomej i jej rodziny oraz całej grupy Polaków repatriowanych ze wschodniej Ukrainy, którzy de facto utracili kontakt z krajem już po drugim rozbiorze Polski, przekonałem się, jak silne jest u nich poczucie polskości. Chociaż wtedy jeszcze nie myślałem o napisaniu sztuki na ten temat, a w każdym razie jeszcze jej nie pisałem.

Przeczytaj także: Zobacz, jak wygląda nowa scena Teatru Wybrzeże - Stara Apteka

Jednak po latach napisałeś "Ruskich". Dlaczego?

Nie ukrywam, że nasza polska potrzeba podkreślania strony martyrologicznej, nasze niemal narodowe wyzywanie się od tego, kto jest prawdziwszym Polakiem, skłoniło mnie do powrotu do tego tematu. Komunizm nas podzielił, teraz byle polityczne drgnienie potrafi nas poróżnić równie mocno. Nie szukamy mianowników, tylko kolejnych podziałów. Określenie "bezpaństwowcy" jest trafne, choć niewątpliwie dla repatriantów bolesne. Również plakat do naszego spektaklu z takim a nie innym tytułem z pewnością nie należy do tych, które repatrianci chcieliby zawiesić sobie nad łóżkiem, ale też w moim zamiarze jest on prowokacją przede wszystkim wobec nas.

Obraz repatriantów i ich postawa są w dużej mierze heroiczne, a ich oprawcami są przede wszystkim bezlitośni Sowieci.

Nie pisałem sztuki antyrosyjskiej, nie to było moją intencją. Jednak siłą rzeczy konotacje, jakie mamy w związku ze swoją historią, a szczególnie jakie mają polscy repatrianci ze Wschodu, do dobrych nie należą. Wymyśliłem sobie bohaterkę, która z jednej strony biegnie w tej sztafecie pokoleń z pochodnią polskości i chce w kraju potwierdzić swoją tożsamość, bo też od urodzenia czuje się Polką, mimo że ma rosyjskie imię i rosyjski akcent. Tylko, że ta "piękna" karta martyrologiczna, na której repatrianci fundują swoją polskość, okazuje się niewiele znaczyć w kraju, bo albo repatrianci nie mówią po polsku albo mówią z obcym akcentem. Wtedy mojej bohaterce cała ta martyrologia zaczyna ciążyć. Bo też ta martyrologiczna karta okazuje się w kraju bezużyteczna, o czym przekonują się ci, którym uda się przyjechać do Polski.

W tekście "Ruskich" podkreślasz, że główna bohaterka, Wiera, jest od małego karmiona polskością i pomnikowym, gloryfikowanym marzeniem o życiu w kraju przodków, kreowanym przez emigrantów niemal jako raj na ziemi. Ich reakcje na rzeczywistą Polskę były dla ciebie zaskoczeniem?

Ich polskość staje się swego rodzaju religią. To pewien mit i jako taki ma określoną moc, ale to życie mityczne, a nie rzeczywiste. Można też zadać sobie pytanie, czy ta nasza polskość tutaj w kraju, to jedyna możliwa i obowiązująca wersja polskości? Jesteśmy tu w większości, jesteśmy u siebie. Można stwierdzić, że być Polakiem oznacza bycie tym, kim my jesteśmy tu i teraz. Jednak są ludzie, którzy kraju nie opuścili, tylko granice się zmieniły i być może mają bardziej bohaterską kartę niż my w kraju, bo ich polskość musiała się opierać sowietyzacji, różnym formom nacisku, szykan... Więc można zadać pytanie - czy mamy prawo oceniać ich "inną polskość"?

Przeczytaj także: Radosław Paczocha: teatr musi być "tu i teraz", a nie "tam i wtedy"

Uderzyły mnie też pytania, jakie dostają osoby starające się o polskie obywatelstwo. Myślę, że niewielu rodaków potrafiłoby odpowiedzieć na przykład na pytanie kto jest patronem Krakowa albo z biegu wymienić wszystkie prawobrzeżne dopływy Warty. Rozumiem, że oprócz podstawowej wiedzy o kraju, egzaminowanie ma wywołać poczucie "zasłużenia na polskość". Zdaję sobie też sprawę z tego, że musimy stworzyć jakieś procedury formalne, ale w pewnych momentach ociera się to o absurd. We wspomnieniach repatriantów, do których dotarłem, jednym z trudniejszych doświadczeń, które ich niemal zmroziły, była pierwsza wizyta w polskiej ambasadzie. Spodziewali się, że będą potraktowani bardziej życzliwe, a nierzadko potraktowano ich jak petentów, intruzów.

Wędrówka repatriantów to główny temat sztuki, ale wiele miejsca poświęciłeś również temu jak żyli, gdy zostali zesłani do Kazachstanu, co robili, co jedli, w jakich warunkach odbywał się ich transport. Poznajemy ich dramaty i cierpienie.

Dla tych ludzi utwierdzanie się w polskości nie wiązało się z żadną gratyfikacją, tylko było źródłem poważnych problemów. Polacy byli z powodu swojego pochodzenia sekowani. W czasach sowieckich spora grupa Polaków oddawała swoje dzieci do adopcji Rosjanom, bo polskie dzieci nie mogły się kształcić, a w ten sposób miały szansę na dobre wykształcenie, mogły później dostać dobrą pracę, zajmować stanowiska kierownicze. Jako Polacy nie mieli na to szans lub mieli zdecydowanie trudniej. Także z troski o swoje dzieci Polacy oddawali je obcym, bo chcieli dla nich lepszego życia, niż sami mieli. Choćby ten fakt pokazuje skalę dramatu repatriantów.

Zobacz terminy, a jakich grany będzie spektakl "Ruscy" w listopadzie i grudniu.


A wracając do realiów kazachskich - kto wie na przykład, co to był "kiziak"? To był wówczas jedyny dostępny opał w Kazachstanie i jednocześnie budulec, z którego wyrabiano cegły - zbierano bydlęce odchody na stepie i robiono z tych odchodów cegły lub opał. Jeśli nie uzbierano tych odchodów wystarczająco dużo latem, to zimą ludzie umierali. Celowo opowiadam o towarzyszących repatriantom warunkach również po to, by pokazać jak często główna bohaterka - młoda osoba, mająca przed sobą całe życie - jest informowana o tym jak ginęli jej bliscy, jaki wtedy był głód i jak się żyło Polakom w Kazachstanie. Siłą rzeczy ona cały czas dźwiga tę pamięć na plecach i z tej pamięci kształtuje się jej polska tożsamość. W końcu Wiera musi się z tym rozprawić, bo w pewnym momencie czuje się wręcz rozpięta na krzyżu martyrologii, a przecież ona chce żyć swoim życiem, a nie historią przodków.

A ta idealizowana przez pokolenia Polaków żyjących zagranicą Polska nie okazuje się szczodra, dobra i gościnna... Obok Wiery, wprowadzasz też postać Nataszy, która nie walczy tak zaciekle o Polskę i trafia do Niemiec. Ich historie mają wspólny mianownik - czują się źle w "nowych" ojczyznach. Stan wyobcowania towarzyszy im przez całe życie.

I to repatriantów bardzo boli, bo od urodzenia mają poczucie, że są Polakami i dopiero w Polsce, niestety za naszą sprawą, zaczynają się zastanawiać, czy nimi rzeczywiście są. Emigranci, o ile nie są emigrantami politycznymi, podejmują swoją decyzję świadomie i z własnej woli. Repatriant żyje w poczuciu określonej tożsamości, która nie może się zakorzenić już w miejscu urodzenia - to jest tożsamość na wygnaniu, jakiś rodzaj choroby duszy, czy choroby świadomości. Ma się wtedy poczucie, że jest gdzieś ojczyzna, do której można wrócić, ale później okazuje się, że w zasadzie nie ma i powrotu, a być może nie ma i Ojczyzny. Wpycha się takich ludzi do ośrodków dla uchodźców, twierdząc "ty nie nasz". Polscy repatrianci powinni mieć kartę wstępu do naszych serc, ale ich nie akceptujemy, mamy z tym problem choćby dlatego, że brzmią nam zbyt obco.

Odmian polskości może być wiele?

Oczywiście, że nie ma jednej wykładni polskości. Doświadczenia i wspomnienia repatriantów wskazują, że nasi rodacy lubią podkreślać, że coś jest z nimi nie tak, skoro mają wschodni akcent. Repatrianci często tego doświadczają. Prawdę mówiąc zaskakujące jest to, jak często Polacy znajdują nawet chyba swego rodzaju przyjemność w wytykaniu takich rzeczy innym, co pewnie ma za zadanie podkreślenie wyższości Polaków żyjących w Polsce od zawsze, od tych, którzy za nich się uważają niemal w akcie jakiejś uzurpacji.

Zobacz inaugurację sceny Stara Apteka.

Mówienie o różnych kolorach patriotyzmu bez wpisywania się w biało-czarny obraz Polski i opowiadania się po lewej lub prawej stronie sporu politycznego to bardzo ambitne zamierzenie. Temat często sprowadzany bywa przecież do kwestii uchodźców lepszego i gorszego sortu.

No cóż, trudno nam mieć wpływ na narracje czy hasła polityczne. Ważne byśmy zauważali zjawiska społeczne w sposób bardziej skomplikowany i zniuansowany, niż robią to politycy. Wtedy to ma sens. Mnie jest bardzo bliskie zdanie Camusa o tym, żeby pisać dla tych, którzy historii doświadczają, a nie tych, którzy próbują ją tworzyć. A co do kondycji repatriantów... Każdy repatriant jest też uchodźcą. Dlatego stawianie przybyszów z polskimi korzeniami za przykład "lepszego uchodźcy" jest dla nich nierzadko bolesne lub wręcz krzywdzące. Zrozumiałe jest dla Polaków myślenie: przyjedź, pomieszkaj, naucz się języka, postaraj się, skoro chcesz być jednym z nas.

Jednak z repatriantami być może dlatego mamy problem, że są od nas inni, a przyjeżdżają tu, choć nigdy tu nie mieszkali i mówią nam "my też jesteśmy Polakami, czyli gospodarzami tego domu". I my z tym chyba nie bardzo sobie radzimy, że to ktoś, kto nie do końca przyjeżdża tutaj w gości, różni się od nas, ma inny akcent i mówi nam, że tu jest jego dom. Myślę, że warto zastanowić się nad polskością i patriotyzmem także w tej perspektywie. Dlatego "Ruscy" z premierą właśnie w dniu naszego Święta Niepodległości, dostają w Teatrze Wybrzeże symboliczny głos. Marzy mi się, by chociaż ich wysłuchano i spróbowano zrozumieć.